Rosyjska rakieta, która pojawiła się nad Polską 30 lipca, skompromitowała system ostrzegania i alarmowania ludności w przypadku uderzenia z powietrza. Rząd przyspiesza z pracami nad naprawą systemu. Co ma w planach?
Brak powiadomienia za pomocą alertu RCB czy włączonych syren alarmowych to nie jedyne zaniechania, które obnażyły luki w działaniu państwa w sytuacji zagrożenia. 30 lipca, gdy rosyjska rakieta wleciała w polską przestrzeń powietrzną, komunikatu nie nadało też m.in. TVP. Takie powiadomienie nie pojawiło się również w aplikacji RSO (Regionalny System Ostrzegania), do korzystania z której namawiają przedstawiciele rządu.
Dlaczego media publiczne milczały
Publiczny nadawca telewizyjny nie nadał żadnego komunikatu, chociaż co wskazuje Barbara Bilińska, przewodnicząca Rady Programowej TVP, „w broszurce Poradnik bezpieczeństwa jest napisane na stronie 35, że wszystkie informacje sprawdzaj w pewnych publicznych źródłach takich jak Polskie Radio, Telewizja [[Polska”. - Dlatego||Polska.” – Dlatego||interpunkcja|konwencja redakcyjna||Kropkę kończącą zdanie stawia się po cudzysłowie. Myślnik wprowadzający wypowiedź zapisuje się półpauzą.]] też na najbliższej Radzie Programowej będziemy pytać zaproszonego dyrektora generalnego Tomasza Syguta o procedury i instrukcje na wypadek zagrożeń. Będziemy pytać o ćwiczenia na okoliczność zagrożeń i nie chodzi tu o ewakuację – mówi nam Barbara Bilińska. – Rada czuje się w obowiązku reagowania i pytania o koordynację centrali z ośrodkami regionalnymi i rządowymi agendami zawiadującymi bezpieczeństwem – dodaje.
Komunikat o zagrożeniu uderzeniem z powietrza trafił do TVP z RCB, ale po dwóch minutach został odwołany.
Stowarzyszenie Ludzi Mediów „Woronicza 17”, na czele którego stoi Jacek Snopkiewicz, zwróciło uwagę, że media publiczne „nie zostały wykorzystane do realizacji celów wynikających z ustawy o zarządzaniu kryzysowym: ostrzegania o zagrożeniu, natychmiastowego przekazywania rzetelnych komunikatów, przeciwdziałania panice”. Miało to miejsce pomimo tego, że MSWiA ma podpisane umowy z operatorami publicznymi w tym z PAP, aby komunikaty były przekazywane natychmiast.
TVP nie odpowiedziało nam oficjalnie na pytania dotyczące procedur związanych z powiadamianiem ludności cywilnej, które powinny zostać uruchomione w sytuacji zagrożenia. Nieoficjalnie usłyszeliśmy, że komunikat o zagrożeniu uderzeniem z powietrza trafił do TVP z RCB, ale po dwóch minutach został odwołany. Dlatego nie zareagowano. Okazuje się, że nie zadziałał system automatycznego powiadamiania widza o takim zdarzeniu np. o przerwaniu programu i pokazaniu planszy z komunikatem rządowym.
– Rozpoczęto uruchomienie Alertu RCB, ale odwołanie zagrożenia spowodowało jego wstrzymanie – przyznała Beata Wiączek-Jankowska z RCB, pytana, dlaczego 30 lipca nie było takiego powiadomienia.
Syreny alarmowe ktoś musi włączyć
Zaraz po incydencie z rosyjską rakietą MSWiA wskazało, że najszybszym sposobem ostrzegania było uruchomienie syren alarmowych. 30 lipca łączny czas zagrożenia, czyli obecności rosyjskiej rakiety w polskiej przestrzeni powietrznej, trwał 13 minut.
Chociaż zapadła decyzja o włączeniu syren alarmowych, niektórych z nich nie usłyszeli mieszkańcy wschodnich regionów Polski. Okazuje się, że ich uruchomienie nie jest możliwe centralnie i nie można tego zrobić automatycznie. Za każdym zainicjowaniem takiego sygnału stoi człowiek.
Czytaj więcej
Gdy rosyjska rakieta wleciała do Polski nie wszędzie tam, gdzie powinny zawyły syreny i nie wysłano komunikatów RCB. Stać nas tylko na monitorowani...
