Atmosfera w celi była bardzo dobra. Zrobiliśmy nawet szachy z chleba. Odbył się turniej pod nazwą "O wolność Białorusi". Żartowaliśmy, że przechodzimy kurację zdrowotną według unikalnej metody doktora Łukaszenki: dieta, po której na pewno schudniemy; masaż pleców w wykonaniu "sanitariuszy" z OMON. Same korzyści - mówi Paweł Szeremiet. 25 marca białoruska milicja wkroczyła w tłum demonstrujących na mińskim placu Październikowym opozycjonistów. Pobitych i rannych odwożono wprost do aresztu.

Pojechał pan do Mińska, spacerował pan ze znajomymi po ulicy Lenina. Co się właściwie stało?

Paweł Szeremiet: To było w ostatnią sobotę. Poszedłem na plac Październikowy, ale nic się nie stało, oprócz tego, że filmowała mnie telewizja białoruska. Dopiero z dala od demonstrantów, na ulicy Lenina podjechał do nas mikrobus, chevrolet. Wyskoczyło 5 mężczyzn w cywilu. Jeden machał mi przed oczami plastikową legitymacją. Twierdził, że jest z milicji kryminalnej. To on wydał komendę: "Brać go!".

Bili pana?

Tak. Skuli mi ręce na plecach, na głowę narzucili worek. Jeździliśmy po mieście jakieś 20 minut. Przez cały czas byłem bity. Były też groźby: "Wywieziemy cię teraz do lasu. Doigrałeś się w końcu". Jednak odwieźli mnie na komendę.

Czego od pana właściwie chcieli?

Przyniesiono mi dwa protokoły, w których jacyś kapitanowie zeznawali, że "Szeremiet wyrażał się wulgarnie w miejscu publicznym, obrażał milicję i Aleksandra Łukaszenkę". Zna pan najnowsze przysłowie białoruskie: "U nas połowa społeczeństwa przeklina, druga połowa siedzi za to w więzieniu".

Jak pan trafił do szpitala?

Miałem niezaleczone zapalenie płuc. Wyglądałem tak kiepsko, że milicja sama wezwała pogotowie. Lekarz powiedział, że musi mnie zabrać.

Autopromocja
Nowość!

Trzy dostępy do treści rp.pl w ramach jednej prenumeraty

ZAMÓW TERAZ

Długo pan się kurował?

Do wieczora. Wtedy to wyprowadzono wszystkich innych pacjentów z sali. Przyszła pani doktor, która oświadczyła, że już jestem zdrowy. Pięć minut po niej wpadli funkcjonariusze oddziału specjalnego SOBR: pałki, ochraniacze na kolana, rękawice. Chciałem wziąć mydło i szczoteczkę do zębów, ale usłyszałem: "To ci się już nie przyda. Przyszedł czas wyrównać rachunki".

SOBR dowodzi pułkownik Dmitrij Pawluczenko, oskarżany o to, że organizował zabójstwa członków opozycji. Myślał pan o tym, kiedy przyszli po pana?

Ja często w komentarzach mówię o Pawluczence i jego działalności, dlatego zdawałem sobie sprawę, że może chodzić o jakąś osobistą zemstę.

Przez cały czas byli agresywni?

Nie. Tylko na początku zachowywali się tak, jakby mieli do czynienia z terrorystą. Potem zaczęli rozmawiać ze mną, a nawet przepraszać. Przekonywali mnie, że oni tylko wykonują rozkazy i żebym się na nich nie obrażał, bo to nic osobistego. Rozmawialiśmy nawet o tym, że na Białorusi wkrótce powinna się zmienić władza.

Trafił pan potem do aresztu?

Siedzieli tam już wszyscy zatrzymani na placu, a także młodzież z miasteczka namiotowego. Trafiłem do "dobrej celi", tak ją przynajmniej określali funkcjonariusze więzienni.

Dlaczego dobrej?

Siedziało tam już dwóch Rosjan (w tym współpracownik rosyjskiego ombudsmana), dziennikarz z Ukrainy i były ambasador Polski na Białorusi Mariusz Maszkiewicz. Wszystkich zwinęli w miasteczku namiotowym. Mariusz zresztą dopiero przyjechał, postał trochę z ludźmi na placu, nie zdążył nawet spotkać się z żadnym liderem opozycji.

