Porozumienie nie tyle świadczy o gotowości Kremla do kompromisu co pokazuje granice zaangażowania Europy po stronie Kijowa.
Podejmując rokowania w sprawie wznowienia dostaw gazu Władimir Putin chciał sprawdzić, jak dużo Zachód naprawdę może zapłacić za rewolucję na Majdanie. Zażądał, aby Bruksela wyłożyła pieniądze za gaz dla Ukraińców albo przynajmniej udzieliła gwarancji, że Kijów za niego zapłaci. Unia Europejska nie zgodziła się jednak ani na jedno, ani na drugie. Owszem, ukraińskie władze zapłacą za surowiec z pomocy MFW i Unii, ale tej już otrzymanej wiosną. W ten sposób aż 1/3 zachodnich środków, które miały być przeznaczone na przebudowę ukraińskiej gospodarki, modernizację infrastruktury kraju i rozbudowę jego sił zbrojnych, trafi do kasy Kremla. To posunięcie załatwia Putinowi za jednym razem dwie rzeczy: przybliża moment bankructwa Ukrainy oraz zasila rosyjski budżet w dewizy, których tak bardzo brakuje Rosji z powodu nałożonych przez Unię i Stany Zjednoczone sankcji. Kreml zachowa jednocześnie potężną broń na wypadek, gdyby Komisja Europejska chciała na poważnie kontynuować postępowanie antymonopolowe przeciwko działaniom Gazprom na unijnym rynku. Jeśli rosyjskiemu potentatowi rzeczywiście zacznie coś grozić, Putin będzie mógł ponownie zakręcić kurek z gazem. Już wie, jak bardzo Europa się tego obawia: zastraszona wizją odcięcia dostaw rosyjskiego gazu dostarczanego poprzez Ukrainę (15 proc. całego zużycia Unii) Bruksela odsunęła przecież interesy Ukrainy na bok.