Tradycji stało się zadość – w pierwszą zagraniczną podróż nowy prezydent USA udał się do sąsiada zza północnej miedzy. Kanada z entuzjazmem przyjęła Baracka Obamę, choć jego wizyta trwała tylko kilka godzin. Czynili tak wszyscy powojenni prezydenci od czasów Franklina
Roosevelta z jednym, niedawnym, wyjątkiem – George W. Bush na miejsce dyplomatycznej premiery wybrał Meksyk.
Gdy zamykaliśmy to wydanie „Rz”, wizyta Obamy właśnie się rozpoczynała. Było jednak pewne, że Kanadyjczycy, którzy bardzo nie lubili Busha, nie tylko za Meksyk, przyjmą nowego amerykańskiego przywódcę z otwartymi ramionami. Jeśli wierzyć sondażom, Obama jest jeszcze bardziej popularny w Kraju Klonowego Liścia niż we własnej ojczyźnie.
Dlatego, jak donosiła prasa w Ottawie, wielu mieszkańców stolicy z rozczarowaniem przyjęło wiadomość, że wizyta amerykańskiego supergwiazdora trwać będzie zaledwie parę godzin i że nie da się go zobaczyć nawet z daleka. „To najbardziej rozczarowująca wizyta dyplomatyczna w historii” – napisał dziennik „Ottawa Citizen”.
Jak zauważa dyrektor programu międzynarodowego Uniwersytetu w Toronto Robert Bothwell, Obama z pewnością zdaje sobie sprawę z kanadyjskich kompleksów wobec wielkiego sąsiada. Kanadyjska opinia publiczna jest bardzo wyczulona na gesty USA lub ich brak. Bushowi bardzo długo wypominano, że zapomniał wymienić Kanadę, dziękując różnym krajom za poparcie udzielone po 11 września 2001 roku.