Jakie mieliście warunki?

Drewniane prycze, żadnych materaców ani pościeli. Zimno, spaliśmy w ubraniach, kurtkach i czapkach.

Jak znosił areszt Mariusz Maszkiewicz?

Pytałem go: "Nie żałujesz, że tu przyjechałeś? Jesteś poważnym człowiekiem, a teraz leżysz na pryczy". Odpowiedział mi, że jest dumny. Mówił nam o "Solidarności", o Jaruzelskim. Był też przesłuchiwany przez "KGB TV" - śledczy obrażali go i prowokowali, a wszystko było rejestrowane przez kamerę. Mariusz milczał, nie chciał z nimi rozmawiać. Potem odwiedził go polski konsul. Przyniósł jedzenie, soki, słodycze. Dzieliliśmy wszystko między siebie, bo więzienne pożywienie było niejadalne.

Jak się siedziało?

Atmosfera w celi była bardzo dobra. Zrobiliśmy nawet szachy z chleba. Odbył się turniej pod nazwą "O wolność Białorusi". Żartowaliśmy, że przechodzimy kurację zdrowotną według unikalnej metody doktora Łukaszenki: dieta, po której na pewno schudniemy; masaż pleców w wykonaniu "sanitariuszy" z OMON. Same korzyści.

Więźniowie z jakich krajów traktowani są najgorzej?

Według mnie najgorzej mają Gruzini i Polacy. Dla śledczych to oni są głównymi sprawcami białoruskiej rewolucji. Rosjanom mówi się, że cierpią za to, że "zdradzili Baćkę". Karze się ich po to, by wystraszyć innych obywateli Federacji Rosyjskiej, którzy sympatyzują z opozycją.

Przesłuchiwano pana?

W niedzielę śledczy chciał mnie przesłuchiwać w związku z tym, że jakoby byłem organizatorem masowych rozruchów. Powiedziałem, że nie będę z nikim rozmawiał. Zażądałem adwokata i kontaktu z ambasadą Rosji.

Dali spokój?

Tak, choć myślałem, że zostaję w areszcie na dłużej. W poniedziałek wyprowadzili wszystkich moi towarzyszy z celi. Byliśmy przekonani, że wychodzą na wolność. Zjadłem nawet trzy ostatnie "polskie" cukierki, przeznaczone do podziału. Okazało się, że koledzy nie wyszli, dostali po 15 dni paki.

A pan? Dlaczego pana wypuścili?

Wypuścili tak, jak aresztowali, bez podania przyczyn. Naczelnik aresztu powiedział: "Może pan już iść i proszę nie zapomnieć swoich rzeczy". Jakiś nonsens.

Już trzeci raz trafia pan do aresztu na Białorusi?

Tak, to prawda. Myślę, że jestem na celowniku za działalność w opozycyjnym portalu internetowym http://www.belaruspartisan.org , za książkę o Łukaszence, a także za moje komentarze w mediach na temat wyborów. To forma zemsty.

Rozmawiał Paweł Reszka

Paweł Szeremiet, dziennikarz białoruski, na początku bardzo lubiany przez Aleksandra Łukaszenkę, potem przez niego prześladowany w 1997 roku, po nakręceniu dla telewizji rosyjskiej materiału o przemycie na granicy białorusko-litewskiej, spędził kilka miesięcy w areszcie w Grodnie pod zarzutem nielegalnego przekroczenia granicy. Współpracujący z nim operator Dmitrij Zawadzki zaginął bez wieści w 2000 roku, prawdopodobnie został zamordowany.

Były redaktor naczelny opozycyjnej "Biełorusskoj Diełowoj Gaziety". Obecnie ma obywatelstwo rosyjskie i pracuje w rosyjskiej telewizji publicznej Pierwyj Kanał.

