W ciągu ostatniego roku tylko 44 proc. Polaków przeczytało choć jedną książkę – wynika z ogłoszonych w ubiegłym tygodniu badań Biblioteki Narodowej.

W odróżnieniu od ogółu politycy od książek nie stronią. Przynajmniej w deklaracjach. Monteskiusz twierdził, że "książki są jak towarzystwo, które sobie człowiek dobiera". Zgodnie z tą maksymą starają się zazwyczaj podawać publicznie tytuły, które dobrze świadczą o ich guście i poziomie intelektualnym. – Informacje o tym, co czytają najważniejsi politycy, przemyca się w mediach, by zyskać im sympatię elit intelektualnych – uważa Paweł Piskorski, przewodniczący Stronnictwa Demokratycznego.

Ale zdarza się, że prywatnie lubią zupełnie inną literaturę.

 

 

"Fakt" latem ubiegłego roku zamieścił zdjęcie wypoczywającego szefa rządu. Donald Tusk leżakowanie umilał sobie jedną z najnowszych powieści Harlana Cobena "Zaginiona".

Bohaterem książki jest Myron Bolitar, jedna z postaci najczęściej pojawiających się w powieściach tego autora. Bolitar to były pracownik FBI, który nieustannie pakuje się w kłopoty. Tym razem po telefonie od byłej kochanki leci do Paryża i trafia w sam środek międzynarodowej intrygi z udziałem agentów Mossadu.

Coben uchodzi za mistrza thrillera. Słabość do powieści tego typu raczej nie pomogłaby jednak zyskać uznania na politycznych salonach. Być może dlatego kilka miesięcy wcześniej rzecznik rządu Paweł Graś przypisał swojemu szefowi zamiłowanie do bardziej wysmakowanej intelektualnie lektury. – Premier znajduje czas na czytanie. Ostatnio widziałem u niego Pascala Quignarda – oświadczył.

Quignard przez długie lata zajmował się tłumaczeniami z greki, łaciny i chińskiego, a w 2002 r. został laureatem prestiżowej Nagrody Goncourtów. Jedna z jego najgłośniejszych książek "Wszystkie poranki świata" opowiada o losach XVII-wiecznego mistrza violi da gamba, instrumentu podobnego do wiolonczeli, którego Ludwik XIV chce pozyskać do swojej orkiestry. – Graś po prostu wskazał autora, którego intelektualnie rozwinięty premier powinien czytać – komentuje Piskorski. – Lista lektur przygotowana przez rzecznika rządu jest mało wiarygodna. Uważam, że premier niekoniecznie czyta Quignarda.

Autopromocja
Specjalna oferta letnia

Pełen dostęp do treści "Rzeczpospolitej" za 5,90 zł/miesiąc

KUP TERAZ

 

 

Jakie lektury naprawdę wybiera Tusk? Według jego współpracowników, z którymi rozmawiała "Rz", szef rządu znajduje czas na thrillery i kryminały. Podrzuca mu je żona Małgorzata, która ostatnio odkryła skandynawskich reprezentantów tego gatunku.

Współpracownicy premiera twierdzą też, że jego historyczne wykształcenie nie jest pozorne i lubi czytać o starożytnej Grecji i Rzymie. – Podrzucałem mu takie książki, gdy pracowałem w wydawnictwie Prószyński i S-ka. Na przykład nowe wydanie "Mów" Ajschinesa albo tłumaczenia komedii Plauta wolne od wiktoriańskiej cenzury – wspomina Rafał Grupiński, były sekretarz stanu w Kancelarii Premiera.

Piskorski dodaje, że w czasach, gdy Tusk był wicemarszałkiem Sejmu, takie książki leżały na dużym brązowym biurku w jego gabinecie w parlamencie. – Mam wrażenie, że kładł je tam dosyć ostentacyjnie, ale mimo wszystko czytał. Przykładowo "Żywoty cezarów" Swetoniusza. Sam interesuję się historią i wielokrotnie rozmawialiśmy na te tematy – zaznacza.

