[i] Korespondencja z Waszyngtonu[/i]
61-letni Boehner to niezwykle doświadczony polityk. Lecz chociaż pierwsze kroki w Kongresie stawiał już w 1991 roku, a przez ostatnie trzy lata był szefem republikańskiej mniejszości w Izbie Reprezentantów, to świętując wielkie zwycięstwo swoje i swojej partii, nie potrafił powstrzymać łez.
[srodtytul]Uzależniony od golfa[/srodtytul]
– Całe życie goniłem za amerykańskim snem. Ukończyłem szkołę i podejmowałem każdą najbardziej parszywą pracę, którą mogłem zdobyć, i brałem każdą możliwą nocną zmianę, żeby zapłacić za college – mówił przez łzy Boehner, który jako drugie spośród dwanaściorga dzieci dorastał w skromnych warunkach w niewielkim domu w Cincinnati. Już jako ośmiolatek zmywał podłogi w barze swego ojca. Jako pierwszy w rodzinie zdobył jednak dyplom uniwersytecki, po czym zaczął karierę w biznesie.
– Gdy zobaczyłem, jak bardzo władze w Waszyngtonie odstąpiły od wartości tego kraju, zdecydowałem się na walkę o Kongres – mówił, wywołując owacje swoich zwolenników zgromadzonych w hotelu Grand Hyatt. Republikanie wiedzą, że Boehnerowi zawsze przy ważnych przemowach z oczu płyną łzy. Jest to jednak polityk, który bezwzględnie dąży do celu. Podczas pierwszej kadencji w ramach tzw. Gangu Siedmiu walczył o oczyszczenie politycznego establishmentu. Trzy lata później współtworzył z Newtem Gingrichem – słynnym przewodniczącym Izby Reprezentantów – „Kontrakt dla Ameryki”, który pomógł republikanom odbić Kongres z rąk demokratów. Ci ostatni przez ostatnie miesiące przedstawiali go jako uzależnioną od golfa marionetkę lobbystów, nałogowego palacza o podejrzanej, pomarańczowej opaleniźnie.