Atmosfera w celi była bardzo dobra. Zrobiliśmy nawet szachy z chleba. Odbył się turniej pod nazwą "O wolność Białorusi". Żartowaliśmy, że przechodzimy kurację zdrowotną według unikalnej metody doktora Łukaszenki: dieta, po której na pewno schudniemy; masaż pleców w wykonaniu "sanitariuszy" z OMON. Same korzyści - mówi Paweł Szeremiet                                              25 marca białoruska milicja wkroczyła w tłum demonstrujących na mińskim placu Październikowym opozycjonistów. Pobitych i rannych odwożono wprost do aresztu    (c) AP /IVAN SEKRETAREV                    Rz: Pojechał pan do Mińska, spacerował pan ze  znajomymi po ulicy Lenina. Co się właściwie stało?

 

 

 

Paweł Szeremiet:   To było w ostatnią  sobotę. Poszedłem na plac Październikowy, ale nic się nie stało,  oprócz tego, że filmowała mnie telewizja białoruska. Dopiero z dala  od demonstrantów, na ulicy Lenina podjechał do nas mikrobus,  chevrolet. Wyskoczyło 5 mężczyzn w cywilu. Jeden machał mi przed  oczami plastikową legitymacją. Twierdził, że jest z milicji  kryminalnej. To on wydał komendę: "Brać go!".

 

Bili pana?

 

 

 

Tak. Skuli mi ręce na plecach, na głowę narzucili worek.  Jeździliśmy po mieście jakieś 20 minut. Przez cały czas byłem bity.  Były też groźby: "Wywieziemy cię teraz do lasu. Doigrałeś się w  końcu". Jednak odwieźli mnie na komendę.

 

Czego od pana właściwie chcieli?

 

 

 

Przyniesiono mi dwa protokoły, w których jacyś kapitanowie  zeznawali, że "Szeremiet wyrażał się wulgarnie w miejscu  publicznym, obrażał milicję i Aleksandra Łukaszenkę". Zna pan  najnowsze przysłowie białoruskie: "U nas połowa społeczeństwa  przeklina, druga połowa siedzi za to w więzieniu".

 

Jak pan trafił do szpitala?

 

 

 

Miałem niezaleczone zapalenie płuc. Wyglądałem tak kiepsko, że  milicja sama wezwała pogotowie. Lekarz powiedział, że musi mnie  zabrać.

 

Długo pan się kurował?

 

 

 

Do wieczora. Wtedy to wyprowadzono wszystkich innych pacjentów z  sali. Przyszła pani doktor, która oświadczyła, że już jestem  zdrowy. Pięć minut po niej wpadli funkcjonariusze oddziału  specjalnego SOBR: pałki, ochraniacze na kolana, rękawice. Chciałem  wziąć mydło i szczoteczkę do zębów, ale usłyszałem: "To ci się już  nie przyda. Przyszedł czas wyrównać rachunki".

 

SOBR dowodzi pułkownik Dmitrij Pawluczenko,  oskarżany o to, że organizował zabójstwa członków opozycji. Myślał  pan o tym, kiedy przyszli po pana?

 

 

 

Ja często w komentarzach mówię o Pawluczence i jego  działalności, dlatego zdawałem sobie sprawę, że może chodzić o  jakąś osobistą zemstę.

 

Przez cały czas byli agresywni?

 

 

 

Nie. Tylko na początku zachowywali się tak, jakby mieli do  czynienia z terrorystą. Potem zaczęli rozmawiać ze mną, a nawet  przepraszać. Przekonywali mnie, że oni tylko wykonują rozkazy i  żebym się na nich nie obrażał, bo to nic osobistego. Rozmawialiśmy  nawet o tym, że na Białorusi wkrótce powinna się zmienić  władza.

 

Trafił pan potem do aresztu?

 

 

 

Siedzieli tam już wszyscy zatrzymani na placu, a także młodzież  z miasteczka namiotowego. Trafiłem do "dobrej celi", tak ją  przynajmniej określali funkcjonariusze więzienni.

 

Dlaczego dobrej?

 

 

 

Siedziało tam już dwóch Rosjan (w tym współpracownik rosyjskiego  ombudsmana), dziennikarz z Ukrainy i były ambasador Polski na  Białorusi Mariusz Maszkiewicz. Wszystkich zwinęli w miasteczku  namiotowym. Mariusz zresztą dopiero przyjechał, postał trochę z  ludźmi na placu, nie zdążył nawet spotkać się z żadnym liderem  opozycji.

