Z tego artykułu dowiesz się:
- Jakie jest stanowisko Polaków w sprawie prewencyjnego użycia syren alarmowych we wschodnich regionach kraju.
- Dlaczego podczas realnego zagrożenia część systemu ostrzegania zawiodła i jakie słabości obnażył ten incydent.
- Jakie zmiany w procedurach planuje rząd i która służba może przejąć odpowiedzialność za uruchamianie alarmów.
- W jaki sposób państwo buduje odporność społeczną i gdzie można zdobyć wiedzę o reagowaniu na zagrożenia.
Resort spraw wewnętrznych zakłada, że w momencie, gdy rosyjskie drony lub rakiety będą zmierzały w kierunku polskiej granicy, a jeszcze jej nie przekroczą, będzie można uruchomić syreny alarmowe ostrzegające ludność cywilną przed uderzeniem z powietrza. To jedno z wielu rozwiązań, nad którymi pracuje MSWiA, po tym, gdy rosyjska rakieta 30 lipca uderzyła w terytorium Polski w miejscowości Tarnawa-Kolonia.
Już trzy tygodnie później, 20 sierpnia prewencyjne powiadomienia w postaci alertu RCB otrzymali mieszkańcy Lubelszczyzny i Podkarpacia. Tego dnia wojska Kremla dokonały kolejnego zmasowanego ataku rakietowego na Ukrainę. O godz. 4.30 mieszkańcy otrzymali alert o treści: „UWAGA! UWAGA! UWAGA! Na obszarze zachodniej Ukrainy trwa zmasowany atak powietrzny. Śledź komunikaty”. Po godzinie 5.30 ostrzeżenie zostało odwołane. Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych nie odnotowało wtedy naruszenia polskiej przestrzeni powietrznej przez obcy obiekt. Wtedy ograniczono się tylko do powiadomienia SMS, nie zostały uruchomione syreny alarmowe.
Pracownia badawcza IBRiS zapytała na zlecenie „Rzeczpospolitej”, czy we wschodniej Polsce powinny być uruchamiane syreny alarmowe nawet wtedy, gdy rosyjskie rakiety lub drony znajdują się jeszcze nad terenem Ukrainy. Takie działanie akceptuje 58,7 proc. pytanych, nie zgadza się zaś 27,2 proc., a nie ma zdania 14,1 proc.
Mieszkańcy wschodnich województw za włączeniem syren alarmowych
Co ciekawe, widoczna jest większa akceptacja dla takich działań służb wśród mieszkańców województw wschodniej Polski (Podkarpacie, Lubelszczyzna, Podlasie). Włączenie sygnałów alarmowych o możliwym ataku jest skłonne zaakceptować 71 proc. badanych z tego regionu Polski, nie zgadza się zaś 21 proc., a nie ma zdania – 8 proc. mieszkańców.
W grupie osób, które zgadzają się, aby syreny alarmowe ostrzegały przed uderzeniem z powietrza, gdy atak dotyczy zachodniej Ukrainy, są zarówno zwolennicy obozu rządzącego (60 proc.), jak i opozycji (62 proc.). Zatem w tym zakresie panuje swoisty konsensus ponad podziałami politycznymi. Przeważają kobiety (66 proc.), przedstawiciele pokolenia Z (88 proc.), mieszkańcy średnich miast (72 proc.). Informacje o sytuacji na świecie głównie czerpią one z telewizji Republika (74 proc.).
Czytaj więcej
Tylko co trzeci Polak jest skłonny zgodzić się na przywrócenie poboru, czyli obowiązkowej służby wojskowej. Ale masowo akceptujemy organizację szko...
W grupie tej w jednakowym stopniu są osoby, które deklarują poglądy lewicowe, jak i prawicowe (po 60 proc. wskazań). W ostatnich wyborach parlamentarnych głosowali przeważnie na PiS lub Koalicję Obywatelską (po 62 proc. wskazań) albo Nową Lewicę (63 proc.). W wyborach prezydenckich postawili przeważnie na Grzegorza Brauna (100 proc.) lub Szymona Hołownię (78 proc.).
Interesująco wyglądają odpowiedzi, jeśli weźmiemy pod uwagę wykształcenie. Im wyższe, tym akceptacja dla alarmów drastycznie maleje, spadając z 76 proc. (podstawowe) do 39 proc. (wyższe). A największą akceptację dla włączania syren przejawiają najmłodsi respondenci – aż 88 proc. osób w wieku 18-29 lat zgadza się, by włączano, gdy rakiety pojawiają się blisko naszej granicy.
