Nie wiadomo jeszcze, czy w poniedziałek dojdzie do zawarcia porozumienia z Iranem w sprawie kontrowersyjnego programu atomowego tego kraju. Jednak amerykański sekretarz stanu John Kerry jest już w Londynie i jest gotów w każdej chwili przybyć do Wiednia. Trwa tam ostatnia runda negocjacji przed wyznaczonym już dawno terminem zakończenia negocjacji przypadającym w najbliższy poniedziałek. Uczestniczą w niej przedstawiciele Iranu oraz sześciu państw: USA, Chin, Rosji, Francji, Niemiec i Wielkiej Brytanii. Na ich przebieg nie mają wpływu protesty nieprzejednanych środowisk szyickich w Iranie, przypominających, że USA to żywe wcielenie szatana.
Szczegóły wiedeńskich negocjacji nie są do końca znane, ale wiadomo, jakie są założenia przygotowywanego porozumienia. Iran ma się zobowiązać do zredukowania swego programu tak, aby niemożliwa była produkcja broni atomowej, i poddać się kontroli Międzynarodowej Agencji Atomowej. W zamian cofnięte zostaną nałożone na ten kraj sankcje gospodarcze hamujące rozwój tego kraju.
Do ustalenia jest jeszcze wiele ważnych elementów, od których zależy powodzenie całego przedsięwzięcia. Iran upiera się przy większej liczbie centryfug, czyli urządzeń służących do wzbogacania uranu na potrzeby rozbudowywanej energetyki jądrowej. Ma ich podobno obecnie 19 tys. Amerykanie twierdzą, że 4 tys. w pełni wystarczy. Teheran chce znacznie więcej. Ma też obiekcje co do częstotliwości i zakresu kontroli międzynarodowej swego programu atomowego.
Chce też natychmiastowego odwołania przez USA większości sankcji gospodarczych, dławiących od wielu lat rozwój irańskiej gospodarki. Waszyngton nie jest skłonny udzielić takich gwarancji.
– Nie można wykluczyć, że poniedziałkowy termin zakończenia negocjacji zostanie przesunięty o kilka miesięcy. Nie ma też pewności, czy uda się osiągnąć kompromis zadowalający wszystkie strony – tłumaczy „Rz" Farhad Khosrokhavar, szef paryskiej Wyższej Szkoły Nauk Społecznych.