Polityk z ugrupowania rządzącego Brazylią od 2002 roku w niedzielnej drugiej turze wyborów uzyskała 56 proc. głosów. Na swą następczynię wyznaczył ją prezydent Luiz Inacio Lula da Silva. Jej rywal, socjaldemokrata José Serra dostał ponad 44 proc. głosów, czyli o około 11 mln mniej.
Licząca 193 mln mieszkańców Brazylia, piąty kraj świata pod względem ludności i powierzchni, jeszcze nie miała pani prezydent, choć w Ameryce Łacińskiej nie jest to rzadkością.
62-letnia Dilma Rousseff ze łzami w oczach dziękowała za okazane jej zaufanie. Obiecała kontynuować dzieło poprzednika. – Będę często pukała do jego drzwi i wiem, że zawsze będą otwarte – mówiła. Przyznała, że trudno będzie zastąpić Lulę, ale wierzy, że sprosta wyzwaniu. Jej priorytetami ma być wykorzenienie biedy oraz utrzymanie stabilności i wzrostu gospodarczego. – Nie spoczniemy, póki będą Brazylijczycy cierpiący głód, póki będą rodziny żyjące na ulicy i póki będą ubogie dzieci – zapewniała.
Nikt nie ma wątpliwości, że Rousseff, była szefowa gabinetu Luli, zwycięstwo zawdzięcza prezydentowi, któremu konstytucja nie pozwoliła ubiegać się o trzecią kadencję. Lula, którego po ośmiu latach rządów pozytywnie ocenia ponad 80 proc. Brazylijczyków, pozostawia jej kraj w dobrym stanie.
Wzrost PKB przekroczy w tym roku 7 proc., bezrobocie jest znikome. 29 mln Brazylijczyków wyszło za jego rządów z biedy. Więcej ubogich dzieci chodzi do szkoły, bo rodzice dostają na to zapomogi. Rosnące dochody z eksportu ropy umożliwiają zaś realizację programów socjalnych i rozbudowę infrastruktury. Problemem pozostają korupcja, przestępczość i zbyt rozdęta biurokracja.