Dla osób, które nie chcą lub nie mogą poświęcać pracy całego dnia, zatrudnienie niepełnoetatowe jest świetnym rozwiązaniem. Chodzi np. o studentów, którzy jeszcze podczas nauki chcą nabrać trochę doświadczenia, ambitne mamy, które pomimo macierzyństwa chcą pozostać aktywne zawodowo, seniorów dorabiających do emerytury oraz osoby ceniące sobie wygodne połączenie pracy i czasu wolnego.

Ale w Polsce, w odróżnieniu od krajów zachodniej Europy, zatrudnienie w niepełnym wymiarze czasu jakoś się nie przyjęło. A nawet więcej – z roku na rok ubywa pracujących w takiej formule.

Niedościgniony przykład

Z danych Eurostatu (unijnego urzędu statystycznego) wynika, że na koniec 2021 r. w Polsce mieliśmy nieco ponad 1 mln pracujących part-time i mających od 15 do 74 lat, podczas gdy jeszcze dziesięć lat temu było ich ponad 1,2 mln. Zmniejsza się także ich udział w liczbie pracujących ogółem – dekadę temu odsetek ten sięgał 7,8 proc., a obecnie ok. 6 proc., co stawia nas na ostatnich pozycjach wśród krajów Unii Europejskiej.

Czytaj więcej

Niemcy kończą z zasiłkiem dla bezrobotnych

Od lidera pod tym względem – Holandii – dzieli nas przepaść. Tam bowiem aż 43 proc. ogółu pracujących wybiera mniejszą liczbę godzin, a w grupie wiekowej do 65 lat nawet połowa pracujących. Eksperci podkreślają, że holenderski przykład nie jest reprezentatywny dla całej Unii (średnia dla UE to ok. 18 proc.) i dla większości krajów w zasadzie nieosiągalny. Dla porządku trzeba dodać, że w krajach Europy Wschodniej jest podobnie jak u nas, mało popularna taka praca jest też np. w Grecji czy Portugalii.

– Można ocenić, że relatywnie niewielka skala zatrudnienia w niepełnym wymiarze w Polsce to jedna z przyczyn wysokiej, jednej z najwyższych w UE, bierności zawodowej kobiet w wieku do 30 lat, osób młodych i seniorów – podkreśla Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich. – Gdyby form pracy umożliwiającej łączenie życia rodzinnego z zawodowym było więcej, byłaby to szansa na zwiększenie aktywności Polaków – zaznacza Kozłowski.

Jego zdaniem pracodawcom dawałoby to możliwość pozyskania większej liczby kandydatów, co jest ważne przy obecnych problemach z dostępem do kadr.

Bez przymusu

Co istotne, według Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności Polacy nie czują się zmuszani do podejmowania pracy niepełnoetatowej z powodu braku dostępności lepszych ofert. Na tę przesłankę wskazuje jedynie 12,4 proc. respondentów, a średnio w UE to ponad 22 proc. wskazań, choć w Niemczech tylko 6,8 proc., w Holandii – 3,6 proc.

Autopromocja
Subskrybuj nielimitowany dostęp do wiedzy

Unikalna oferta

Tylko 5,90 zł/miesiąc


WYBIERAM

Czytaj więcej

Bezrobocie najniższe od trzech dekad

Dlaczego zatem pracy na tzw. pół etatu, zamiast przybywać, w Polsce ubywa? Przyczyn trzeba szukać zarówno po stronie podaży, jak i popytu. – Daleka byłabym od wskazania jednego źródła tej sytuacji – komentuje Monika Fedorczuk, ekspert rynku pracy. – Firmy nie są za bardzo skłonne do tworzenia systemów umożliwiających work sharing, bo zwykle niesie to ze sobą dodatkowe obowiązki, nie mamy też takiej kultury organizacyjnej – ocenia Fedorczuk.

To jest mitręga

Mówiąc kolokwialnie, dwóch pracowników na jednym miejscu pracy (jeśli łącznie wypełniają jeden etat) to dla pracodawcy podwójne obciążenie. Trzeba m.in. prowadzić podwójne rozliczenie czasu pracy, urlopów, zwolnień lekarskich, podwójnie liczyć wynagrodzenia, podatki, składki itp. Albo inaczej – firma ma tyle samo zachodu z obsługą pracownika zatrudnionego na pół etatu co na cały etat.

Ze strony pracowników nie widać dużej presji, by w większym wymiarze powstawały miejsca o dużej elastyczności czasu. Jakoś utarło się, że na niepełnym etacie jest tyle samo pracy co na całym, a zarobków znacząco mniej, więc ludzie się nie garną.

Dużą barierą jest brak instytucjonalnych form opieki nad dziećmi i nad niesamodzielnymi dorosłymi członkami rodzin. Chodzi też o wysokość wynagrodzeń ogółem. – Byliśmy, i wciąż w dużej mierze jesteśmy, społeczeństwem na dorobku, skupiamy się na zapewnieniu bytu sobie i rodzinie. Przy relatywnie wysokich kosztach życia elastyczne modele pracy dopiero stopniowo stają się normą – ocenia dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, ekonomistka z Uniwersytetu Ekonomicznego (UE). – Ale moim zdaniem może to się zmienić – mówi Starczewska-Krzysztoszek.

A może zachęty?

Mamy bardzo „ciasny” rynek pracy, co znaczy, że przedsiębiorcy, którzy mają problem z znalezieniem pracowników, będą w większym stopniu sięgać po „ukryte rezerwy”, czyli po osoby, które mogą, czy też chcą, pracować, ale tylko w niepełnym wymiarze.

Czytaj więcej

Recesja zamrozi popyt na nowych pracowników

Galopująca inflacja i pogorszenie sytuacji finansowej wielu gospodarstw domowych zmusza je do poszukiwania dodatkowych źródeł dochodów. A właśnie praca w niepełnym wymiarze świetnie się do tego nadaje.

– Aby doszło do widocznej zmiany, konieczne są zachęty do pracy w modelu part-time, tak jak jest to Holandii – uważa dr Jacek Męcina z UE, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan. Dobrą zachętą byłoby na przykład, gdyby w przypadku kobiet wychowujących dzieci i pracujących na pół etatu państwo opłacało składki na ubezpieczenie społeczne za pełen etat.

Zdaniem Męciny zachęcałoby to do aktywnego macierzyństwa, mogłoby pozytywnie odbić się na wskaźniku urodzeń, zmniejszałoby problem krótszego stażu pracy kobiet i niższych świadczeń emerytalnych.

Part-time w rolnictwie i handlu

Już od lat widać, że postulaty zachęt podnoszone przez ekspertów nie powodują realnych zmian w polityce publicznej. – A to oznacza, że nawet jeśli ze strony pracodawców wzrośnie zapotrzebowania na pracę w krótszym wymiarze czasu, raczej będzie to oznaczać więcej pozakodeksowych form pracy, takich jak umowy zlecenia, a nie nasilenie pracy na pół etatu – zaznacza Łukasz Kozłowski.

Z danych Eurostatu wynika, że najwięcej miejsc pracy w niepełnym wymiarze czasu powstaje w Polsce w rolnictwie oraz handlu – w 2021 r. po ok. 170 tys. Sporo też jest ich – ponad 90 tys. – w edukacji oraz ochronie zdrowia i opiece społecznej.

Ponad 60 proc. osób pracujących w tym modelu to kobiety.