Kolejna kontrowersyjna ustawa dotycząca „agentów zagranicznych” wejdzie w życie już 1 grudnia. Zmianom w prawie towarzyszy szereg dodatkowych postanowień, w tym również rozkaz szefa Federalnej Służby Bezpieczeństwa Aleksandra Bortnikowa z 4 listopada, mówiący m.in. o rozpowszechnianiu danych, które zdaniem FSB mogą „zostać wykorzystane przeciwko bezpieczeństwu Federacji Rosyjskiej”. Chodzi o informacje, które nie stanowią tajemnicy państwowej. Dotyczą np. charakterystyki rosyjskiego uzbrojenia. Mimo że można o tym przeczytać w każdej wyszukiwarce, publicznie lepiej o tym nie mówić, by nie zostać uznanym za „osobę znajdującą się pod wpływem zagranicznym” i nie otrzymać statusu „zagranicznego agenta”. Ryzykowne będzie rozpowszechnianie jakichkolwiek informacji na temat „przestrzegania prawa i sytuacji moralno-psychologicznej w siłach zbrojnych i jednostkach wojskowych”. Nie wolno będzie też oceniać i prognozować „rozwoju sytuacji wojskowo-politycznej, strategicznej i operacyjnej” w kraju. A to oznacza, że jakiekolwiek komentowanie trwającej od ponad dziewięciu miesięcy wojny może skutkować wpisaniem na listę „agentów”.

Czytaj więcej

Rosyjski dysydent: Niewielu chce tonąć razem z Putinem

– Logika nowego prawa polega na tym, że od 1 grudnia agentem zagranicznym może zostać każdy, bez wcześniejszego uprzedzenia – pisze rosyjska „Niezawisimaja Gazieta” („NG”). – Nietrudno zauważyć, że ocenami i prognozowaniem tejże operacji specjalnej (w Rosji zabroniono używania nazwy „wojna” – red.) zajmują się teraz praktycznie wszyscy aktywni uczestnicy internetu – wskazuje. Osoba, której status nieoczekiwanie się zmieni, dowie się o tym post factum.

– Władze już nie będą miały żadnych hamulców, by kolejnych obywateli uznawać za wrogów narodu, bo „agentów zagranicznych” bez wątpienia uważają za wrogów. Wiem o tym, bo jestem na tej liście – mówi „Rzeczpospolitej” Leonid Gozman, rosyjski opozycjonista i były doradca prezydenta Jelcyna. 72-latek musiał uciekać z Rosji do Europy, by uniknąć więzienia. Wcześniej został uznany za „zagranicznego agenta”. Przypomina, że najpierw za „agentów” uznawano osoby otrzymujące dotacje z zagranicy (np. organizacje pozarządowe). Następnie na listę zaczęły trafiać osoby fizyczne, które krytykowały politykę Kremla. – Władze stwierdziły, że takie osoby znajdują się pod wpływem sił z zagranicy. Powstało prawo, które mogą interpretować, jak chcą. Każdego mogą uznać za wroga – twierdzi Gozman.

Status „zagranicznego agenta” mocno komplikuje życie w Rosji. Taka osoba co kwartał musi składać pisemne szczegółowe sprawozdanie dotyczące jej działalności do rosyjskiego resortu sprawiedliwości. Oprócz tego cztery razy do roku trzeba wypełnić niemalże 40 stron sprawozdania finansowego, w którym trzeba wykazać wszystkie swoje wydatki i transakcje bankowe. Ale na tym problemy się nie kończą. – Nauczyciel czy wykładowca akademicki traci pracę, jeżeli zostanie uznany za „zagranicznego agenta”, bo w świetle prawa nie może pracować z nieletnimi. W praktyce umowy nie są zawierane z osobami, które na uczelniach wyższych pracują z magistrantami czy doktorantami. Zabrania się też pracować w wielu instytucjach państwowych – mówi opozycjonista. – Ale są też niepisane zasady i ograniczenia. I są znacznie dotkliwsze niż te na piśmie – dodaje.

Od początku rosyjskiej agresji na Ukrainę już kilku niezależnych ekspertów w Rosji odmówiło komentarza „Rz” w obawie przed wpisaniem na listę „agentów”.