Z ustaleń „Rzeczpospolitej” wynika, że nadal wiele powiatowych centrów zarządzania kryzysowego, które są odpowiedzialne za uruchomienie syren, nie ma na wyposażeniu sprawnych radiostacji krótkofalowych, którymi płynie informacja o zagrożeniu. Nie dyżurowali w tych miejscach urzędnicy, którzy pracują zwykle od godz. 8 do 16. Najsłabszym ogniwem okazali się ludzie, którzy w nocy spali lub znajdowali się na tzw. dyżurze zdalnym. Dlatego, aby uruchomić sygnał alarmowy musieli dojechać do urzędu, włączyć radiostację i uruchomić syreny. Paraliż decyzyjny wynikał też z tego, że urzędnicy, do których komunikat dotarł chcieli jego potwierdzenia np. u starosty. To wydłużyło czas reakcji.
Dlatego teraz – słyszymy od jednego z urzędników rządowych – celem jest maksymalna automatyzacja podejmowania decyzji. MSWiA zakłada, że jednym z rozwiązań jest przeniesienie kompetencji uruchomienia syren do Państwowej Straży Pożarnej, bo ich stanowiska kierowania działają całodobowo. To strażacy mogliby uruchomić syreny alarmowe.
Infrastruktura alarmowa działa w rozproszeniu
MSWiA informuje „Rzeczpospolitą”, że od ponad dwóch lat prowadzi prace nad wykorzystywaniem nowych technologii w systemach ostrzegania i alarmowania ludności. Resort wskazuje, że przez lata „Polska borykała się z brakiem spójnej infrastruktury alarmowej”. „Ponad 22,6 tysiąca syren należących do różnych podmiotów działało w rozproszeniu. Taka sytuacja utrudniała włączenie wszystkich syren w jednym momencie. Dlatego już od połowy 2024 r. pracujemy nad stworzeniem Systemu Ostrzegania i Alarmowania (SOiA), a od 2025 r. prowadzimy systematyczną wymianę syren w całym kraju” – zapewnia „Rzeczpospolitą” resort. Prace te finansowane są z Krajowego Planu Odbudowy, ale będą też zasilane środkami z Programu Ochrony Ludności i Obrony Cywilnej.
Ponad 22,6 tysiąca syren należących do różnych podmiotów działało w rozproszeniu. Taka sytuacja utrudniała włączenie wszystkich w jednym momencie
Warto zaznaczyć, że nie ma możliwości centralnego zarządzania tymi 22 tysiącami syren alarmowych. Dodatkowo zaledwie co trzecia to nowoczesne urządzenia elektroniczne. Okazuje się, że niektóre takie urządzenia zainstalowane przy remizach OSP nie mogą emitować innego sygnału, niż takiego, który zawiadamia ochotników o zbiórce. Słowem, nie mogą nadać trzyminutowego sygnału modulowanego, a potem odwołującego alarm sygnału ciągłego.
„Pracujemy nad stworzeniem aplikacji SOiA, która będzie dedykowana m.in. ostrzeganiu i alarmowaniu ludności cywilnej o zagrożeniu uderzeniami z powietrza. Trwają uzgodnienia pomiędzy Ministerstwem Spraw Wewnętrznych i Administracji, Ministerstwem Obrony Narodowej oraz Rządowym Centrum Bezpieczeństwa dotyczące możliwego sposobu informowania ludności o zagrożeniu atakiem z powietrza. W pracach uczestniczy również Państwowa Straż Pożarna. Na obecnym etapie analizujemy przede wszystkim to, w jakich sytuacjach przekazywanie takich informacji byłoby uzasadnione, jaki powinien być ich zakres, do jakiego obszaru i grupy odbiorców powinny być kierowane oraz jaka forma komunikatu byłaby właściwa. Szczegółowe zasady – w tym ewentualne wykorzystanie Alertu RCB, treść komunikatów oraz moment uruchomienia takiego rozwiązania są uzgadniane” – odpowiadają nam urzędnicy resortu Marcina Kierwińskiego.
Bezpieczeństwo
Rosyjska rakieta nad Polską
30 lipca 2026 r. o godz. 3.40 w polskiej przestrzeni powietrznej wykryto niezidentyfikowany obiekt, do jego rozpoznania i przechwycenia skierowano myśliwiec F-16, o godz. 3.46 obiekt zanikł, miejsce jego upadku zlokalizowano w pobliżu miejscowości Tarnawa-Kolonia. Była to rosyjska rakieta Ch-101. Alarm o uderzeniu z powietrza ogłoszono dla 17 powiatów, ale syreny zawyły tylko w siedmiu, a w powiecie biłgorajskim polecenie przyszło już po wybuchu rosyjskiej rakiety. Cywile nie dostali też alertów RCB.
