– Trzeba było wprowadzić okres przejściowy dla pracowników z Polski. Najpierw zabierali nam pracę, teraz korzystają z zasiłków i tylko pogłębiają kryzys – mówi 45-letni Allan, kierowca z południowego Londynu. W kosmopolitycznej stolicy takie głosy należą do rzadkości, ale w robotniczych rejonach Wielkiej Brytanii niechęć do przyjezdnych z nowych krajów UE jest dużo większa.

Zdaniem ekspertów decyzja o otwarciu w 2004 roku rynku pracy może się okazać gwoździem do trumny laburzystów, którzy walczą o utrzymanie się przy władzy. – Imigracja to po gospodarce najważniejszy problem wymieniany przez wyborców z klasy robotniczej, czyli tradycyjnego elektoratu laburzystów – mówi „Rz” dr Martin Farr z Newcastle University.

Po otwarciu rynku pracy w 2004 roku do Wielkiej Brytanii przyjechało ponad milion Polaków. Wielu z nich wróciło do kraju, ale na Wyspach wciąż może pracować ok. 500 tysięcy.

– Polacy mieli przez jakiś czas dobrą prasę. Atmosfera się jednak zmieniła, kiedy wybuchł kryzys – mówi 30-letni Adam, który pracuje w metrze.

[srodtytul]„Lepsi imigranci”[/srodtytul]

Chociaż torysi i Liberalni Demokraci atakują rządzących od 1997 roku laburzystów za brak kontroli nad imigracją, to wszystkie partie w jednym wydawały się zgodne: problemem nie są pracownicy z Unii, tylko uchodźcy z takich krajów, jak Irak, Afganistan czy Somalia. Jednak Brytyjczyków to nie przekonuje.

Zdaniem wielu komentatorów typowy pogląd klasy robotniczej zademonstrowała 66-letnia emerytka Gilian Duffy, która ostro skrytykowała premiera Gordona Browna za otwarcie drzwi dla pracowników z Europy Wschodniej. – Takie poglądy to zasługa prasy brukowej. Ale także braku uczciwej debaty na temat pozytywnych skutków obecności pracowników z Europy Wschodniej. Politycy boją się mówić, że jedni imigranci są lepsi od innych, obawiając się zarzutów o rasizm i dyskryminację – tłumaczy dr Farr.

Pani Duffy pochodzi z miejscowości Rochdale, gdzie laburzyści zdobyli mandat minimalną przewagą. Teraz odebrać im go próbują Liberalni Demokraci. Byli do tej pory najbardziej tolerancyjni w sprawach imigracji, ale w czasie czwartkowej, ostatniej już telewizyjnej debaty ich przywódca Nick Clegg manipulował danymi na temat liczby pracowników z Europy Wschodniej.

[srodtytul]Apel Milibanda[/srodtytul]

Autopromocja
Bezpłatny e-book

WALKA O KLIMAT. Nowa architektura energetyki

POBIERZ

Atakując konserwatystów za plany ograniczania napływu imigrantów, Clegg przekonywał, że będzie to nieskuteczne, bo i tak 80 procent przyjezdnych pochodzi z Europy Wschodniej. Jak podkreślają eksperci, w rzeczywistości jest to mniej niż 40 procent.

– Spodziewam się, że antyimigranckie nastroje wykorzystają radykalne ugrupowania, takie jak Brytyjska Partia Narodowa (BNP) czy Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP), które wprowadzą do parlamentu rekordową liczbę posłów – mówi Farr.

Laburzyści, którzy mogą najwięcej zapłacić za swoją politykę imigracyjną, liczą na wdzięczność Polaków. Szef brytyjskiego MSZ David Miliband, który sam ma polskie korzenie, zaapelował o głosy wyborców pochodzenia polskiego.

Apel był zapewne skierowany do tzw. starej emigracji, głosującej zazwyczaj na konserwatystów. Polityczne znaczenie nowej fali emigracji jest raczej znikome, bo w wyborach powszechnych głosować mogą jedynie osoby, które mają brytyjskie obywatelstwo.