Gromy spadły na Mariusza Błaszczaka po tym, gdy na pytanie, czy polscy żołnierze powinni pójść z odsieczą, gdyby Estonię, Łotwę bądź Litwę zaatakowali Rosjanie odpowiedział, że „polscy żołnierze powinni bronić Polski”, a później uzupełniał tę wypowiedź słowami: „priorytetem każdego ministra obrony narodowej powinna być obrona Polsce (…) Trzeba stawiać na współpracę ze Stanami Zjednoczonymi”.

Wymagana jest jedność wszystkich państw

Zarzucono b. ministrowi obrony w rządzie PiS, że wypowiedział tymi słowami art. 5 NATO. Retorycznie pytano, co będzie z Polską, jeśli na nas napadnie Putin, a ministrowie Francji, Niemiec czy Wielkiej Brytanii powiedzą, że priorytetem dla ich żołnierzy jest obrona ich państw. Przypomniano, że prezydent Donald Trump redukuje wojska amerykańskie w Europie, wzywa ją, aby sama więcej zrobiła dla swej obrony, publicznie wyrażał swe wątpliwości co do przydatności NATO i amerykańskiej obecności w tej organizacji, ogłosił nową doktrynę bezpieczeństwa, z której wynika, że dla bezpieczeństwa USA ważniejsze od Europy są Ameryka, Azja i Bliski Wschód.

Czytaj więcej

Marek Kutarba: Czy Mariusz Błaszczak rozumie, że Putin tylko na takie słowa czekał?

Co z tego wynika? Nie ma racji ani Błaszczak, który podważa art. 5, ani ci, co święcie w ten artykuł wierzą. Po pierwsze, uruchomienie art. 5 wymaga jednomyślności wszystkich 32 państw członkowskich Paktu Północnoatlantyckiego Bez jego aktywacji możliwa jest pomoc dwustronna, ale takie same priorytety narodowe jak u Błaszczaka mogą się okazać priorytetami ministrów obrony w wielu innych państwach członkowskich. Po drugie, nawet uruchomienie art. 5 niewiele jeszcze gwarantuje, ponieważ druga część tego artykułu stanowi, że każda ze stron układu uruchomi działania, które „uzna za konieczne”. Nasi sojusznicy mogą więc uznać, że wysyłanie wojsk nie zalicza się do działań „koniecznych”.

Zawiedliśmy się na gwarancjach brytyjskich i francuskich we wrześniu 1939 roku kiedy po napaści Niemiec na Polskę państwa sojusznicze wypowiedziały wojnę III Rzeszy, ale żadnej istotnej pomocy Polsce nie udzieliły; ich działania przeszły do historii jako „dziwna wojna”. Wysyłanie własnego wojska do obrony cudzego kraju stanowi najtrudniejszą politycznie decyzję do podjęcia, jest ostatnim najmniej prawdopodobnym krokiem nie tylko dla Błaszczaka. Premier Donald Tusk oraz wicepremier i minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz twardo mówią, że polski żołnierz nie będzie uczestniczył w siłach pokojowych, które byłyby wysłane do Ukrainy, jako element jakiegoś przyszłego rozejmu. A przecież Polsce, tak jak krajom bałtyckim, najbardziej zależy, aby Ukraina nie przegrała i uzyskała mocne gwarancje chroniące przed następnym atakiem. Wystarczy, zdaniem wspomnianych polityków, że pomagamy, dzieląc się uzbrojeniem, jako hub logistyczny, że strzeżemy granicy naszej i zarazem unijnej z Rosją i Białorusią.  

Czytaj więcej

Gen. Ben Hodges: Rosja może zaatakować NATO. „Celem jest rozbicie Sojuszu”

To samo mogą powiedzieć sojusznicy z NATO w przypadku napaści na jednego z sygnatariuszy. Wyślą broń, nałożą sankcje ekonomiczne, podzielą się informacjami wywiadowczymi z satelitów, może użyją bombowców, rakiet i dronów, ale wysyłanie wojsk lądowych będzie ostatnią opcją 

40 dywizji pod zarządem europejskim

Jak uniezależnić pełne wsparcie wojskowe od politycznego oporu, od wewnętrznych kalkulacji i sprzeciwu sporej części opinii publicznej wobec narażania „naszych chłopców” na straty?