Niektórzy urzędnicy resortu spraw wewnętrznych skłaniają się ku temu, aby syreny były uruchamiane profilaktycznie w sytuacji, gdy obcy obiekt zbliża się do polskiej granicy. To jednak wymaga współpracy z wojskiem, a konkretnie z Centrum Operacji Powietrznych, które za pośrednictwem Dowództwa Operacyjnego RSZ z wyprzedzeniem może podać taką informację do RCB.
Beata Wiączek-Jankowska z RCB wskazuje, że zostały wypracowane wewnętrzne instrukcje łączące RCB z procedurami wojskowymi. – Ze względu na interes bezpieczeństwa resortu obrony narodowej nie informujemy o szczegółach – dodała. MSWiA zapowiada, że już po ogłoszeniu alarmu zostanie rozesłany komunikat o tym, jak się zachować, a po odwołaniu, co się zdarzyło.
Nawet wyciszony telefon zawyje
Resort spraw wewnętrznych twierdzi, że aplikacji RSO (Regionalny System Ostrzegania), którą dzisiaj można wgrać na telefon „w swoim założeniu nie służy do informowania o zagrożeniu uderzeniami z powietrza, w związku z czym nie posiada takiej funkcjonalności, aby w sposób błyskawiczny – gdy między ogłoszeniem a odwołaniem alertu decydują minuty – informować o zagrożeniu”. Okazuje się, że ministerstwo wraca do koncepcji wdrożenia technologii cell broadcast. W „Rzeczpospolitej” wielokrotnie w ciągu ostatnich lat pisaliśmy na temat tego rozwiązania.
Czytaj więcej
– Ludzie na obszarach zagrożonych powinni otrzymywać konkretne komunikaty. W tej chwili jedyne, co można zalecić mieszkańcom Lubelszczyzny, to żeby...
Pozwala ona na rozesłanie informacji przypominających SMS-y do abonentów sieci znajdujących się w zasięgu jednej stacji bazowej BTS. Komunikaty w tej technologii mogą być dostarczane przy dużym obciążeniu sieci np. podczas imprez masowych oraz w sytuacji, gdy użytkownik dysponuje słabym zasięgiem sieci mobilnej. Cell broadcast pozwala wysyłać komunikaty tylko tam, gdzie zagrożenie jest realne. Nawet jeśli ktoś ma wyciszony telefon, komunikat i tak do niego dotrze z głośnym dźwiękiem alarmowym.
Takie rozwiązanie funkcjonuje m.in. w Izraelu, USA, Holandii, Hiszpanii, Francji, Chorwacji, Niemczech. Wątpliwości polskich ekspertów dotyczyły tego, że został on przejęty przez Rosjan na terenie Ukrainy. Pomimo tego za wprowadzeniem tej technologii jest m.in. minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski, bo jego zdaniem takie rozwiązanie sprawdza się na Ukrainie.
Resort spraw wewnętrznych informuje nas, że wprowadzenie tej technologii „wymaga ścisłego współudziału operatorów telefonii komórkowej jako kluczowych partnerów technologicznych tego projektu”. MSWiA przeprowadziło już konsultacje z operatorami komórkowymi. „Poinformowali oni, że na obecnym etapie potrzebują jeszcze czasu do uruchomienia systemu. Zwrócili uwagę na potrzebę rozbudowy własnej infrastruktury, zakupu licencji, opracowania rozwiązań technicznych oraz ustalenia modelu finansowania inwestycji, deklarując przy tym gotowość do dalszej współpracy. Analizowane są w szczególności koszty inwestycyjne oraz uwarunkowania techniczne, organizacyjne i logistyczne związane z ewentualnym wdrożeniem tego rozwiązania, w tym kwestie dotyczące współpracy z dostawcami systemów operacyjnych Android i iOS. Decyzja dotycząca ewentualnego wdrożenia tej technologii będzie uzależniona od wyników prowadzonych analiz i ustaleń” – wskazuje MSWiA.
To oznacza, że nie wiadomo, kiedy to rozwiązanie zostanie wdrożone. Nie wiemy, jak się to ma do deklaracji ministra Marcina Kierwińskiego z końca lipca, który w TVN24 powiedział, że nowa aplikacja powinna zostać uruchomiona w ciągu kilkunastu tygodni. Wskazał, że nowe rozwiązanie ma uzupełnić obecny system alarmowania oparty m.in. na syrenach i alertach RCB. Resort rozważa wykorzystanie w tym zakresie aplikacji mObywatel.