Szef rządu lubi też Andrzeja Stasiuka i modnego w kręgach politycznych Janusza Głowackiego. Rozrzut tematyczny lektur Tuska może być powodem tego, że nie ma on swojej ulubionej książki. Podczas jednej z debat przed wyborami prezydenckimi w 2005 r. spytano go o pozycję, którą przeczytał co najmniej dwa razy. Zakłopotany odparł, że kilkanaście razy przeczytał "Przypadki Robinsona Crusoe", a obecnie zagłębia się w poezję Zbigniewa Herberta.

 

 

W odpowiedzi na to samo pytanie Lech Kaczyński wskazał "Czarodziejską górę" Tomasza Manna. Słabość do tej powieści zmarły prezydent podkreślał tak często, że informacja na ten temat znalazła się nawet w 2005 r. w niemieckiej "Frankfurter Allgemeine Zeitung". Gazeta roztrząsała, którego z bohaterów powieści bardziej przypomina sam Kaczyński: klerykała Naphtę czy racjonalistę Settembriniego.

Lech Kaczyński uchodził za mola książkowego. Pochłaniał ogromne ilości opracowań na temat historii Polski.

–  Pełniąc funkcję głowy państwa, nie miał zbyt dużo czasu na czytanie. Nadrabiał to w sierpniu w Juracie – wspomina jego były minister Maciej Łopiński. – Zabierał nad Bałtyk po kilkanaście książek. Podczas ostatniego urlopu w 2009 r. przeczytał m.in. "Dolinę nicości" Bronisława Wildsteina, którą mu kupiłem osobiście.

Dodaje, że pamięta prezydenta zaczytującego się w powieściach Johna Coetzeego i felietonach Janusza Głowackiego. Wśród ulubionych lektur Lecha Kaczyńskiego była jednak również ta, za którą przepada jego brat – "Trylogia" Henryka Sienkiewicza.

Zamiłowanie do niej bracia Kaczyńscy zawdzięczają matce polonistce, która po raz pierwszy przeczytała im dzieło Sienkiewicza, gdy byli w drugiej klasie szkoły podstawowej. Obaj poznali "Trylogię" tak dobrze, że cytowali ją na wyrywki.

Lech Kaczyński urządzał pojedynki na znajomość Sienkiewicza z byłym szefem swojej kancelarii Władysławem Stasiakiem (również zginął pod Smoleńskiem). Jarosławowi Kaczyńskiemu po dziś dzień zdarza się przekomarzać w ten sposób z byłym ministrem skarbu Wojciechem Jasińskim.

– Czasami przy herbacie jeden z nas rzuca cytat, a drugi ma za zadanie podać, z którego fragmentu "Trylogii" pochodzi – relacjonuje Jasiński, który zna Jarosława Kaczyńskiego od czasów studiów na UW. – Ostatnio udało mi się zaskoczyć prezesa PiS cytatem z "Pana Wołodyjowskiego".

Jarosław Kaczyński o słabości do Sienkiewicza wspomina rzadko. Za swoją ulubioną lekturę uważa "Eksplozję w katedrze" Alejo Carpentiera, której akcja toczy się w czasie wielkiej rewolucji we Francji i na Karaibach.

 

 

– Biurka Kaczyńskich zawsze uginały się od książek – wspomina Wojciech Jasiński. Bliźniakom zdarzały się jednak i literackie wpadki. Podczas posiedzenia Rady Europejskiej w Brukseli w czerwcu 2009 r. Lech Kaczyński zacytował wiersz ks. Jana Twardowskiego: "Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą". Cytat jednak przekręcił, a autorstwo omyłkowo przypisał Zbigniewowi Herbertowi. Po tej pomyłce niektóre media nie pozostawiły na nim suchej nitki.

Cytowanie wiersza wpędziło też w kłopoty Jarosława Kaczyńskiego. – Inni szatani tam byli czynni – powiedział prezes PiS w lipcu 2007 r. w odniesieniu do strajkujących pielęgniarek.

