Rz: Kto panu wymyślił tę uroczystość?

Wiesław Ochman: Zapewniam, że nie ja. To skwapliwi kronikarze policzyli, że mój pierwszy publiczny występ miał miejsce 50 lat temu.

Wcześnie pan zaczął.

Na studiach, w bardzo dobrym zespole Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Niedawno koledzy przypomnieli mi, że nie tylko śpiewałem, ale i o dziwo, tańczyłem tarantellę w towarzystwie pięknych dziewcząt. Była wśród nich moja przyszła żona.

Długą pan przeszedł drogę.

Pomogła mi ciekawość świata, którą wyniosłem z rodzinnego domu na warszawskiej Pradze. I nie czuję, że minęło tyle lat.

Wszystko się udało zrealizować czy też pozostały jakieś marzenia?

Pewien niemiecki dziennikarz twierdzi, że powinienem występować w dramatach Wagnera, na co nalegał Herbert von Karajan. Ale gdybym przyjął tę ofertę, dziś nie byłbym w stanie czegokolwiek zaśpiewać. Sporo ostatnio jeździłem po Polsce na koncerty, zabrałem więc do samochodu swoje płyty, żeby ich raz w spokoju posłuchać. I okazuje się, że miałem ogromnie różnorodny repertuar, który nagrywałem z najwybitniejszymi: Claudio Abbado, Karlem Böhemem, Herbertem von Karajanem. Nie żałuję więc niczego.

Podobno dobrze śpiewać może jedynie człowiek bez stresów, te od razu słychać w głosie.

Autopromocja
LOGISTYKA.RP.PL

Branża, która napędza polską gospodarkę

CZYTAJ WIĘCEJ

Śpiewanie staje się wtedy męką. Bardzo też przeszkadza uczucie zazdrości. Pamiętam, jak usłyszałem pierwszy raz Placida Dominga, zaangażowano nas do „Toski” w Hamburgu, występowaliśmy na zmianę. Śpiewał przepięknie, ale nie czułem zawiści. On z kolei podziwiał mnie jako Don Ottavia w „Don Giovannim”, lubiłem Mozarta, Placido zaś nie bardzo.

W którym momencie uwierzył pan w siebie? Wysłany na pierwszą lekcję do profesora Gustawa Serafina uciekł pan spod jego mieszkania.

I to kilkakrotnie, bo przez drzwi ciągle słyszałem tenora, który śpiewał fenomenalnie. Raz była cisza, więc odważyłem się i wszedłem. Przez wszystkie lata też nie miałem zwyczaju z dumą spoglądać w lustro, a i teraz, kiedy schodzę ze sceny, zastanawiam się, czy wszystko dobrze zrobiłem.

Młody człowiek marzący o karierze pakuje dziś walizki i rusza w świat. Pan musiał pokonać rozmaite przeszkody.

Miałem szczęście. Wtedy o każdym wyjeździe decydowała specjalna komisja, ale odmówiono mi niewiele razy. Robiłem karierę bez podjazdów i donosów, natomiast wiem, że na mnie donoszono. Na przesłuchaniach u wielkiego Waltera Felsensteina w Komische Oper w Berlinie byłem jedynym, który odmówił mu współpracy. Zaproponował dwuletni kontrakt, mnie to nie pasowało. Poszedłem więc do berlińskiej Staatsoper i zaangażowali mnie do „Rycerskości wieśniaczej”. Na przedstawieniu był impresario, który zaoferował „Traviatę” w Monachium. Tak pierwszy raz wyjechałem za żelazną kurtynę. Dzięki temu dostałem angaż do „Toski” w Hamburgu. Kiedy zobaczyłem tam na afiszu swoje nazwisko obok takiej sławy jak Tito Gobbi, chciałem wracać do domu. A on zabrał mnie na kolację i powiedział: „Masz świetne warunki, więc uważaj na siebie i ostrożnie wybieraj propozycje”. Zastosowałem się do jego uwag.

Może łatwiej osiągnąć sukces, kiedy ciągle się o nim nie myśli?

Pęd do sukcesu to worek, który człowiek bierze sobie na plecy. Najważniejsza jest świadomość własnych możliwości. Nie ma śpiewaka, który potrafiłby wszystko, Placido Domingo to wyjątek. Warto też być życzliwym dla partnerów. Kiedy występowałem w „Borysie Godunowie”, koledzy mówili, że są spokojni, bo znam na pamięć wszystkie role i w razie czego pomogę.

Czuje się pan prekursorem młodych ludzi, dla których cała Europa jest domem?

Chyba nie przyniosłem wstydu, występując w nowojorskiej Metropolitan Opera ze 13 lat, w Hamburgu – 15, podobnie w Deutsche Oper w Berlinie czy w Operze Paryskiej. Może dzięki temu wierzą tam, że w Polsce są utalentowani ludzie, którym można zaufać.

Nie sądzi pan, że młodym jest dziś mimo wszystko trudniej?

Za szybko chcą wszystko osiągnąć, a niektórzy na dodatek nie lubią się uczyć. Ponadto są teraz reżyserzy, dla których wygląd wykonawcy liczy się bardziej od tego, co prezentuje on wokalnie. A w operze bardziej fascynuje głos niż to, że ktoś staje na rękach lub rozbierze się do naga. Takie spektakle w Hamburgu Rolf Liebermann robił już wiele lat temu.

Dogadywał się pan z reżyserami?

Zawsze, choć zatruwałem im życie. Miałem metodę: wmawiałem, że coś, co wymyśliłem, oni kazali mi zrobić. Chcę jednak podkreślić, że Jean-Pierre Ponnelle, Andriej Tarkowski czy Götz Friedrich, z którymi pracowałem, to byli absolutnie nowocześni reżyserzy. Jeśli uwspółcześniali operę, jej sens i logika zostały zachowane. Nie wprowadzali efektów jak z „Gwiezdnych wojen”. Obecnie reżyserzy robią często widowiska na temat opery.

A jak zachowuje się reżyser Wiesław Ochman, gdy wykonawcy próbują z nim dyskutować?

Wszystkim powtarzam, że jeśli jakiś mój pomysł im przeszkadza, niech mówią od razu. Mam też dwa rozwiązania: dla bardziej i mniej utalentowanych, każdego pytam, którą wersję woli. Sam wielokrotnie doświadczyłem, co znaczy męczyć się na scenie, gdy przedstawienie zostało źle wyreżyserowane.

Urodził się w 1937 r. w Warszawie. Podczas studiów śpiewał w zespole krakowskiej AGH. Na scenie operowej zadebiutował w Bytomiu w 1960 r. Karierę międzynarodową rozpoczął sześć lat później w Niemczech. Jeden z najbardziej znanych i cenionych w świecie polskich artystów. Od 1999 r. zajmuje się także reżyserią operową. Znany kolekcjoner sztuki. Sam też maluje i wystawia swe obrazy.