– Wstyd! – krzyczał Chodorkowski wprowadzany do budynku moskiewskiego sądu w Chamownikach, gdzie odbyło się wstępne posiedzenie rozpoczynające drugi proces byłego oligarchy. Ktoś rzucił mu pod nogi kilka białych goździków.
Przed sądem zebrał się tłum dziennikarzy i grupa opozycjonistów, w tym kilkunastu emerytów domagających się uwolnienia byłego szefa Jukosu. Kredą napisali na ulicy „Wolność dla Chodorkowskiego”. Milicja nie pozwoliła im podejść bliżej budynku. Około dziesięciu osób zatrzymano. Jedna z emerytek Jekaterina sama zaczepiała zachodnich dziennikarzy.
– Dlaczego nic nie robicie? Powiedzcie swoim rządom, żeby wykluczyli Rosję z G8, zróbcie coś, by wpłynęli na tych kryminalistów, którzy nami rządzą – mówiła. Tym razem Chodorkowski i jego były partner biznesowy Płaton Lebiediew, którzy już odsiadują ośmioletni wyrok w kolonii karnej na Syberii, są oskarżeni o zagarnięcie akcji jednej ze spółek naftowych, kradzież 350 mln ton ropy i pranie pieniędzy – w sumie 21 mld dolarów.
– To proces polityczny – są o tym przekonani adwokaci, rodzina i zwolennicy Chodorkowskiego. Zarówno pierwszy, jak i drugi proces ma być zemstą premiera Władimira Putina za krytykę władz ze strony wpływowego niegdyś oligarchy i najbogatszego człowieka Rosji. – Chcą go zamknąć na zawsze – mówił „Rz” adwokat Jurij Szmidt. Jego zdaniem oskarżonym grożą nawet 22 lata więzienia.
– Żądamy możliwości swobodnego kontaktowania się z klientami, które jest w skandaliczny sposób ograniczane