Sejm wybrał dr Macieja Berka na stanowisko sędziego Trybunału Konstytucyjnego. Jeszcze niedawno, dziewięć organizacji pozarządowych, w tym Helsińska Fundacja Praw Człowieka, apelowały do samego zainteresowanego, by zrezygnował z kandydowania. Dlaczego?

W Trybunale Konstytucyjnym powinny zasiadać osoby niezależne, co do których bezstronności i apolityczności nie może być cienia wątpliwości. Zadaniem TK jest ocena konstytucyjności aktów normatywnych tworzonych przez polityków. Jeżeli zatem TK ma efektywnie realizować swą funkcję, to oczywistym jest, że nie mogą w nim zasiadać osoby mające jakieś powiązania z tą czy inną władzą. W przeciwnym razie TK byłby tylko narzędziem walki politycznej, z czym mamy przecież obecnie do czynienia. A skoro tak, to tym większa jest potrzeba odpolitycznienia TK i uczynienia z niego organu bezstronnego i niezależnego, któremu poszczególni obywatele, jak i państwo jako całość, może zaufać.

Z upadkiem autorytetu tego organu mamy do czynienia wszak m.in. z tego powodu, jakie osoby tam trafiały. Mam tu na myśli sędziów o wyraźnych związkach politycznych z poprzednią władzą. Jedyną drogą do uzdrowienia tej instytucji i przywrócenia zaufania obywateli do jej orzeczeń jest to, by dochowywano jak najwyższych standardów w wyborze sędziów.

Jest zasadnicza różnica pomiędzy np. prof. Krystyną Pawłowicz, która będąc posłanką mówiła wprost, że jakieś rozwiązanie jest sprzeczne z konstytucją, a pomimo tego głosowała za jego uchwaleniem bo taka była wola polityczna jej ugrupowania, a dr Maciejem Berkiem. Nie słyszałem nigdy o sytuacji, w której ten ostatni podczas pracy w rządzie forsowałby jakieś rozwiązanie, które by naruszało konstytucję. Raczej odwrotnie.

Oczywiście, że jest różnica pomiędzy tymi osobami, tak że nie wrzucam ich do jednego worka. Natomiast problemem nadal pozostaje to, że mamy do czynienia z byłym ministrem, którego premier określa swoją „prawą ręką”. Mało tego, premier ogłosił wręcz, że Maciej Berek będzie realizował „inne zadania”, po czym kilka dni później dowiedzieliśmy się, że został kandydatem na sędziego TK. Nie do końca rozumiem, czemu taki ruch miał służyć, skoro bez problemu można by znaleźć wiele kompetentnych osób, które podobnych wątpliwości by nie budziły. Nikt nie kwestionuje kwalifikacji Macieja Berka, ale jest całe mnóstwo stanowisk, które mógłby zajmować, służąc państwu. Wykonywanie pracy dla rządu czy bycie ministrem to nie jest żadną hańbą ani skazą na honorze. Jednak należy oddzielić funkcje rządowe od sędziowskich i nie powinno być takiego łatwego przechodzenia od pełnienia jednej roli do drugiej.

Zwłaszcza, że Sejm tej kadencji przyjął przecież ustawę o Trybunale Konstytucyjnym, w której zawarł przecież przepis o czteroletniej karencję dla posłów, senatorów czy członków rządu, w okresie której nie mogli być wybrani na stanowisko sędziego sądu konstytucyjnego. Teraz słyszymy, że skoro ustawa nie obowiązuje, to nie ma potrzeby stosować się do tych standardów.

