Eksport nawozów z Rosji i Białorusi stoi, a polscy producenci nawozów azotowych właśnie zawiesili produkcję. Co się stanie z polskim rolnictwem, gdy zabraknie nam nawozów?

Myślę, że nikt dziś tego nie wie. Rolnicy oczywiście spodziewali się, że kłopoty z nawozami wzrosną, więc prawdopodobnie spora część starała się zatowarować wcześniej. Pytanie, jak długo potrwają braki w produkcji. Produktywność naszego rolnictwa idzie w parze z wykorzystaniem nawozów sztucznych, więc ich brak będzie odczuwalny. W pierwszym roku ci bardziej przewidujący jeszcze sobie poradzą – mają zapasy i widzieliśmy, że olbrzymie środki z rachunków wydatkowali właśnie na nawozy. Tak samo ziemia, w pierwszym sezonie też sobie poradzi, np. ze wsparciem takich technik, jak wapnowanie. Oceniam, że plony będą w miarę dobre, choć prawdopodobnie mniejsze.

Azoty twierdzą, że nie byłyby w stanie ulokować na rynku nawozów po cenach produkcji.

To tylko kwestia tego, ile rolnicy uzyskują za produkt końcowy.

Mamy rekordowe ceny produkcji, nawozów, ropy, a ceny zbóż zaczęły spadać. Jaki mogą mieć efekt te nożyce cenowe? Rolnicy boją się braku pieniędzy na nowy sezon.

Możemy dyskutować, czy ceny zboża faktycznie spadły. One i tak są wyższe o 40–50 proc. w skali roku, choć faktycznie zbliżyły się do poziomu sprzed wybuchu wojny w Ukrainie. Myślę za to, że jesienią będziemy mieli spore problemy z warzywami – będzie mało towaru przy relatywnie wysokich cenach. Dlaczego? Bo w europejskim sposobie produkcji warzyw, roślin okopowych czy pomidorów stosuje się mnóstwo nawozów, wody, zabiegów agrotechnicznych. Każdy taki zabieg agrotechniczny wymaga pracy traktora i zużycia paliwa, którego koszty znacznie wzrosły. Skutkiem będzie wyraźny wzrost bazy kosztów produkcji warzyw. Do tego mamy potężną suszę we Francji, Rumunii, Włoszech, czyli w rejonie śródziemnomorskim, gdzie warzywa produkuje się zwykle dwa razy w roku. Tymczasem sprzedawcy nasion twierdzą, że rolnicy nawet nie starali się odbierać zakontraktowanych sadzonek ogórków czy siewek cebuli, bo policzyli, że koszty produkcji wyniosą 15–20 tys. zł na hektar. Siali zboże, którego rentowność – do ubiegłego tygodnia – była wysoka. Myślę, że obecny ruch producentów nawozów ma związek z tym, po ile dostają gaz, a nie z ryzykiem niesprzedania nawozów. Nie uderzy to jednak w podstawową produkcję rolniczą, jaką jest zboże, ale właśnie w warzywa.

Jak te radykalne zwyżki kosztów produkcji wpłyną na uspokajające prognozy o spowolnieniu inflacji na początku 2023 r.?

Fala podwyżek cen produktów rolnych, związana z kosztami produkcji rolniczej, będzie tej jesieni istotnym bodźcem inflacyjnym. Nie wiem, czy ktoś dziś sobie wyobraża przywrócenie 8-proc. VAT na żywność, bo raczej zapomnieliśmy już, że obniżenie tej stawki do zera jest czasowe. To z pewnością będzie bezpośrednim impulsem proinflacyjnym. Uważam też, że tarcza inflacyjna przyniosłaby lepsze efekty wprowadzana dziś – reakcyjnie. Wprowadzając ją prewencyjnie, osłabiliśmy jedynie słabe impulsy inflacyjne z początku cyklu inflacyjnego. W efekcie dziś nie ma ona istotnego oddziaływania, a ewentualne wycofanie się z niej wzmocni potężne cykle proinflacyjne. A nawet jeśli nie, to dziurę w budżecie trzeba będzie pokryć.

