"Rzeczpospolita": Lubi pan wzruszające historie?
Paweł Łoziński: Pewnie, bez emocji nie ma filmu. Edytę, bohaterkę „Werki", znalazłem przez przypadek. Chciałem zrobić film o procesie prywatyzacji fabryki zapałek w Czechowicach-Dziedzicach, zobaczyć, jak z socjalizmu robi się kapitalizm. Wybrałem to miejsce, bo zapałki odchodzą do historii, tak jak poprzedni system. Zacząłem zdjęcia za czasów państwowej własności i jeszcze jakoś szło. Potem przyszedł prywatny właściciel i było już gorzej. Kiedy było ciekawie, szkolił załogę albo zwalniał, to już nie chciał nas wpuścić z kamerą. Zrozumiałem, że nie zrobię tego filmu, i postanowiłem wybrnąć z sytuacji. Poszukałem bohaterki wśród pracownic. W suszarni pracowała Edyta, ciekawa twarz, bardzo prawdziwa w kontakcie. Okazało się, że codziennie po pracy jeździ jako wolontariuszka do ośrodka dla niepełnosprawnych dzieci. Powiedziałem, że chciałbym spędzić z nią jeden dzień. Zgodziła się, chciała mi pokazać swoją małą Weroniczkę, z której była bardzo dumna. A potem przez rok spotykaliśmy się na zdjęciach.
Nie zdziwiło jej, że chce pan o niej nakręcić film?
Trochę tak, nie zależało jej na tym, żeby wystąpić. Na początku bała się, że film przeszkodzi jej w adopcji głuchoniewidomej Werki, którą się opiekowała.
Jak odebrała film?
Myślę, że nadal uważa, że nie jest interesująca, ale ja myślę inaczej. To wrażliwa i mądra kobieta, która odważnie zmaga się ze swoim bagażem doświadczeń.
Zaprzyjaźnia się pan ze swoimi bohaterami?
Na swój sposób. Po filmie „Chemia" mam do dziś kontakt z kilkoma bohaterami. Dają znać co jakiś czas, że żyją i mają się dobrze. Spędziliśmy ze sobą czasem tylko jeden dzień na zdjęciach, ale za to w sytuacji, która nas mocno połączyła.