Ustawa nie obowiązuje, ponieważ prezydent Andrzej Duda skierował ją do TK, który z kolei uznał ją za niekonstytucyjną. Skoro wymóg ten nie wszedł w życie, to nie można zarzucić naruszenia prawa. Czym innym są jednak formalna zgodność z prawem, a czym innym dochowanie należytych wysokich standardów. Jeśli zatem opcja obecnie rządząca proponuje jakąś regulację, to oczywistym jest, że traktuje to jak standard, do którego należy dążyć. Zatem trzeba przestrzegać reguł, które się samemu zaproponowało, niezależnie od tego, czy one obowiązują, czy też nie. Zasłanianie się tym, że ustawa nie weszła w życie mnie nie przekonuje i pokazuje tylko brak konsekwencji ze strony obecnie rządzących polityków.

Ustawa, o której mówimy, była w dużej mierze odpowiedzią na postulaty zgłaszane przez niezależnych ekspertów i organizację. Czy w obliczu tej sytuacji czuje się pan zawiedziony lekceważącą postawą Sejmu, którą można by skwitować w ten sposób, że pięknoduchy zrobiły swoje, a teraz pięknoduchy mogą odejść?

Za wybór sędziego TK odpowiada Sejm. Na pewno jednak możemy się czuć rozczarowani, że zignorowano powszechnie wyrażane wątpliwości. Nawet podczas posiedzenia komisji sprawiedliwości, podczas której opiniowano kandydatów do TK (drugim był zgłoszony przez Prawo i Sprawiedliwość prof. Artur Kotowski), obecni na miejscu przedstawiciele organizacji społecznych nie mogli zabrać głosu.

Czytaj więcej

Sejm zdecydował: Maciej Berek nowym sędzią Trybunału Konstytucyjnego

Niestety procedura wyboru sędziów do TK jest wadliwa. Jednak mimo wszystko w ramach obowiązujących przepisów, albo poprzez zmianę aktów o charakterze wewnętrznym, takich jak regulamin Sejmu, można starać się ją poprawić. Dopuszczenie przedstawicieli trzeciego sektora choćby do zadawania pytań jest jakimś minimum. Ale nawet tego zabrakło.

Skoro przepisy ustawowe, są jakie są, to jakie zmiany można byłoby wprowadzić do Regulaminu Sejmu, by tę sytuację poprawić?

Można chociażby wprowadzić procedurę konkursową. Obecnie regulamin określa, kto może zgłaszać kandydatów, ale nie mówi, w jaki sposób Prezydium Sejmu ma wyłaniać tych kandydatów, czy też jakimi kryteriami ma się kierować. Nie wiadomo, czemu zgłoszono tę, a nie inną kandydaturę. A przecież jest wiele innych osób, które spełniają ustawowe wymagania i byłyby świetnymi kandydatami na sędziów TK, którym jednak nikt z polityków takiej propozycji nie złożył. Nie mają przecież możliwości samodzielnie zgłosić swojej kandydatury.

Dlaczego by nie ogłosić naboru, powołać komisji opiniującej kandydatury, które ostatecznie zatwierdzałoby oczywiście Prezydium Sejmu czy posłowie, ale przynajmniej można by to zrobić transparentnie, tak jak np. uczyniono w przypadku konkursu na kandydatów na polskiego sędziego Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Tutaj muszę pochwalić rząd, który zmienił przepisy wewnętrzne, dzięki czemu przeprowadzono postępowania konkursowe na bardzo wysokim poziomie. Obserwowałem ten konkurs, do którego zgłosiło się wielu kandydatów, którzy nie są szerzej znani, bo nie występują na co dzień w przestrzeni publicznej, ale którzy byli wysoko wykwalifikowanymi prawnikami, którzy naprawdę imponowali wiedzą.

A w przypadku wyboru do Sejmu wychodzi premier i mówi – ta osoba będzie naszym kandydatem, na co opozycja wystawia swojego. Gdyby przeprowadzić otwarte postępowania konkursowe, to Sejm mógłby dokonać bardziej świadomego wyboru.