Gdy zapowiadał pan kryzys żywnościowy pięć lat temu, zapowiadał pan wzrost cen surowców rolnych o 100 proc., ale w ciągu dekady. Czy to już?

Niestety, okazało się, że miałem rację, ale ceny poszły w górę o 100 proc. nie w ciągu dekady, lecz zaledwie pięciu lat. Rozwój sytuacji przyspieszył na pewno napad Rosji na Ukrainę. Wychodziłem z założenia, i ono pozostaje aktualne, że w rolnictwie bardzo szybko kurczą się nam możliwości wytwórcze – musimy żywić coraz więcej ludzi, mając coraz mniej dostępnej ziemi. Do tego zmiany klimatyczne zachodzą błyskawicznie, np. susza w Europie jest już zjawiskiem corocznym. To poważny problem, ponieważ Europa jest jednym z ważniejszych producentów żywności, której przez zmiany klimatu wytwarza coraz mniej, podobnie Australia i USA. ONZ szacuje, że jeśli nadal będziemy prowadzić tak intensywnie eksploatujące rolnictwo, w ciągu 60 lat stracimy wszystkie zasoby ziemi próchniczej. A bez ziemi próchniczej nie potrafimy produkować żywności.

Skąd w ogóle wiadomo, że trwa kryzys żywnościowy, i na jakim jego etapie dziś jesteśmy?

Skokowy wzrost cen nastąpił z powodu wojny w spichrzu świata, jakim jest Ukraina. Duża część pól uprawnych, gdzie rosły zboża, słonecznik, kukurydza, nie została obsiana. Innym czynnikiem jest mniejsza alokacja ziemi rolnej na mieszkańca Ziemi. W latach 60. było to 2,5 ha na głowę, teraz zaczynamy przebijać granicę 0,5 ha. Tymczasem od lat 60. nie wprowadziliśmy żadnych wielkich innowacji w technice upraw. Po II wojnie rozwinęła się mechanizacja produkcji, nawozy sztuczne, środki ochrony roślin, ale potem już nie było nowości, które poprawiłyby rozwój produkcji żywności. Szansę na zwiększenie upraw dawało GMO, ale zostało odrzucone. Dziś próbujemy z coraz mniejszej ilości ziemi wycisnąć coraz więcej żywności dla coraz większej liczby ludzi.

Szansą na zmianę rolnictwa jest Zielony Ład, ale rolnicy masowo domagają się powstrzymania go czy przełożenia na później.

Zielony Ład to bardzo dobra propozycja, ale trzeba ją czytać dokładnie i w całości. Najprostszym zawartym tam postulatem jest niemarnowanie żywności. A tej marnujemy aż 30 proc. rocznie! Kolejna sprawa – dieta. Do wyprodukowania 1 kalorii mięsa potrzebujemy od 4 do 20 kalorii roślinnych. Dieta roślinna jest bardziej przyjazna dla planety. Takie miliardowe kraje wegetarian, jak Indie, udowadniają, że możemy jeść mniej mięsa. Polacy jedzą ok. 70 kg mięsa rocznie, a powinniśmy jeść do 30 kg per capita. Mniejsza produkcja mięsa to również mniej gazów cieplarnianych, co byłoby ulgą dla klimatu. Podstawowe założenia Zielonego Ładu, czyli ograniczenie nawożenia i zmniejszenie zużycia środków chemicznych, odczytuję jako pierwszy sygnał, że prominentni politycy w skali globalnej zrozumieli problem, jakim jest zabijanie próchnicy w glebie przez nawożenie, i zaczęli realizować jej ochronę.

Czyli dobrze już było?

