Najnowsze fizykochemiczne analizy dzieła znakomitego malarza zupełnie zmieniają wymowę tego portretu. Artysta dokonał fundamentalnych zmian w obliczu fundamentalnych zmian politycznych.

Nic nie powstaje z niczego, nic nie ginie w przyrodzie bez śladu, wszystko jedynie przekształca się – to słynne twierdzenie Lavoisiera (prawo zachowania masy), ojca współczesnej chemii, w idealny sposób pasuje do arcydzieła, o którym mowa. Znajduje się ono w Museum of Art w Nowym Jorku. Sekret obrazu odkrył konserwator David Pullins – napisał o tym na łamach pisma „Heritage Science".

Jacques-Louis David, malarz wzięty, modny, obracający się w najwyższych sferach paryskiej socjety, sportretował małżonków Lavoisier zgodnie z ich statusem społecznym – jako bogatą arystokratyczną parę, „consommateur de grand luxe".

Monumentalny obraz (260 x 195 cm) nigdy wcześniej nie był badany w sposób „techniczny", zajmowali się nim tylko historycy sztuki – analizowali ubiór, rekwizyty, styl malarski etc. Analiza „techniczna" ujawniła pierwotną wersję, diametralnie odmienną. Zaczęło się od użycia mikroskopu optycznego, aby usunąć zniszczony werniks. Następnie przyszła kolej na spektrometr fluorescencyjny, spektroskop, mikroskop elektronowy i reflektografię w podczerwieni. Wszystko to razem doprowadziło do ujawnienia „pewnych nieregularności" i nieoczekiwanych kolorów pod powierzchnią obrazu. Wreszcie prawda ujrzała światło dzienne...

Jacques-Louis David, malarz wzięty, modny, obracający się w najwyższych sferach paryskiej socjety, sportretował małżonków Lavoisier zgodnie z ich statusem społecznym – jako bogatą arystokratyczną parę, „consommateur de grand luxe". Madame Lavoisier imponowała wielkim kapeluszem z piórami, ozdobionym błękitnymi wstążkami, kokardami i sztucznymi kwiatami – takie wyszukane i drogie nakrycie głowy nazywano „chapeau a la Tarare". Małżonkowie siedzieli przy wspaniałym drogocennym biurku ozdobionym złoceniami, nie było na nim żadnych naukowych instrumentów, a portret ukazywał nieskrywaną zamożność ludzi z klasy wyższej.

Ale nastąpiła zmiana: David przemalował obraz, „wycofał" bogactwo, a na jego miejsce wprowadził „naukowość". Biurko ze złoceniami przemieniło się w zwyczajny stół nakryty prostym obrusem, pojawiły się na nim naukowe przyrządy, nie mogło być wątpliwości, że Lavoisierowie znajdują się w hotel du Grand Arsenal, gdzie uczony, luminarz oświecenia, miał laboratorium – stąd na stole barometr, gazometr, jakaś retorta, szklana kolba, a w niej jakiś płyn (uczony w istotny sposób ulepszył proch strzelniczy). W tej drugiej wersji sportretowany został naukowiec, a nie opływający w dostatki królewski poborca podatkowy, którym Lavoisier także był.

„Małżeństwo bogaczy przeobraziło się w parę postępowych naukowców, malarz przedstawił Lavoisiera z małżonką jako myślicieli racjonalistów, w czułej pozie, emanującej wzajemną życzliwością. Taka poza była bardziej ludowa niż arystokratyczna, a to już zaczynało być na czasie, nadciągała przecież rewolucja" – napisał we wspomnianym artykule David Pullins.

Pierwsza wersja obrazu powstała w 1788 r., zmiany malarz wprowadził rok później. Właściwie nie dziwią one, jeśli wziąć pod uwagę ówczesne realia. Zachodzące gwałtownie zmiany polityczne i obyczajowe skłoniły artystę i Lavoisierów do ostrożności – afiszowanie się z bogactwem uznali za niebezpieczne. Nie na wiele się to zdało, ostrożność okazała się spóźniona. Głęboka niechęć ludu do Lavoisiera zaczęła się w 1784 r., gdy zaproponował wzniesienie muru wokół Paryża w celu efektywniejszego ściągania podatków. Ostatecznie został zgilotynowany w 1794 r. z wyroku Trybunału Rewolucyjnego Republiki Francuskiej. Fundamentalne dokonania na niwie naukowej okazały się niewystarczające.

Autopromocja
Ranking Samorządów

Poznaj najlepsze samorządy w Polsce

WEŹ UDZIAŁ

Historia doceniła, że to on obalił ostatecznie kompletny przeżytek, jakim była odziedziczona po starożytnych koncepcja żywiołów jako elementarnych składników materii (woda, ogień, powietrze, ziemia, eter). Ale nie docenił tego przewodniczący trybunału, gdy Lavoisier poprosił o odłożenie egzekucji o kilka dni, których potrzebował na dokończenie rozpoczętego eksperymentu naukowego, usłyszał: „Republika nie potrzebuje uczonych".

Historia magistra vitae: czas pokazał, że to nie prawda. Ale też czas pokazał, że mimo upływu 232 lat nadal liczni politycy „nie potrzebują uczonych", skoro w oczywisty sposób nie wyciągają wniosków z ich ekspertyz, raportów, analiz i postulatów.