Problem z syrenami
Zaraz po incydencie z rosyjską rakietą MSWiA wskazało, że najszybszym sposobem ostrzegania było uruchomienie syren alarmowych. 30 lipca łączny czas zagrożenia, czyli obecności rosyjskiej rakiety w polskiej przestrzeni powietrznej trwał 13 minut. Chociaż zapadła decyzja o włączeniu syren alarmowych, niektórych z nich nie usłyszeli mieszkańcy wschodnich regionów Polski.
Okazuje się, że ich uruchomienie nie jest możliwe centralnie i nie można tego zrobić automatycznie. Z naszych ustaleń wynika, że nadal wiele powiatowych centrów zarządzania kryzysowego, które są odpowiedzialne za uruchomienie syren, nie jest wyposażonych w sprawne radiostacje krótkofalowe, którymi płynie informacja o zagrożeniu. Nie dyżurowali w tych miejscach urzędnicy, którzy pracują zwykle od godz. 8 do 16. Najsłabszym ogniwem okazali się ludzie, bo część z nich spała lub znajdowała się na tzw. dyżurze zdalnym. Dlatego, aby uruchomić sygnał alarmowy, musieli dojechać do urzędu, włączyć radiostację i uruchomić syreny. Paraliż decyzyjny wynikał też z tego, że urzędnicy, do których komunikat dotarł, chcieli jego potwierdzenia np. u starosty. To wydłużyło czas reakcji.
– Ludzie na obszarach zagrożonych powinni otrzymywać konkretne komunikaty. W tej chwili jedyne, co można zalecić mieszkańcom Lubelszczyzny, to żeby sobie pobrali ukraińskie aplikacje, bo nasi sąsiedzi mają system ostrzegania już dopracowany – mówi gen. dyw. Roman Polko, były dowódca jednostki GROM w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”.
Czytaj więcej
MSWiA ma pomysły na usprawnienie systemu ostrzegania i informowania cywilów o uderzeniu z powietrza. Według planów resortu zawyją nawet wyciszone t...
Po wydarzeniach z 30 lipca MSWiA uznało, że najważniejsza jest maksymalna automatyzacja procesu podejmowania decyzji. Resort zakłada, że jednym z rozwiązań będzie też przeniesienie kompetencji uruchomienia syren do Państwowej Straży Pożarnej, bo jej stanowiska kierowania działają całodobowo. To strażacy mogliby uruchomić syreny alarmowe. Jednocześnie urzędnicy resortu spraw wewnętrznych skłaniają się ku temu, aby syreny były uruchamiane profilaktycznie w sytuacji, gdy obcy obiekt (rakieta lub dron) zbliża się do polskiej granicy. To jednak wymaga współpracy z Centrum Operacji Powietrznych, które z wyprzedzeniem może podać taką informację do Rządowego Centrum Bezpieczeństwa. Tak już się stało w przypadku uruchomienia alertu RCB.
– Oczekiwałbym, że w sprawach bezpieczeństwa przynajmniej mieszkańcy Lubelszczyzny będą otrzymywali taki komunikat, jaki przekazał wieczorem w przededniu ataku rakietowego prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski – Rosja przygotowuje uderzenie i jest poważne zagrożenie dla zachodniej Ukrainy. Ludzie nie byliby w nocy zaskoczeni, że nagle coś się dzieje. Moim zdaniem powinna być aplikacja, która pozwala śledzić sytuację – mówi „Rz” były szef jednostki wojsk specjalnych.
Trening reagowania w przypadku ataku z powietrza
Oprócz systemów ostrzegania istotne są umiejętności reagowania na zagrożenie. Resort spraw wewnętrznych organizuje w sobotę 29 sierpnia Krajowy Trening Reagowania Akademii OLiOC. Zajęcia edukacyjne zostaną zorganizowane w całym kraju. Przeważnie będą je prowadzili strażacy lub policjanci. Podczas spotkań z ekspertami i służbami będzie można nauczyć się, jak rozpoznawać sygnały alarmowe, jak zweryfikować informacje i korzystać z oficjalnych kanałów komunikacji m.in. Alertu RCB, aplikacji RSO (Regionalny System Ostrzegania). Będzie można sprawdzić, gdzie znajdują się miejsca schronienia, a także jak skompletować plecak ewakuacyjny.
Punkty Akademii OLiOC będą działały od rana m.in. w centrach miast, w miejscowościach turystycznych, przy remizach OSP oraz Jednostkach Ratowniczo-Gaśniczych Państwowej Straży Pożarnej, w bibliotekach i domach kultury. Ich lokalizację można sprawdzić na stronach internetowych oraz w mediach społecznościowych urzędów gmin i miast oraz urzędów wojewódzkich.
Jak podaje MSWiA, od początku 2026 r. w treningach organizowanych przez Akademię Ochrony Ludności i Obrony Cywilnej wzięło udział ponad 276 tysięcy osób. Celem jest „systematyczne budowanie odporności społecznej poprzez praktyczne ćwiczenia”.