Europa potrzebuje dodatkowej armii złożonej z dobrze opłacanych ochotników, która byłaby do dyspozycji NATO, ale mogłaby też działać samodzielnie. Traktat o UE przewiduje w art. 42 możliwość wspólnej obrony, ale wszelkie decyzje w tej sprawie wymagają jednomyślności. Lepiej więc, aby osobnym traktatem państwa zainteresowane powołały Europejską Wspólnotę Obronną, w której decyzje zapadałyby kwalifikowaną większością. Można by zaprosić do takiej Wspólnoty nie tylko członków UE, ale również Wielką Brytanię i Norwegię, Mołdawię, a w niedalekiej przyszłości i Ukrainę.

Osobny traktat europejski nie jest niczym szczególnym. Ojcowie założyciele UE na początku lat 50. już po uruchomieniu Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali, przygotowali traktat obronny, według którego miano powołać 40 narodowych dywizji, ale pod zarządem europejskim. Jak wiadomo, parlament francuski odmówił wówczas ratyfikacji tego traktatu. Później osobnymi traktatami utworzono i strefę Schengen, i pakt fiskalny.

Dlaczego dodatkowa armia europejska Polsce by się opłacała?

Po pierwsze, decyzja użycia sił europejskich, a nie narodowych byłaby politycznie znacznie łatwiejsza do podjęcia dla decydentów każdego kraju. Do obrony Estonii, Łotwy, Litwy czy kogokolwiek innego wysyłano by bowiem europejskie wojsko złożone z ludzi, którzy świadomie się najęli do obrony Europy, a nie „naszych chłopców”.

Po drugie, Polska finansuje tylko ok. 6 proc. budżetu UE. Jeśli udział Polski w finansowaniu europejskiej armii byłby zbliżony, to Polsce by się to bardzo opłaciło, bo głównym zadaniem takiej armii byłoby odstraszanie Rosji. 

Po trzecie, Europa, kiedy zbliży poziom swych wydatków na obronę do 5 proc. PKB, to mniej więcej zrówna się z wydatkami USA, ale wartość wojskowa naszych 27 armii będzie nadal kilka razy mniejsza niż sił USA, bo nie mamy armady lotniskowców, systemu satelitów naprowadzających na cele w czasie rzeczywistym, tankowania w powietrzu, Patriotów, wywiadu globalnego, itd. W Unii mamy ponad 170 systemów uzbrojenia, a w USA poniżej 40, na przykład użytkujemy 17 rodzajów czołgów, a USA tylko jeden, mamy 14 typów haubic samobieżnych, USA – jeden, korzystamy z 15 rodzajów myśliwców,  armia amerykańska – z sześciu Wspólna armia byłaby zalążkiem uwspólnotowienia obrony, co poprawi relacje koszt/efekt w obszarze obronności.

Europa dramatycznie potrzebuje siły wojskowej do obrony państw bałtyckich, gotowej do obecności w Ukrainie, jako wojska stabilizującego w przypadku doprowadzenia do rozejmu, do innych operacji w otoczeniu Europy. To może być Bliski Wschód i Afryka. Brak siły wojskowej, której można byłoby użyć w Syrii, Mali, Libii, itd. naraził Europę na niekontrolowane fale uchodźców szukających ratunku w bogatej Europie, która z tymi falami średnio sobie radzi. Wspólna armia europejska lepiej odstraszy militaryzującą się Rosję niż narodowe armie, których polityczni dysponenci w Europie, jak i w USA wahają się angażować do ratowania innych. Obyśmy nie musieli się o tym przekonywać na własnej skórze.

Czytaj więcej

Kryzys NATO w Ankarze. Donald Trump atakuje Hiszpanię i Danię

Niechęć europejskich polityków i dużej części opinii publicznej do użycia narodowego wojska dla ratowania sojuszników można przełamać. Wspólna europejska armia jest takim rozwiązaniem, ale trzeba jeszcze mężów stanu na miarę ojców założycieli Schumana, Monneta, de Gaspariego, Adenauera, których w dzisiejszej Europie mamy deficyt.

biogram

Marcin Święcicki

polityk i ekonomista, poseł na Sejm czterech kadencji, prezydent Warszawy, minister współpracy gospodarczej z zagranicą w rządzie Tadeusza Mazowieckiego, sekretarz KC PZPR