W mediach pojawiły się komentarze, że Kaczyński wierzy w szatana. Tymczasem prezes cytował wiersz Kornela Ujejskiego "Chorał" nawiązujący do XIX-wiecznej rabacji galicyjskich chłopów.

– Prezes chciał po prostu powiedzieć, że pielęgniarki, podobnie jak galicyjscy chłopi, były przez kogoś inspirowane. Okazało się jednak, że znajomość cytatu z tego wiersza, skądinąd analizowanego w szkole średniej, jest znikoma – wyjaśnia Jarosław Zieliński z PiS, współpracownik prezesa, z wykształcenia polonista.

Problemy związane z literaturą miał też Donald Tusk. Były poseł PO Janusz Palikot zarzucił w listopadzie premierowi, że w historii starożytnej najbardziej interesują go ociekające krwią opowieści o tyranach trzęsących Grecją. "Takie drobne opowiastki, porozrzucane po różnych autorach, są choćby u Herodota. Trzy, cztery stronice o jakimś tyranie w Syrakuzach, jak zaczął panować, kogo zamordował i wykończył. (...) On to zawsze ma przy sobie, czyta przed zaśnięciem" – opowiadał Palikot w wywiadzie dla "Polski The Times".

 

 

Dlatego specjalista od marketingu politycznego dr Wojciech Jabłoński radzi politykom, by przesadnie nie epatowali swoimi zainteresowaniami literackimi.

– Większość wyborców w ogóle nie wie, jak wygląda książka – zaznacza. – Przechwalanie się lekturami może doprowadzić do sytuacji, w której elektorat poczuje się wyalienowany, a polityk zacznie być traktowany z przymrużeniem oka. Spotkało to Ludwika Dorna, który z pamięci przytaczał w Sejmie obszerne cytaty z Thomasa S. Eliota.

Wygląda na to, że tych porad trzyma się prezydent Bronisław Komorowski, który niewiele mówi publicznie na temat przeczytanych książek.

Tydzień przed pierwszą turą wyborów prezydenckich w "Gali" ukazały się dwa obszerne wywiady: z Jarosławem Kaczyńskim i Bronisławem Komorowskim.

Kaczyński jednym tchem wymienił nazwiska autorów, którzy zrobili na nim wrażenie: Carpentier, Gombrowicz, Miłosz, Barańczak oraz Mickiewicz.

Tymczasem Komorowski podał tytuł tylko jednej książki: "Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy" Sergiusza Piaseckiego, której akcja toczy się na pograniczu polsko-sowieckim w latach 20. XX w.

– Pan prezydent czyta dużo książek związanych z historią ziem wschodnich. To w końcu jego rodzinne strony – wyjaśnia Jerzy Smoliński, doradca głowy państwa.

Jakimi lekturami politykowi wypada się więc pochwalić? Zdaniem Wiesława Gałązki, doradcy w dziedzinie wizerunku politycznego i wykładowcy Dolnośląskiej Szkoły Wyższej, najbezpieczniejszy jest zestaw czterech tytułów: "Erystyka" Artura Schopenhauera, "Sztuka wojny" Sun Tzu, "Książę" Niccoló Machiavellego i "Psychologia tłumu" Gustawa Le Bona. – To obowiązkowy kanon polityków na całym świecie. Polecam go wszystkim moim klientom – zachwala Gałązka.

I dodaje, że książka ma ogromny wpływ na wizerunek polityka. – Przekonał się o tym nawet Nikodem Dyzma, tytułowy bohater powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. Powiedział Ninie, że lubi powieści Jacka Londona. Pomogło mu to ją usidlić. Nina uważała Londona za bardzo męskiego autora – opowiada Gałązka. – Losy Dyzmy są dowodem, że to, co czyta polityk, wpływa na jego odbiór. Powieść Dołęgi-Mostowicza warto jednak polecić wielu polskim politykom również z innych względów.