Coraz więcej sygnałów na to wskazuje. Szacunki ONZ dają nam 60 lat na zmiany, a to przecież jedynie 60 siewów. Może więc warto płacić za żywność nieco więcej, żeby ochronić Ziemię? Jeśli żywność podrożeje o 30 proc., to wcale nie znaczy, że my też wydamy o 30 proc. więcej, bo włączą się mechanizmy oszczędnościowe. Na przełomie lat 80. i 90. Polacy wydawali 70 proc. dochodów na sprawy bytowe, nie na mieszkania. Dziś z perspektywy historii ludzkości żywność jest nadal bardzo tania. Dostęp do żywności i jej kupno stały się tak proste i banalne, że kompletnie nie rozumiemy już, z czym mamy do czynienia. Żywność jest abstrakcją ze sklepów. Statystycznie przeciętna polska rodzina wyrzuca rocznie ok. 6 tys. zł, oczywiście za wiele tych strat odpowiada gastronomia.

Rolnicy są jednak przeciwni.

Trzeba wyraźnie powiedzieć, że Zielony Ład bez rolników się nie uda. Agresja rosyjska spowodowała, że mimowolnie już wdrożyliśmy zalecenia Zielonego Ładu: stosujemy mniej nawozów – bo ich nie ma, mniej zabiegów agrotechnicznych – bo są drogie. Jednak kluczowi do wdrożenia Zielonego Ładu – który z kolei jest niezbędny, by zostawić świat dla przyszłych pokoleń w stanie, w którym te pokolenia będą go mogły naprawić – są rolnicy. I ich musimy do Zielonego Ładu przekonać, ponieważ tylko dwoma technikami potrafimy wychwytywać dwutlenek węgla z atmosfery – to rolnictwo i leśnictwo, przy czym rolnictwo jest dużo skuteczniejsze.

To duże zobowiązanie dla rolnictwa, ogromna odpowiedzialność, ale jak rolnicy mogą na tym zarabiać, by nie ratować świata za darmo?

Zielony Ład wprowadza np. mechanizm kredytu węglowego. Rolnicy mogą dzięki niemu zarabiać, gdy zaświadczą, że w tym roku ich uprawa kukurydzy ściągnęła na przykład 10 czy 20 ton CO2. Musimy do tego wypracować wiarygodne certyfikaty, na wzór farm fotowoltaicznych. Jest jeszcze jedna ważna kwestia. Otóż uważam, że umowa społeczna kompletnie się wykrzywiła i wymaga redefinicji. Bo jak możemy mówić, że np. rolnicy dostają dotacje? Przecież to nie są żadne dotacje czy darowizny, lecz po prostu płatność za wyprodukowanie żywności w określonej jakości, ilości itd. Dziś do gry wchodzi kolejny element, bo będziemy rolnikom płacić za oczyszczanie środowiska.

Czy już można na tym zarabiać?

Na razie trwa małe zamieszanie, ponieważ jesteśmy na etapie ustalania standardu certyfikatów – niemiecka wersja certyfikatu jest wg mnie zbyt skomplikowana, ale propozycja Francji jest już bardzo przystępna. Również w Polsce są takie inicjatywy, które prowadzi np. fundacja Terra Nostra. Jej działalność dowodzi, że tego typu rolnictwo, o którym opowiadałem, przynosi korzyści.

Mamy już wojnę w Ukrainie, kryzys żywnościowy, skąd jeszcze może przyjść zagrożenie?

Uważam, że mimo wszystko najważniejsi są politycy. Tuż po wybuchu wojny liczono, że nadchodzący szok na rynkach zboża może być zamortyzowany przez eksport pszenicy z Indii, bo tam był relatywnie dobry sezon i kraj miał spore zapasy. Nagle jednak rząd Indii wprowadził zakaz eksportu zboża. To świetny przykład, że podstawowym zagrożeniem dla rynku żywności są politycy. Na drugim miejscu są zagrożenia naturalne, ale nieodpowiedzialne decyzje polityków – jednak na pierwszym.

Bartosz Urbaniak

Jest szefem bankowości agro BNP Paribas na Europę Środkowo-Wschodnią i Afrykę. Wcześniej był członkiem zarządu BGŻ BNP Paribas. Ukończył finanse i statystykę w SGH. W latach 1995–2001 kierownik Biura Analiz i Projektów w Fundacji na rzecz Warszawskiej Giełdy Towarowej, potem zastępca dyrektora Biura Interwencji Rynkowej. W BGŻ BNP Paribas od 2002 r.