Przez osiem ostatnich lat w tzw. dyskursie prawniczym dominowała opowieść o politycznie powołanej Krajowej Radzie Sądownictwa. Gdy plany zmiany sposobu wyboru do KRS wypracowane przez aktualny obóz rządzący (i część sprzymierzonych z nim syndykalistów sędziowskich) pokrzyżowało weto prezydenta, to nagle ta mądrość odcinka przestała być wygodna i jako poważne obciążenie stała się nieaktualna. Okazało się, że receptą na powstrzymanie destrukcji wymiaru sprawiedliwości oraz jego uzdrowienie – na tym nowym etapie – jest przeprowadzenie wyborów KRS (prawie) dokładnie w ten sam sposób co poprzednio, tyle tylko, że na turbodoładowaniu politycznym i w procedurze nieprzewidzianej przez ustawę.

Jak wytłumaczyć, że lekarstwem na domniemane upolitycznienie KRS jest jeszcze więcej polityki i przeprowadzenie wyborczej procedury nieznajdującej oparcia w prawie? Wydaje się, że jest to oś przewrotnego, ale racjonalnie i na chłodno skalkulowanego planu. Opiera się on na świadomości „środowiska”, że odbicia KRS i odzyskania panowania nad polityką kadrową w sądownictwie nie da się przeprowadzić bez ponownego uruchomienia strategii transferu bitwy o jedynie słuszny (czytaj: korporacyjny) ustrój wymiaru sprawiedliwości poza granice Polski. Operacja ta była już wcześniej wdrażana. I to z niemałym sukcesem dla interesów korporacji sędziowskiej. Pytanie tylko, czy możliwe jest powtórne wejście do tej samej rzeki?

Teza o tzw. konstytucyjnym nieistnieniu KRS

Od 2018 r. środowiska sędziowskie skupione wokół stowarzyszenia zawodowego o łacińskiej nazwie mozolnie budowały – propagandową, orzeczniczą cegiełką po cegiełce – narrację o „destrukcji praworządności”. Jej podstawowym fundamentem była niedorzeczna w istocie teza o tzw. konstytucyjnym nieistnieniu KRS. Topos dobrze znany i szeroko rozpropagowany przez wiele orzeczeń Sądu Najwyższego (największe jakościowe i ilościowe „zasługi” na tym polu ma Izba Karna).

Oddajmy jednak głos sędziowskim propagatorom tej koncepcji. Chyba nikt lepiej od nich nie jest w stanie w skondensowany sposób oddać istoty tego poglądu. „Nowa Krajowa Rada Sądownictwa to ciało udające organ konstytucyjny [...] o niekonstytucyjnym składzie” (T. Artymiuk). „Niespełniający wymogów konstytucyjnych i konwencyjnych organ określający się jako Krajowa Rada Sądownictwa w składzie ukształtowanym ustawą o KRS z 2017 r.” (J. Matras).

Łańcuch argumentacyjny prowadzący do tych groteskowych konkluzji był prosty: członków sędziowskiej części KRS wyłonił parlament. Tymczasem wyłączny mandat na ten wybór musi mieć „środowisko” (bez jego wiążącego głosu nie jest możliwe decydowanie o sprawach kadrowych w sądownictwie). Skoro więc KRS została wybrana w części przez parlament, to u zarania została skażona „politycznością”, a jeśli tak, to – w myśl tego osobliwego rozumowania – jest organem niekonstytucyjnym, ergo nie istnieje („udaje” organ, „określa się jako KRS”). Argumentacja stosowana w dziesiątkach orzeczeń Sądu Najwyższego, w których autorzy wyżej wskazanych zapatrywań grzebali w teczkach osobowych, prowadzili pozbawione jakiejkolwiek podstawy prawnej lustracje sędziów powołanych w procedurze z udziałem KRS i uchylali wyroki kończące sprawy o najwyższym kalibrze gatunkowym, ferujące najsurowsze kary za najpoważniejsze przestępstwa.

Czytaj więcej

Nieoficjalnie: sędziowie z listy „Iustitii” wygrywają prawybory do KRS

Forsowane przez „środowisko” ustawowe plany restauracji status quo ante nie znalazły jednak uznania prezydenta. „Środowisko” zostało więc postawione w mocno dlań niesympatycznej sytuacji. Musiało się bowiem – chcąc nie chcąc – skonfrontować ze stanem prawnym, który przez osiem lat na wszelkie możliwe sposoby dyskredytowało, starając się taką optykę utrwalić w orzecznictwie, przede wszystkim Izby Karnej SN (wbrew judykaturze TK, który – w tej narracji – także nie istnieje). W rezultacie w sposób wręcz naturalny musiało zrodzić się pytanie: jaką postawę przyjąć w sytuacji, w której KRS jest w zasięgu ręki, ale obsadzić ją można wyłącznie w dotychczasowej, permanentnie dezawuowanej procedurze?

Czyżby więc wobec długoterminowej prolongaty tak mocno krytykowanego fatalnego stanu niekonstytucyjności i upolitycznienia KRS postanowiono twardo kontynuować bojkot organu skażonego u samego swego zarania „politycznością” i walczyć o rzekomo jedyny słuszny, „europejski” standard powoływania KRS? Taka postawa byłaby nie tylko konsekwentna, ale stanowiłaby całkowicie naturalną reakcję na dalsze „nielegalne” utrzymywanie stanu prawnego, który spowodował nie tylko „nieistnienie” – w kolejnych dwóch kadencjach – KRS, ale także „nieistnienie” powołanych na jej wniosek sędziów, i w konsekwencji „nieistnienie” wyroków wydawanych przez tych sędziów itd. Czy w imię przywrócenia ortodoksyjnej separacji władzy sądowniczej i ustawodawczej sędziowscy sprzymierzeńcy obecnie rządzących intensyfikują pryncypialny bojkot Rady? Jeszcze silniej umacniają otaczający ją szczelny kordon sanitarny, którym winna być odseparowana od wymiaru sprawiedliwości jako organ (po raz trzeci) niekonstytucyjny i emanujący ustrojową toksynę do całego ustroju? Nic podobnego! Otóż grupa, której trzon tworzy stowarzyszenie Iustitia, sędziowie z Izby Karnej Sądu Najwyższego forsujący ww. przekaz oraz politycznie namaszczeni prezesi sądów apelacyjnych decyduje się nagle znieść surową fatwę, którą przez lata była obłożona „politycznie” wyłoniona KRS.

Kandydat do KRS ironicznie: Na tym etapie walki o praworządność w „politycznym” wyborze sędziowskiej części Rady nie ma już niczego złego

Na tym etapie walki o praworządność w „politycznym” wyborze sędziowskiej części Rady nie ma już niczego złego. Podobnie jak i w zbieraniu wśród sędziów podpisów poparcia pod kandydaturami do KRS (na wcześniejszych etapach uznawanych za zachowanie niegodne sędziego i podlegające odpowiedzialności dyscyplinarnej!). Wszystko to, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, staje się nagle jak najbardziej zgodne z konstytucją i całkowicie obojętne z punktu widzenia sędziowskich powinności.

Jakby tego było mało, swoista Wysoka Rada prezesów i syndykatu zawodowego sędziów podjęła osobliwą decyzję, która na pozór w zupełności neguje i delegitymizuje wcześniejszą, misternie skonstruowaną i starannie pielęgnowaną opowieść praworządnościową. Poszukując więc – w trudnych warunkach konstytucyjnego klinczu władz – jakiegoś wyrafinowanego klucza naprawy przegniłej polityką KRS, doszła do olśniewającego w swojej prostocie wniosku. Receptą na rzekomo fatalne upolitycznienie Rady jest... upolitycznienie Rady na sterydach. Przy realizacji idei wyborów „sędziów przez sędziów” do KRS doszło do publicznie zawartego, par excellence politycznego, dealu między powołanymi przez polityka prezesami sądów apelacyjnych i większością rządową w Sejmie.

Istotą tego układu jest zobowiązanie złożone przez polityków, że w głosowaniu parlamentarnym do Rady udzielą partyjnej rekomendacji tym tylko kandydatom, których wskażą niektórzy przedstawiciele „środowiska” w trakcie zwołanych bez żadnej podstawy prawnej zgromadzeń ogólnych sądów. Pomysł – z perspektywy odpolitycznienia Rady – tyleż karkołomny, co autodestrukcyjny. Prowadzi – jeśli kryteria stosowane przez propagatorów przekazu o destrukcyjnej polityczności Rady traktować serio – do maksymalnego upolitycznienia całego procesu wyłonienia Rady, i to w dodatku pozbawionego podstawy prawnej oraz opartego wyłącznie na umowie niektórych sędziów z niektórymi politykami (a jak wiadomo, polityką rządzą twarde reguły transakcyjności i nie ma w niej nic tytułem darmym). Co zatem kryje się za tą niezrozumiałą na pierwszy rzut oka operacją? Jak wytłumaczyć tak jawne paktowanie z politykami tych sędziów i stowarzyszeń sędziowskich, które na sztandarach mają wypisane hasła apolityczności sądownictwa?

Czytaj więcej

Michał Laskowski: KRS nabierze cech legalności, jeśli sędziowie wybiorą sędziów

Czy zwołanie zgromadzeń ogólnych „opiniujących” kandydatów do Rady miało podstawę prawną?

Wyjdźmy od kwestii podstawowej, tj. nielegalności zgromadzeń ogólnych „opiniujących” kandydatów do Rady. Pojawia się silna pokusa, by rzecz całą skwitować jednym zdaniem. Bo rzeczywiście od strony prawnej nie jest to jakoś szczególnie powikłane zagadnienie. Nie może być żadnego równoległego, pozaustawowego procedowania w przedmiocie wyboru KRS na zasadach ustalanych arbitralnie przez prezesów sądów apelacyjnych (art. 7 Konstytucji RP). Skoro zgromadzenia ogólne sądów nie posiadają ustawowej kompetencji do opiniowania czy wyboru kandydatów na kandydatów do Rady, to ich przeprowadzenie było nielegalne. Dlatego też m.in. NSA nie przeprowadził takiego zgromadzenia, kierując się oczywistymi argumentami: ustawa nie przewiduje jakiejkoljwiek procedury udziału Zgromadzenia Ogólnego Sędziów NSA w procesie wyborczym ani nie reguluje procesu opiniowania kandydatów przez środowisko sędziowskie, zaś uchwała Sejmu zachęcająca do przedstawienia przez Zgromadzenie Ogólne Sędziów NSA opinii o kandydatach do KRS „nie stanowi źródła prawa powszechnie obowiązującego w rozumieniu Konstytucji”.

Zdawałoby się, że zasada legalizmu tworzy tutaj prawną i ustrojową barierę nie do przezwyciężenia. Oparta o twarde kanony konstytucyjne, których – jak się jeszcze do niedawna wydawało – nie da się obejść czy zignorować, uniemożliwia prowadzenie tego rodzaju działań. A jednak w sukurs tej jawnie niekonstytucyjnej procedurze przyszli prawnicy, dla których jasny do tej pory aksjomat praworządności (tej, rzec by można, „prawdziwej”, tj. nakazującej, by organy państwowe działały na podstawie i w granicach ustawy) zaczął ciążyć niczym niewygodny gorset. Aby zneutralizować tę nieprzyjemną zasadę konstytucyjną należało ustawę zasadniczą poddać niezbędnej relatywizacji.

Cóż zatem odkryli kopernikanie sądownictwa? Michał Laskowski, sędzia Sądu Najwyższego, członek rządowej Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Karnego, stwierdził, że żaden przepis obowiązującej ustawy o KRS, na podstawie której wybierani są sędziowie – członkowie KRS, „nie zabrania” opiniowania kandydatów przez środowisko sędziowskie i nie uniemożliwia przeprowadzenia zgromadzeń ogólnych w sądach w celu zaopiniowania zgłoszonych marszałkowi Sejmu kandydatów. A skoro jesteśmy w sytuacji, w której „prezydent niestety zawetował” ustawę umożliwiającą „wybór sędziów przez sędziów”, to „musimy w jakiś sposób, zgodnie z przepisami i konstytucją, wybrać 15 członków Rady”.

Inny z rządowych kodyfikatorów (J. Matras) na pytanie, czy działanie organu, którego nie przewiduje ustawa, może być skuteczne, odpowiedział z przekonaniem, że „tak, bo czego ustawa nie zabrania wprost, to jest to legalne”. Kodyfikatorzy jednym wywiadem – niczym Kopernik wstrzymujący ruch Słońca – zatrzymują ustawę zasadniczą oraz dotychczasowy dorobek piśmiennictwa i orzecznictwa konstytucyjnego (i prawno-administracyjnego) i wprawiają w ruch nową teorię prawną, teorię w myśl której organom publicznym ma być wolno czynić wszystko, co nie jest zabronione. Ten intencjonalnie błędny przekaz stanowi – mówiąc językiem wojskowym – część wstępnego ostrzału osłonnego dla operacji nielegalnych zgromadzeń wyborczych zwołanych przez prezesów sądów powolnych obecnej władzy politycznej.

Czytaj więcej

Piebiak pewny wyboru do KRS? To możliwe dzięki przepisom z czasów rządu PiS

Nawiasem mówiąc w samym Sądzie Najwyższym „opiniujące” zgromadzenie ogólne niemające podstawy prawnej się nie odbyło. Z informacji upublicznionych przez jednego z tzw. starych sędziów wiadomo tylko, że w którymś momencie bliżej nieokreślone osoby zorganizowały w jakiejś formie jakieś głosowanie, podczas którego jakaś „komisja skrutacyjna” „zebrała” (?) głosy jakichś głosujących i „przekazała” je marszałkowi Sejmu. Tyle w temacie „działania na podstawie prawa” w najwyższym organie władzy sądowniczej.

Dodajmy tylko, że kopernikanom w sukurs przychodzą inne tzw. autorytety prawnicze. Generalnie rzecz biorąc chodzi o powoli topniejący team medialnych profesorów prawa, którzy – w nowej sytuacji politycznej – dostrzegli potrzebę wyrwania się z „pułapki prawniczego formalizmu” i przekonują o istnieniu „doktryny” konstytucyjnego stanu wyższej konieczności.

Uporządkujmy jednak ten wątek i sformułujmy wnioski oparte na żelaznej logice prawniczej. „Zgromadzenia opiniujące” zwołane przez prezesów były nielegalne i – z punktu widzenia Konstytucji RP – niepraworządne w najściślejszym tego słowa znaczeniu (art. 7). Ustabilizowane orzecznictwo sądu konstytucyjnego i sądów administracyjnych nie pozostawia cienia wątpliwości, że tego typu ustrojowy freestyle prezesów sądów apelacyjnych zmówionych z politykami nie mieści się w jakichkolwiek ryzach konstytucyjnych. Do Trybunału Konstytucyjnego i Naczelnego Sądu Administracyjnego widać nie dotarły jeszcze kopernikańskie przewartościowania wykładnicze z internetowego portalu prawnego. Ich orzecznictwo twardo obstaje przy klasycznym, ospale nierewolucyjnym, myśleniu o zasadzie legalizmu. Wynika z niej „obowiązek interpretacji przepisów kompetencyjnych w sposób ścisły. Innymi słowy, w odniesieniu do organów władzy publicznej nie obowiązuje zasada „co nie jest zakazane, jest dozwolone”.

Z kolei Sąd Najwyższy (Izba Karna) przyjmuje, że zgodnie z art. 7 ustawy zasadniczej organy państwowe muszą dowieść istnienia wyraźnej normy kompetencyjnej uprawniającej je do działania poza zakresem swojej właściwości: niedopuszczalne jest poprzestanie na stwierdzeniu braku zakazu działania w normach zawierających kompetencje ogólne. Gdyby tylko cytowani wyżej kodyfikatorzy mniej wysiłku wkładali w ściąganie z całego kraju teczek personalnych sędziów i tropieniu tego, kto, kiedy i w jakiej pracował komisji egzaminacyjnej, a czasami zajrzeli do literatury podręcznikowej z prawa konstytucyjnego (prof. L. Garlicki) adresowanej do słuchaczy drugiego roku prawa, to być może nie wygłaszaliby podobnych herezji.

Zapewne skonfundowałoby ich twierdzenie znanego konstytucjonalisty, że zasada „to, co nie jest zabronione, jest dozwolone” kształtuje wyłącznie pozycję prawną obywatela. „Zupełnie odmienna reguła obowiązuje organy państwa: tylko to jest im dozwolone, co zostało przez prawo przewidziane jako ich zadanie albo kompetencja. Organ państwowy może działać tylko na podstawie prawa i w granicach tych kompetencji, które prawo mu przyznaje (zasada praworządności materialnej)”. Zresztą najwybitniejsze autorytety (T. Ereciński, J. Gudowski i J. Iwulski) w zakresie ustroju sądownictwa nie mają najmniejszych wątpliwości co do tego, że prawo „nie przyznaje zgromadzeniom ogólnym sądów innych zadań niż wymienione w przepisach prawa o ustroju sądownictwa”.

Czytaj więcej:

Sądy i Prokuratura Sędzia Matras: Nieuznawanie orzeczeń TSUE i ETPC to krok do nierespektowania konwencji i traktatów

Pro

Legalność KRS w kolejnej kadencji a nominacje sędziowskie

Wniosek z tego dla przyszłości tak wybranej KRS nie jest optymistyczny. Otóż wyłonienie tego organu w nieznanym ustawie trybie i częściowo poza procedurą przewidzianą przez regulacje ustawowe – i to w dodatku w procedurze będącej owocem politycznej zmowy pomiędzy prezesami sądów a rządzącą opcją polityczną, w procedurze, której kontury wyznaczają autokratycznie nominaci ministra sprawiedliwości w terenie – nasuwa całkiem zasadnicze wątpliwości co do legalności Rady.

Sprzeczny z prawem sposób ukonstytuowania tego organu może położyć się cieniem na potencjalnej zdolności do wykonywania przezeń swoich zadań konstytucyjnych. Ale z naruszenia konstytucyjnej zasady praworządności przy formowaniu Rady wypływają daleko idące implikacje w aspekcie jej legalności. Można sobie bowiem wyobrazić scenariusz, w którym prezydent będzie niezbyt chętny do procedowania „wniosków” awansowych pochodzących od nielegalnie ukonstytuowanej Rady. Poza tym „środowisko” raczej nie może liczyć na to, że nielegalna akcja zgromadzeń opiniujących prowadzonych na podstawie prezesowskich okólników spotka się z przesadnym entuzjazmem głowy państwa. Przeprowadzenie nielegalnych zgromadzeń stanowiło demonstracyjny wyraz deprecjonowania konstytucyjnych uprawnień prezydenta, a organizatorzy i poplecznicy (polityczni i sędziowscy) tej akcji przyznawali wprost, że stanowiła ona intencjonalny bypass weta prezydenckiego.

Można sobie wyobrazić scenariusz, w którym prezydent będzie niezbyt chętny do procedowania „wniosków” awansowych pochodzących od nielegalnie ukonstytuowanej Rady. Poza tym „środowisko” raczej nie może liczyć na to, że nielegalna akcja zgromadzeń opiniujących prowadzonych na podstawie prezesowskich okólników spotka się z przesadnym entuzjazmem głowy państwa.

Zresztą opiniowanie w toku zgromadzeń miało czysto iluzoryczny, przykrywkowy charakter. Kandydaci pozytywnie zaopiniowani i tak nie uzyskali jednolitego poparcia wszystkich opcji politycznych obozu identyfikującego się etykietą „demokratycznego”. Jednych sędziów wskazywała Lewica, innych PSL, jeszcze innych KO, Polska 2050 czy nowy klub porozpadowy (w różnych kombinacjach).

Te rekomendacje nie są losowe. Jasne jest, że musiały za nimi stać określone preferencje polityczne, które przekonały konkretne partie do odpowiedzenia się akurat za takimi, a nie innymi kandydatami. Można na te wskazania spojrzeć także inaczej: kluby koalicji rządzącej wykorzystały przysługujący im limit dziewięciu kandydatów i zagrały taktycznie, „dzieląc” wedle między siebie poszczególne kandydatury. To jedynie potwierdza polityczny charakter całej rozgrywki.

Po co było więc narażać się na tyle kłopotów i potencjalne kwestionowanie legalności Rady trzeciej „kadencji politycznej”? Czyż nie lepiej było po prostu zebrać podpisy i przekazać kandydatury „właściwych” sędziów Sejmowi bez okólnikowej akcji „nakładkowej”, bez organizowania nielegalnych zgromadzeń? Nikt chyba nie wątpi w to, że kluby polityczne, kierując się całkowicie apolityczną mądrością (a w niektórych przypadkach może nawet informacyjnymi esemesami od kierowników syndykatów sędziowskich, takimi jak elektroniczne przypomnienia wysyłane do sędziów w trakcie bezprawnego opiniowania) i tak by sobie poradziły i byłyby w stanie postawić na prawidłowych kandydatów.

Czytaj więcej:

Sądy i Prokuratura Piotr Prusinowski: To politycy uczynili „dom wariatów” z sądownictwa

Pro

Bez pozaustawowej „nakładki” w postaci nielegalnych zgromadzeń ogólnych sukces planu odzyskania panowania „środowiska” nad kluczowym przyczółkiem, decydującym o „odpowiednich” awansach sędziowskich, skończyłby się jednak katastrofalną klęską. Kluczowe są tutaj trzy aspekty: psychologiczny, medialny i ustrojowy.

Najbardziej nawet radykalnym akolitom przekazu praworządnościowego (zarówno tym wywodzącym się ze „środowiska”, jak i przedstawicielom mediów lansujących hasła upolitycznionej KRS) trudno byłoby zaakceptować woltę sprowadzającą się do tego, że „nową praworządnością” jest to samo, co przez osiem długich lat prawie każdego dnia było przedstawiane jako głęboka destrukcja praworządności. Woltę bez odrobiny tuszującego pudru. Nagość króla byłaby chyba nie do strawienia. Zbyt mocno w oczy biłby całkowicie instrumentalny charakter dotychczasowej narracji sędziowskiego „środowiska” (a także orzecznictwa) oraz ochocze zaakceptowanie „destrukcyjnych” rozwiązań, jeśli tylko są one stosowane we właściwym aliansie politycznym i pozwalają na osiągnięcie wymiernych celów kadrowych. Najbardziej wyrafinowane materiały prasowe nie byłyby w stanie sprzedać tej nagłej wolty aksjologicznej. Bez tej nakładki „środowisko” wprawdzie osiągnęłoby od dawna upragniony cel i odbiłoby Radę z wrażych rąk, odzyskując utraconą strefę wpływów na sądownicze kadry. Ale cóż z tego, skoro tym samym zadałoby kłam pięknej opowieści o walce o praworządność, jakoby toczonej w imię prawnych imponderabiliów. Dlatego konieczne było zastosowanie „filtra”, do którego to zadania zobowiązali się prezesi sądów apelacyjnych.

Jest jednak także ustrojowy aspekt wdrożonej pozaustawowej „nakładki” w postaci nielegalnych zgromadzeń ogólnych „wyborczych” przeprowadzonych w sądach powszechnych. Zdaje się, że równie istotny, jeżeli nie nawet istotniejszy od aspektu psychologiczno-medialnego. W toczącej się bitwie o praworządność strategicznie centralną rolę odegrało orzecznicze wytransferowanie rzekomych problemów z KRS za granicę. A na wibracje judykatury międzynarodowych sądów niektórzy sędziowie (por. tzw. „historyczny apel w obronie prawa UE” podpisany przez niemałą część „środowiska”) są szczególnie wrażliwi, bo widzą w tych sądach użytecznego sojusznika, dzięki któremu możliwa jest amplifikacja koncepcji nie do końca korespondujących z ustawą zasadniczą.

To właśnie orzecznictwo międzynarodowe – w typowy dla siebie pytyjski sposób – ostatecznie uprawomocniło na podwórku krajowym narrację o upolitycznionym wyborze KRS (rzecz jasna nie przejmując się tym, że w innych krajach europejskich istnieją niekwestionowane organy wyłaniane dokładnie tak samo jak w Polsce, widocznie jednak „panuje tam wyższa kultura prawna niż w przywiślańskim kraju”). Międzynarodowy case-law, który przez osiem lat stanowił niezastąpiony instrument prowadzenia walki na arenie krajowej, w nowych dekoracjach politycznych stał się jednak kamieniem młyńskim u szyi sędziowskich syndykalistów.

Czytaj więcej

Piotr Mgłosiek: Nielegalne prawybory do KRS to pułapka na sędziów

Czy europejskie trybunały nie podważą legalności nowej KRS?

Skoro tak, to chcąc za wszelką cenę uniknąć kompromitacji i zakwestionowania nowej, „personalnie prawidłowej” Rady (ale wyłonionej identycznie co poprzednie, tj. w sposób „polityczny”), trzeba było pomyśleć o stworzeniu narracji dającej szansę uwierzyć w nową ortodoksję. Jej podstawowe przykazanie brzmi orwellowsko: nowa polityczność nie jest politycznością. Konieczne było więc wykreowanie differentia specifica tej nowej Rady. Cóż z tego, że ponownie upolitycznionej i całkowicie antypraworządnościowej. Ważne, że dysponując argumentem „nakładki”, trybunały (rozpoznając pytanie prawne czy skargę) będą mogły się tej różnicy uchwycić jak brzytwy i głosić z pełną powagą, że to samo jest już czymś innym.

Czas pokaże, czy w tym właśnie kierunku pójdzie judykatura międzynarodowa. Wydaje się, że sukces planu odzyskania kontroli korporacyjnej nad KRS – z punktu widzenia syndykatu sędziowskiego sprzymierzonego z określoną opcją polityczną – zawisł na radykalnej reorientacji orzecznictwa międzynarodowego i udzieleniu nowym wyborom do KRS imprimatur przez zachodnie trybunały. Bez tego nie sposób wyrwać się z matni jurydycznej, którą dzisiaj – na skutek niepomyślnego układu sceny politycznej – w sposób paradoksalny dla interesów części „środowiska” stały się liczne orzeczenia trybunałów, onegdaj tak ochoczo wydawane w ferworze bitwy o praworządność w Polsce i dezawuujące „polityczną” Radę. Uniknąć tej pułapki można tylko przez akcję otorbienia legalnych rozwiązań tkanką nielegalnej, politycznie umocowanej praktyki.

W przyszłości przekonamy się, czy dla trybunałów opcja turbodoładowania politycznego będzie wystarczającym argumentem dla przyjęcia, że w Polsce wszystko jest już dobrze, że nareszcie udało się przywrócić KRS kształt zgodny z europejską normą praworządnościową.

Autor jest prof. UW, sędzią Sądu Najwyższego w Izbie Karnej. Jest jednym z 60 kandydatów do Krajowej Rady Sądownictwa nowej kadencji.

Czytaj więcej

Dariusz Zawistowski: Nie obawiam się, że w maju będą działać dwie KRS