Wiem, jaką przykrość może sprawiać widok prezydenta Obamy odwiedzającego Irlandię, Wielką Brytanię, Francję czy Polskę, w chwili gdy znów omija stolicę Niemiec – twierdzi Frank-Walter Steinmeier, były szef niemieckiej dyplomacji, argumentując w Bundestagu, że prezydent USA nie ma powodów, aby lądować w Berlinie, gdyż brak w tym mieście partnera do poważnych rozmów.
Mogłaby nim być kanclerz Angela Merkel, ale w opinii Steinmeiera nie ma ona żadnej koncepcji niemieckiej polityki zagranicznej i jej działania prowadzą w prostej linii do międzynarodowej izolacji największego kraju w UE. Nie tylko niemiecka opozycja oskarża rząd Angeli Merkel o prowadzenie polityki izolacjonistycznego letargu i wyczekiwania na wydarzenia zamiast prezentowania konkretnych rozwiązań i objęcia przywódczej roli w sytuacji kryzysu w UE. Czynią to przywódcy wielu krajów UE, używając jednak nieco innego języka niż liderzy niemieckiej opozycji.
Pojawiają się i opinie ekstremalne, np. wicepremiera Grecji Theodorosa Pangalosa, który na łamach prasy zarzucił Niemcom otwarcie prowadzenie polityki „finansowego Dachau". To w kontekście zarzucanego rządowi Angeli Merkel braku solidarności w rozwiązaniu kryzysu greckiego i całej strefy euro. O niemiecką solidarność apelował w ostatnich dniach w Berlinie Jerzy Buzek, szef Parlamentu Europejskiego. – Przyjechałem z posłaniem, że to Niemcy ponoszą największą odpowiedzialność za uratowanie euro – powiedział „Rz". Nie tylko on zauważa, że w Niemczech rośnie eurosceptycyzm, zagrażając przyszłości integracji europejskiej.
Z najnowszych badań wynika, że dwie trzecie Niemców ma niewielkie lub nie ma wcale zaufania do UE, a ponad połowa twierdzi, że nie wiąże z Unią przyszłości. Docierający do 10 mln czytelników „Bild Zeitung" maluje od dawna obraz UE jako pacjenta, którego członki zżera gangrena, i ratunek mogą stanowić jedynie pieniądze niemieckich podatników. – Nie chcemy Unii transferowej – pisze największa europejska bulwarówka. To samo powtarza wielu polityków. Sama kanclerz Merkel uderzyła właśnie w ten sam ton, krytykując publicznie Grecję, Portugalię i Hiszpanię. – Nie możemy mieć jednej waluty, w chwili gdy jedni mają długie urlopy, a inni znacznie krótsze – powiedziała. Okazało się jednak, że to właśnie Niemcy odpoczywają najdłużej. Pod adresem pani kanclerz posypały się więc oskarżenia o uleganie populistycznym nastrojom.
Zdaniem Ulrike Guerot z niemieckiej filii European Council of Foreign Relations (ECFR) rząd RFN postrzega od dawna Europę i świat w coraz większym stopniu przez pryzmat polityki wewnętrznej. To zdecydowanie inne podejście do polityki zagranicznej oznacza zerwanie z „romantyzmem" poprzedniej epoki, kiedy to historia Niemiec była siłą napędową niemieckich działań integracyjnych. Innymi słowy, Berlin nie zamierza już ograniczać się do roli kasjera i płacić bez zmrużenia oka. Tego nie chcą niemieccy wyborcy, którzy nigdy nie mieli okazji się wypowiedzieć w referendum o tym, co myślą o UE czy wspólnej walucie.