Czytaj więcej:

Sądy i Prokuratura Wpis na listę to nie jest „wykonywanie zawodu”

Pro

Przy okazji wyboru Macieja Berka ujawnił się jeszcze problem braku mechanizmu weryfikacji poprawności wyboru sędziego TK przez Sejm. Chodzi o to, czy kandydat spełnia w ogóle kryteria formalne czy nie. Opozycja zarzucała, że Berek nie posiada wymaganego 10 letniego stażu w wykonywaniu zawodu radcy prawnego, ponieważ własną praktykę prowadził bardzo krótko. Sam zainteresowany odpowiada, że cały czas jest wpisany na listę radców wykonujących zawód, i przez lata wykonywał go na podstawie umów cywilnoprawnych. Widać więc, że czasem podstawowa kwestia tego, czy zgłoszona osoba spełnia w ogóle wymagania formalne nie zawsze jest taka jednoznaczna. Abstrahując już od tego konkretnego przypadku, istnieje ryzyko, że kancelaria marszałka Sejmu, która odpowiada za formalną kontrolę kandydatury popełni błąd, Sejm wybierze daną osobę, a nie istnieje procedura, w której taki wadliwy wybór mógłby być podważony.

Na pewno jakaś forma kontroli powinna istnieć. W przeciwnym razie prezydent będzie w takich przypadkach mógł wykorzystać wątpliwości formalne jako pretekst do odmowy przyjęcia ślubowania, albo będzie zwlekał z tą czynnością do czasu wyjaśnienia tego typu kontrowersji. Ten problem pojawia się coraz częściej, co widzieliśmy też przy okazji wyborów na stanowisko rzecznika praw obywatelskich. W 2021 roku zgłoszono senator Lidię Staroń, która nie miała wykształcenia prawniczego, a w tym roku pana Adama Borowskiego, który również nie jest prawnikiem. Gdyby ich wybrano, byłaby poważna wątpliwość co do tego, czy zostaliby oni powołani zgodnie z przepisami, bo ustawa mówi, że RPO może być obywatel wyróżniający się wiedzą prawniczą.

Czy wybór Maciej Barka do TK przyniesie więcej szkody czy pożytku?

Trudno powiedzieć. W obecnej sytuacji Trybunałowi Konstytucyjnemu już niewiele może zaszkodzić. Wyroki nie są publikowane. Czworo sędziów nie jest dopuszczonych do orzekania, budżetu na przyszły rok może nie być. Czy wybór jednego Macieja Berka może coś zmienić w tę czy drugą stronę? Nie chcę bagatelizować problemu wybierania do TK byłych polityków, natomiast nie widzę nadziei na uzdrowienie tego sądu. Tak pewnie będzie, dopóki nie uda się zbudować jakieś ponadpartyjne porozumienie wokół tej instytucji.

Jest pan zwolennikiem naprawy tej instytucji krok po kroku czy resetu?

Jestem zwolennikiem resetu polegającego na uchwaleniu ustawy o zmianie konstytucji, która nie tylko wygaszałaby mandaty obecnych sędziów, ale także dokonywałaby zmiany zasad wyboru sędziów tego organu. Przede wszystkim prawo wyboru sędziów powinno być rozproszone pomiędzy różne organy, jak to proponował senator Kazimierz Michał Ujazdowski. Można by też rozważyć doprecyzowanie kompetencji TK. Widzimy bowiem jak w praktyce wyglądają zmiany TK „krok po kroku”. Trybunałem kieruje sędzia, którego wybór na stanowisko prezesa jest kwestionowany, czworo sędziów, od których prezydent nie odebrał ślubowania, nie są dopuszczeni do orzekania, kolejnych troje nie orzeka w geście solidarności. Jeśli nowi sędziowie kwestionowaliby legalność obecnego prezesa TK i np. uznawaliby, że obowiązki prezesa pełni sędzia najstarszy stażem, to jego legalność zapewne kwestionowałby prezydent i tak w kółko. Bez porozumienia na poziomie konstytucyjnym, nie widzę za bardzo drogi wyjścia z tego kryzysu.

Czytaj więcej

Wyborcy wszystkich partii przeciwni Berkowi w TK. Sondaż dla „Rz”