Reklama
Rozwiń
Reklama

Zabitych może być nawet 100 tysięcy

Tłumy wygłodzonych ludzi rzuciły się na pierwsze otwarte sklepy. Głoduje niemal milion mieszkańców, ale junta wojskowa wciąż blokuje dostawy pomocy humanitarnej

Aktualizacja: 08.05.2008 11:30 Publikacja: 08.05.2008 05:30

Zabitych może być nawet 100 tysięcy

Foto: AFP

– Docierają do nas informacje, że ofiar śmiertelnych w rejonie delty Irawadi może być nawet 100 tysięcy – powiedziała wczoraj Dhari Villarosa, amerykańska chargé d’affaires w Birmie. Dotychczas podawano oficjalnie, że zginęły 22 tysiące ludzi.

Na południu Birmy pod wodą jest 5 tysięcy kilometrów kwadratowych ziemi. Widać pływające zwłoki. Gdzieniegdzie przemykają prymitywne łódki, ludzie wiosłują czym popadnie, nawet kocami. Najbardziej zdeterminowani wśród martwych ciał szukają jedzenia i czystej wody.

Od pięciu dni Birmańczycy piją mleko z kokosów, bo nie ma pitnej wody. Na bazarze w Rangunie można ją kupić w butelkach, ale cena w ciągu ostatnich pięciu dni kilkakrotnie wzrosła. Zdesperowani ludzie zaczęli szturmować rozlewnię wody pod Rangunem. Ale i tam usłyszeli: – Nie ma. Woda się skończyła.

Nad jeziorem Inya, gdzie można się wykąpać i uprać ubranie, do wody ustawiają się długie kolejki. Ale w mieście Labutta ludzie chodzą z zakrytymi twarzami, by nie czuć unoszącego się wszędzie odoru. Woda wyrzuciła na brzeg rozkładające się ciała ludzi i zwierząt. Gdy wczoraj lokalni kupcy zaczęli otwierać sklepy, wygłodzeni ludzie pobili się, szturmując drzwi. Tam, gdzie pierwsze organizacje humanitarne rozdają ryż, ustawiają się gigantyczne kolejki. Trzeba stać nawet kilka godzin. Pracownicy organizacji są przerażeni, patrząc na głodnych ludzi, którzy przychodzą po jedzenie z brudnymi reklamówkami znalezionymi w stertach śmieci. Nie mają żadnych naczyń, bo nic nie ocalało w zniszczonych domach.

Na zalanych terenach zaczyna się szerzyć malaria i inne choroby. Dramatycznie potrzeba lekarstw i środków higienicznych. – Trwa wyścig z czasem – apeluje organizacja Save the Children. Na pomoc mieszkańcom ruszyły setki buddyjskich mnichów. Chwycili za siekiery. Odgruzowują przywalone przez drzewa domy.

Reklama
Reklama

Według ostatnich informacji birmańskich władz bez dachu nad głową pozostaje milion ludzi. Organizacja Lekarze bez Granic ocenia, że w najbardziej dotkniętym rejonie Daala i Twantey zniszczonych zostało 80 procent domów. Mieszkało w nich 300 tysięcy osób.

Lekarzom bez Granic udało się dotrzeć do Birmy. Nieustannie rozdają wodę i żywność i czekają na pierwszy samolot z Europy, który ma przywieźć 40 ton jedzenia, leków, środków sanitarnych. Inni nie mieli takiego szczęścia. Junta wciąż zwleka z otwarciem granic. Nawet organizacje, które dotarły na miejsce, mówią o problemach z kontrolą celną i o tym, że władze domagały się zapłacenia podatku od przewożonych towarów. Na wizę czeka się nawet 48 godzin.

– Co z tego, że ONZ właśnie uzyskała pozwolenie na dostarczenie pomocy humanitarnej, skoro jej pracownicy wciąż czekają na wizy – alarmuje Richard Horsey z biura ONZ ds. koordynacji pomocy humanitarnej.

ONZ otrzymała pozwolenie wczoraj, ale jest niemal pewne, że pierwszy transport nie wyruszy wcześniej niż pod koniec tygodnia. Nic dziwnego, że cierpliwość świata powoli się wyczerpuje. Francja już wezwała ONZ, by zmusiła Birmę do otwarcia granic.

Na pozwolenia i wizy czekają m.in. Francuzi, Brytyjczycy i Polacy. Wielka Brytania, Norwegia, Szwecja, Chiny i USA zaoferowały Birmie po kilka milionów dolarów. Nawet Tajwan, którego Birma – jako bliski sojusznik Chin – nie uznaje, przeznaczył na pomoc dla poszkodowanych 200 tysięcy dolarów.

Informacje z Birmy: www.mizzima.com

Świat
Wojna Rosji z Ukrainą. Dzień 1453
Świat
Islam w Europie, brutalna diagnoza. Europejski laicyzm przegrywa?
Świat
Wojna Rosji z Ukrainą. Dzień 1451
Świat
Wojna Rosji z Ukrainą. Dzień 1450
Materiał Promocyjny
Historyczne śródmieście Gdańska przyciąga klientów z całego kraju
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama