Rz: W relacjach między Polską i Rosją dzieje się coś pozytywnego. Czy pana zdaniem coś z tego zostanie, gdy na nowo rozgorzeją polityczne kłótnie?
Andriej Lipski: Myślę, że tak. W polityce zaczęło się wcześniej – pierwsze decyzje o zmianie kursu i w Rosji, i w Polsce, zapadły przecież jeszcze zanim doszło do tragedii. Wiem to z dobrych źródeł, zresztą nie można było tego nie zauważyć w ostatnich kilkunastu miesiącach. Ale trzeba pamiętać, że to nie tylko Kancelaria Premiera Tuska widziała potrzebę zmian. Już jakiś czas temu Lech Kaczyński podejmował z własnej inicjatywy pewne próby. Powołano grupę niezależnych ekspertów ds. stosunków z Rosją. Może nie zakończyło się to większym sukcesem, sprawa przycichła, ale generalnie wola była także w Pałacu Prezydenckim. Tusk z Putinem znaleźli, moim zdaniem, wspólny język. Mam wrażenie, że nasz premier wyczuwa w polskim szefie rządu człowieka, z którym można się porozumieć.
Myślę, że warto sobie uświadomić, iż nasi liderzy to twardzi faceci, nie będą ronić łez bez potrzeby. Gdyby nie było z ich strony woli, żeby zademonstrować właśnie tę swoją wrażliwość i chęć pomocy, wyglądałoby to inaczej. Owszem, całą operację pomocy Polsce przeprowadzono by sprawnie i starannie, by nie dopuścić do oskarżeń, że coś zaniedbaliśmy. Ale nie byłoby tych nadprogramowych gestów. Ich obecność świadczy o tym, że coś rzeczywiście jest na rzeczy.
Ciągle żywe są jednak wzajemne uprzedzenia i antypatie, po obu stronach. Widać to choćby w Internecie.
Zawsze w takich okolicznościach znajdą się ludzie, którzy wykorzystają okazję, by jątrzyć, wylewać pomyje. Na tle ogólnego poruszenia i współczucia nie bardzo ich widać.