Europa jeszcze nie zdążyła zanalizować skutków wstrzymania projektu South Stream, a rosyjski prezydent uczestniczył już w podpisaniu nowej umowy gazowej z Turcją. To już kolejny projekt eksportowy Kremla po podpisaniu porozumienia z Chinami, które także mają stać się odbiorcą rosyjskich surowców energetycznych. W ten sposób Kreml próbuje neutralizować skutki działań Zachodu podjętych w odpowiedzi na agresję wobec Ukrainy.
Zwrot w kierunku Turcji wydaje się z perspektywy Rosji logicznym krokiem. Kraj ten z powodu szybkiego rozwoju gospodarczego w ostatnich dwóch dekadach jest coraz poważniejszym importerem surowców energetycznych i ważnym partnerem gospodarczym (do 2020 r. obroty handlowe z Rosją mają zostać potrojone z 33 do 100 mld dol.).
Prezydent Recep Tayyip Erdogan zaczął ostatnio uderzać w tony niechętne Europie, sugerując, że jest ona w istocie antyturecka i antyislamska. To zaś jak zawsze budzi nadzieje Moskwy, że uda jej się wykorzystać rozdźwięki pomiędzy sojusznikami z NATO.
– Relacje z Rosją nie muszą jednak wcale oznaczać zawiązania daleko idącej współpracy politycznej, bowiem Moskwę i Ankarę więcej zdaje się wciąż dzielić niż zbliżać – mówi „Rz" prof. Ilter Turan, politolog ze stambulskiego uniwersytetu Bilgi. Głównie chodzi o odmienną ocenę wydarzeń na Bliskim Wschodzie i stosunek do wojny w Syrii. Podczas gdy Rosjanie uchodzą za ostatnich liczących się sojuszników prezydenta Baszara Asada, Turcja jest nastawiona do Damaszku wrogo.
Zasadniczo odmiennie Turcy i Rosjanie postrzegają też region Kaukazu i problem Krymu. Ankara nie zamierza uznawać aneksji, a co więcej występuje w obronie Tatarów Krymskich.