 

Jakie mieliście warunki?

 

 

 

Drewniane prycze, żadnych materaców ani pościeli. Zimno,  spaliśmy w ubraniach, kurtkach i czapkach.

 

Jak znosił areszt Mariusz Maszkiewicz?

 

 

 

Pytałem go: "Nie żałujesz, że tu przyjechałeś? Jesteś poważnym  człowiekiem, a teraz leżysz na pryczy". Odpowiedział mi, że jest  dumny. Mówił nam o "Solidarności", o Jaruzelskim. Był też  przesłuchiwany przez "KGB TV" - śledczy obrażali go i prowokowali,  a wszystko było rejestrowane przez kamerę. Mariusz milczał, nie  chciał z nimi rozmawiać. Potem odwiedził go polski konsul.  Przyniósł jedzenie, soki, słodycze. Dzieliliśmy wszystko między  siebie, bo więzienne pożywienie było niejadalne.

 

Jak się siedziało?

 

 

 

Atmosfera w celi była bardzo dobra. Zrobiliśmy nawet szachy z  chleba. Odbył się turniej pod nazwą "O wolność Białorusi".  Żartowaliśmy, że przechodzimy kurację zdrowotną według unikalnej  metody doktora Łukaszenki: dieta, po której na pewno schudniemy;  masaż pleców w wykonaniu "sanitariuszy" z OMON. Same korzyści.

 

Więźniowie z jakich krajów traktowani są  najgorzej?

 

 

 

Według mnie najgorzej mają Gruzini i Polacy. Dla śledczych to  oni są głównymi sprawcami białoruskiej rewolucji. Rosjanom mówi  się, że cierpią za to, że "zdradzili Baćkę". Karze się ich po to,  by wystraszyć innych obywateli Federacji Rosyjskiej, którzy  sympatyzują z opozycją.

 

Przesłuchiwano pana?

 

 

 

W niedzielę śledczy chciał mnie przesłuchiwać w związku z tym,  że jakoby byłem organizatorem masowych rozruchów. Powiedziałem, że  nie będę z nikim rozmawiał. Zażądałem adwokata i kontaktu z  ambasadą Rosji.

 

Dali spokój?

 

 

 

Tak, choć myślałem, że zostaję w areszcie na dłużej. W  poniedziałek wyprowadzili wszystkich moi towarzyszy z celi. Byliśmy  przekonani, że wychodzą na wolność. Zjadłem nawet trzy ostatnie  "polskie" cukierki, przeznaczone do podziału. Okazało się, że  koledzy nie wyszli, dostali po 15 dni paki.

 

A pan? Dlaczego pana wypuścili?

 

 

 

Wypuścili tak, jak aresztowali, bez podania przyczyn. Naczelnik  aresztu powiedział: "Może pan już iść i proszę nie zapomnieć swoich  rzeczy". Jakiś nonsens.

 

Już trzeci raz trafia pan do aresztu na  Białorusi?

 

 

 

Tak, to prawda. Myślę, że jestem na celowniku za działalność w  opozycyjnym portalu internetowym    http://www.belaruspartisan.org ,  za książkę o Łukaszence, a także za moje komentarze w mediach na  temat wyborów. To forma zemsty.

 

Rozmawiał Paweł Reszka             Na celowniku                                                       Paweł Szeremiet

 

Paweł Szeremiet (34 lata), dziennikarz białoruski, na początku  bardzo lubiany przez Aleksandra Łukaszenkę, potem przez niego  prześladowany w 1997 roku, po nakręceniu dla telewizji rosyjskiej  materiału o przemycie na granicy białorusko-litewskiej, spędził  kilka miesięcy w areszcie w Grodnie pod zarzutem nielegalnego  przekroczenia granicy. Współpracujący z nim operator Dmitrij  Zawadzki zaginął bez wieści w 2000 roku, prawdopodobnie został  zamordowany.

 

Były redaktor naczelny opozycyjnej "Biełorusskoj Diełowoj  Gaziety". Obecnie ma obywatelstwo rosyjskie i pracuje w rosyjskiej  telewizji publicznej Pierwyj Kanał.