Nikt nie kwestionuje w Niemczech roli, jaką odegrał były kanclerz Helmut Kohl w dziele zjednoczenia Niemiec. Ale Niemcy są podzieleni co do tego, czy powinno mu się stawiać pomniki. Przynajmniej za życia. Pierwszy miałby powstać w najbliższym czasie w Dreźnie, o co zabiegają radni miasta z CDU wspierani przez liberałów z FDP. Przeciwni są jednak Zieloni, SPD i postkomuniści.
Na forach internetowych nie brak propozycji, że jeżeli Drezno nie może się obejść bez pomnika kanclerza, to bardziej właściwą formą uczczenia jego pamięci byłaby jego podobizna z książeczką czekową w ręku z napisem „Kohle”. W potocznym języku oznacza to szmal. Jest to brutalna aluzja do afery „czarnych kas CDU”, którymi zarządzał jako szef partii, korzystając z nielegalnych dotacji swych przyjaciół z wielkiego przemysłu.
Do dzisiaj nie ujawnił nazwisk darczyńców, a afera ciąży na honorze byłego kanclerza. Sprawia także, że Niemcy – zarówno ci na zachodzie, jak i na wschodzie – mają do niego stosunek co najmniej ambiwalentny. Odzwierciedlają to liczne anegdoty na jego temat.
W jednej z nich Kohl stoi nad brzegiem Renu i modli się o cud, aby Niemcy w niego uwierzyli. Bóg wyposaża go w dar kroczenia po wodzie. Ale Niemcy nie są zachwyceni. – Nawet pływać nie potrafi – oceniają.
Albo anegdota sprzed lat, kiedy Kohl miał się naradzać ze swym otoczeniem w restauracji hotelu w Sankt Petersburgu. Przeszkadzała mu muzyka, więc jeden z jego asystentów miał wręczyć muzykom po banknocie i natychmiast zapanowała cisza. – Taki był styl rządzenia Kohla – mówią zgodnie ci, którzy znali go blisko. Być może dlatego nie otrzymał Pokojowej Nagrody Nobla, chociaż jego kandydaturę zgłaszał Jose Manuel Barroso.