Nina Suffczyńska z Londynu

Majowe wybory parlamentarne były bezprecedensowym sukcesem kobiet. Prawniczki, nauczycielki, menadżerki, działaczki społeczne – w 650-osobowej Izbie Gmin zdobyły 191 miejsc. To o 44 więcej niż w wyborach w 2010 r. i aż 71 więcej niż w 1997 r. Nicola Sturgeon, szefowa Szkockiej Partii Narodowej (SNP) wyrosła na bohaterkę i nową twarz brytyjskiej polityki.

Ale te zmiany zachodziły w atmosferze prawdziwego trzęsienia ziemi – wyniki były szokiem dla polityków, mediów, komentatorów i analityków.

Partia Pracy, której lider, Ed Milliband, szykował się na stanowisko premiera, poniosła sromotną klęskę i straciła 39 miejsc w Izbie Gmin. UKIP, nacjonalistyczna partia Nigela Farage’a, postulująca m.in. jak najszybsze wyprowadzenie Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, zdobyła 3,9 mln głosów… i zaledwie jedno miejsce w parlamencie. Był to efekt obowiązującego w Anglii systemu wyborczego, opartego na okręgach jednomandatowych. Tym samym UKIP, trzecia z pod względem uzyskanego poparcia partia, został całkowicie zmarginalizowany, a pozycję głównego rozgrywającego zdobyła Partia Szkockich Nacjonalistów (Scottish National Party), czyli SNP.

Przywódcy Labourzystów, Liberalnych Demokratów i UKIP przyjęli pełną odpowiedzialność za fatalne wyniki swoich partii. Ed Milliband (Partia Pracy), Nick Clegg (Liberalni Demokraci) oraz Nigel Farage (UKIP) manifestacyjnie zrezygnowali z piastowanych funkcji szefów partii. (dymisja Farage’a nie została przyjęta przez członków partii, którzy zaoponowali twierdząc, że liczba zdobytych przez UKIP głosów jest najlepszym wyrazem poparcia brytyjskiego społeczeństwa).

Rezygnacja dotychczasowych liderów utorowała kobietom drogę do najwyższych, partyjnych stanowisk. Harriet Harman przejęła stery w Partii Pracy, Baronessa Sal Briton stanęła na czele Liberalnych Demokratów, a Suzanne Evans wspólnie z Nigelem Faragem kieruje UKIP. Kobiety stoją też na czele Partii Zielonych oraz Plaid Cymru. Ale niekwestionowaną królową brytyjskiej polityki partyjnej jest Nicola Sturgeon, przywódczyni SNP, która okazała się czarnym koniem wyborów.

Kim jest kobieta, dzięki której szkocka partia wyrosła na trzecią siłę w Parlamencie?

Ma zaledwie 45 lat, jest prawniczką i na krajowej scenie politycznej jest nową twarzą, chociaż w szkockiej polityce działa od lat. Po raz pierwszy została wybrana do szkockiego parlamentu w 1999 r., gdzie działała w tzw. „gabinecie cieni”, pełniąc stanowiska ministra zdrowia, edukacji i sprawiedliwości. Przez wiele lat działała w tandemie z Alexem Salmondem, który został szefem SNP po tym, jak Sturgeon honorowo wycofała się z walki o przywództwo w partii. Kiedy Salmond został pierwszym ministrem ds. Szkocji w dowód uznania dla zaangażowania i lojalności mianował Sturgeon swoim pierwszym zastępcą oraz sekretarzem ds. zdrowia i jakości życia. Sturgeon wyszła z cienia Salmonda po referendum w sprawie niepodległości Szkocji w 2014 r. SNP prowadziło kampanie na rzecz tego, by kraj uwolnił się spod zwierzchności Londynu i odłączył się od Wielkiej Brytanii. Finalnie w referendum Szkoci minimalną większością głosów opowiedzieli się za pozostaniem w ramach korony brytyjskiej, a zdruzgotany Alex Salmond ogłosił, że rezygnuje z przywództwa w partii. To był moment przełomowy dla Nicoli Sturgeon.

Mała rozpoznawalność na szerokiej scenie politycznej okazała się jej wielkim atutem – była postrzegana jako świeżą twarz, nieobciążona gierkami partyjnymi, na dodatek niezwykle elokwentna i energiczna. Każda kolejna debata zwiększała grono jej zwolenników. Podczas drugiej debaty liderów sprowokowała Eda Millibanda, szefa Partii Pracy, by sam sobie strzelił w kolano. Miliband, który za wszelką cenę chciał udowodnić, że jako premier potrafiłby zachować finansowy rozsądek, podczas kampanii starał się odcinać od pomysłu utworzenia koalicyjnego rządu z Partią Sturgeon, domagającą się „końca polityki zaciskania pasa”. Dlatego podczas publicznej debaty, kiedy Sturgeon zapytała go, czy jest gotów razem z nią „wykurzyć Davida Camerona z Downing Street” odpowiedział: „Obawiam się, że odpowiedź brzmi NIE”. Stanął w ten sposób po stronie Konserwatystów, powiadających się za ochroną posiadaczy kapitału, za co Partią Pracy zapłaciła cenę w wysokości kilkuset tysięcy głosów.

Autopromocja
Subskrybuj nielimitowany dostęp do wiedzy

Unikalna oferta

Tylko 5,90 zł/miesiąc


WYBIERAM

Ostatecznie SNP okazała się czarnym koniem wyborów – zdobyła 56 z przypadających na Szkocję 59 miejsc, całkowicie zagarniając przestrzeń polityczną zajmowaną do tej pory przez Labourzystów. Partia Pracy straciła 39 miejsc w Izbie Gmin, a Ed Milliband, który na pewno miał już przygotowaną pierwszą mowę jako nowy premier, w ciągu kilku godzin zrezygnował z kierowania partią. Stery w partii przejęła prawniczka, Harriet Herman, a zadania, którego się podjęła, nie pozazdrościłby jej żaden polityk. Partia, po wyborczej porażce, pogrążyła się w kryzysie, a jej liderzy gorączkowo dyskutują, jakim celom powinni służyć Labourzyści żeby odzyskać społeczne poparcie. Zdania są skrajnie podzielone: jedna frakcja postuluje powrót do lewicowych wartości i solidarności społecznej i odejście od neoliberalnych koncepcji ekonomicznych zakładających ułatwienia dla biznesu oraz ograniczenie roli państwa Druga część partii stara się odciąć od lewicowych postulatów i pokazać, że Partia Pracy jest w stanie zapewnić stabilne rządy i nie wpędzi kraju w spiralę zadłużenia. Ostatnio do dyskusji włączył się nawet były przywódca Labourzystów, Tony Blair, przestrzegając przed „dalszym skręcaniem w lewo”. Wprawdzie Harriet Herman zapowiedziała, że nie zamierza ubiegać się o stanowisko nowego lidera Partii Pracy, ale za wszelką cenę stara się balansować między zwolennikami obydwu opcji i nie dopuścić do pogłębienia podziałów w partii. Czy jej się uda? Przekonamy się we wrześniu, kiedy poznamy wyniki wewnętrznych wyborów.