Na początku trzeba było przeżyć własną śmierć. Na środku morza, kołysany falami, trawiony wysoką gorączką, z daleka od domu, 31-letni mężczyzna leży i majacząc powtarza w kółko jedno zdanie: „nie mogę umrzeć, nie zgrzeszyłem przeciwko światłu”. Doszedł w swojej chorobie do tego miejsca, gdzie samemu trzeba wybrać – odejdę czy zostanę? Ta druga strona, na co dzień niewidzialna, staje się coraz bardziej namacalna i kusząca. Świat, życie na nim, wydaje się (a może okazuje?) snem. Jeśli z powrotem weń zapaść, to tylko dlatego, że coś jeszcze nie zostało w nim do końca wyśnione.