– Docierają do nas informacje, że ofiar śmiertelnych w rejonie delty Irawadi może być nawet 100 tysięcy – powiedziała wczoraj Dhari Villarosa, amerykańska chargé d’affaires w Birmie. Dotychczas podawano oficjalnie, że zginęły 22 tysiące ludzi.
Na południu Birmy pod wodą jest 5 tysięcy kilometrów kwadratowych ziemi. Widać pływające zwłoki. Gdzieniegdzie przemykają prymitywne łódki, ludzie wiosłują czym popadnie, nawet kocami. Najbardziej zdeterminowani wśród martwych ciał szukają jedzenia i czystej wody.
Od pięciu dni Birmańczycy piją mleko z kokosów, bo nie ma pitnej wody. Na bazarze w Rangunie można ją kupić w butelkach, ale cena w ciągu ostatnich pięciu dni kilkakrotnie wzrosła. Zdesperowani ludzie zaczęli szturmować rozlewnię wody pod Rangunem. Ale i tam usłyszeli: – Nie ma. Woda się skończyła.
Nad jeziorem Inya, gdzie można się wykąpać i uprać ubranie, do wody ustawiają się długie kolejki. Ale w mieście Labutta ludzie chodzą z zakrytymi twarzami, by nie czuć unoszącego się wszędzie odoru. Woda wyrzuciła na brzeg rozkładające się ciała ludzi i zwierząt. Gdy wczoraj lokalni kupcy zaczęli otwierać sklepy, wygłodzeni ludzie pobili się, szturmując drzwi. Tam, gdzie pierwsze organizacje humanitarne rozdają ryż, ustawiają się gigantyczne kolejki. Trzeba stać nawet kilka godzin. Pracownicy organizacji są przerażeni, patrząc na głodnych ludzi, którzy przychodzą po jedzenie z brudnymi reklamówkami znalezionymi w stertach śmieci. Nie mają żadnych naczyń, bo nic nie ocalało w zniszczonych domach.
Na zalanych terenach zaczyna się szerzyć malaria i inne choroby. Dramatycznie potrzeba lekarstw i środków higienicznych. – Trwa wyścig z czasem – apeluje organizacja Save the Children. Na pomoc mieszkańcom ruszyły setki buddyjskich mnichów. Chwycili za siekiery. Odgruzowują przywalone przez drzewa domy.