Reklama
Rozwiń
Reklama

Niemcy: Dlaczego Obama ominął Berlin?

Niemcy dystansują się coraz bardziej od dotychczasowego kursu polityki zagranicznej, poszukując własnej drogi zarówno w UE, jak i NATO

Publikacja: 27.05.2011 21:12

Czy prezydent USA nie ma powodów, aby lądować w Berlinie, gdyż brak w tym mieście partnera do poważn

Czy prezydent USA nie ma powodów, aby lądować w Berlinie, gdyż brak w tym mieście partnera do poważnych rozmów?

Foto: Fotorzepa, Jerzy Dudek JD Jerzy Dudek

Wiem, jaką przykrość może sprawiać widok prezydenta Obamy odwiedzającego Irlandię, Wielką Brytanię, Francję czy Polskę, w chwili gdy znów omija stolicę Niemiec – twierdzi Frank-Walter Steinmeier, były szef niemieckiej dyplomacji, argumentując w Bundestagu, że prezydent USA nie ma powodów, aby lądować w Berlinie, gdyż brak w tym mieście partnera do poważnych rozmów.

Mogłaby nim być kanclerz Angela Merkel, ale w opinii Steinmeiera nie ma ona żadnej koncepcji niemieckiej polityki zagranicznej i jej działania prowadzą w prostej linii do międzynarodowej izolacji największego kraju w UE. Nie tylko niemiecka opozycja oskarża rząd Angeli Merkel o prowadzenie polityki izolacjonistycznego letargu i wyczekiwania na wydarzenia zamiast prezentowania konkretnych rozwiązań i objęcia przywódczej roli w sytuacji kryzysu w UE. Czynią to przywódcy wielu krajów UE, używając jednak nieco innego języka niż liderzy niemieckiej opozycji.

Pojawiają się i opinie ekstremalne, np. wicepremiera Grecji Theodorosa Pangalosa, który na łamach prasy zarzucił Niemcom otwarcie prowadzenie polityki „finansowego Dachau". To w kontekście zarzucanego rządowi Angeli Merkel braku solidarności w rozwiązaniu kryzysu greckiego i całej strefy euro. O niemiecką solidarność apelował w ostatnich dniach w Berlinie Jerzy Buzek, szef Parlamentu Europejskiego. – Przyjechałem z posłaniem, że to Niemcy ponoszą największą odpowiedzialność za uratowanie euro – powiedział „Rz". Nie tylko on zauważa, że w Niemczech rośnie eurosceptycyzm, zagrażając przyszłości integracji europejskiej.

Z najnowszych badań wynika, że dwie trzecie Niemców ma niewielkie lub nie ma wcale zaufania do UE, a ponad połowa twierdzi, że nie wiąże z Unią przyszłości. Docierający do 10 mln czytelników „Bild Zeitung" maluje od dawna obraz UE jako pacjenta, którego członki zżera gangrena, i ratunek mogą stanowić jedynie pieniądze niemieckich podatników. – Nie chcemy Unii transferowej – pisze największa europejska bulwarówka. To samo powtarza wielu polityków. Sama kanclerz Merkel uderzyła właśnie w ten sam ton, krytykując publicznie Grecję, Portugalię i Hiszpanię. – Nie możemy mieć jednej waluty, w chwili gdy jedni mają długie urlopy, a inni znacznie krótsze – powiedziała. Okazało się jednak, że to właśnie Niemcy odpoczywają najdłużej. Pod adresem pani kanclerz posypały się więc oskarżenia o uleganie populistycznym nastrojom.

Zdaniem Ulrike Guerot z niemieckiej filii European Council of Foreign Relations (ECFR) rząd RFN postrzega od dawna Europę i świat w coraz większym stopniu przez pryzmat polityki wewnętrznej. To zdecydowanie inne podejście do polityki zagranicznej oznacza zerwanie z „romantyzmem" poprzedniej epoki, kiedy to historia Niemiec była siłą napędową niemieckich działań integracyjnych. Innymi słowy, Berlin nie zamierza już ograniczać się do roli kasjera i płacić bez zmrużenia oka. Tego nie chcą niemieccy wyborcy, którzy nigdy nie mieli okazji się wypowiedzieć w referendum o tym, co myślą o UE czy wspólnej walucie.

Reklama
Reklama

Jak wynika z niedawnej analizy ECFR Niemcy coraz bardziej dystansują się od Europy – zarówno politycznie, jak i gospodarczo. Dwie trzecie wymiany handlowej Niemiec przypada nadal na kraje UE, ale ponad połowa eksportu całej Unii do Chin pochodzi z Niemiec. Ma to konsekwencje polityczne. – Niemcy zdają się iść własną drogą – brzmi konkluzja analizy ECFR zaopatrzona w wiele wskazówek, w jaki sposób sprowadzić Niemcy na stare tory. Na przykład przez stworzenie wewnątrz Unii silnej koalicji antyniemieckiej.

– USA obserwują zmiany zachodzące w Niemczech i zarzucają Berlinowi, że nie przejawia wystarczającej woli w odegraniu przodującej roli w poszukiwaniu rozwiązania obecnego kryzysu UE – mówi Jan Techau, dyrektor europejskiej filii Carnegie Endowment for International Peace. Ale znacznie bardziej niepokoi Waszyngton to, że Niemcy zmniejszają wydatki na obronę i zaczynają powoli pełnić rolę hamulcowego w NATO. Przy tym USA traktują Niemcy jako fundament stabilizacji w Europie. Wstrzymanie się przez Niemcy od głosu w Radzie Bezpieczeństwa ONZ w sprawie rezolucji umożliwiającej akcje militarne przeciwko reżimowi pułkownika Kaddafiego zostało przyjęte w USA z nieskrywaną dezaprobatą. – Jednak fakt, że prezydent Obama nie zdecydował się na wizytę w Berlinie, nie może być interpretowany jako swego rodzaju kara za postawę Niemiec – tłumaczy Jan Techau. Tak interpretuje to opozycja z SPD z Frankiem-Walterem Steinmeirem na czele.

Sam prezydent jest daleki od publicznego krytykowania Berlina. Ale do niemieckiej stolicy nie przyjechał ani w czasie obecnej podróży do Europy, ani też dwa lata temu, gdy gościł w Niemczech. Znalazł wtedy czas na odwiedzenie byłego obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie, ale z kanclerz Merkel spotkał się w Dreźnie. W Berlinie był po raz ostatni latem 2008 roku. Jako kandydat na prezydenta zamierzał tam wygłosić przemówienie przed Bramą Brandenburską. Urząd kanclerski nie wyraził zgody i przyszły gospodarz Białego Domu przemawiał do wiwatujących na jego część Niemców na neutralnym terenie w pobliżu kolumny Zwycięstwa.

Świat
Wojna Rosji z Ukrainą. Dzień 1454
Świat
Tym otruto Aleksieja Nawalnego. Czym jest toksyna żaby drzewołazowatej?
Świat
Wojna Rosji z Ukrainą. Dzień 1453
Świat
Islam w Europie, brutalna diagnoza. Europejski laicyzm przegrywa?
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama