Na początku wolność była tylko marzeniem, które prowadzi lud na barykady, jak w sławnym obrazie Eugène'a Delacroix; jeden w cylindrze, drugi w byle jakiej czapce, trzeci w marnej kapocie już padł w walce, ale wszystkich wiodła ta sama nadzieja. Aby podjąć walkę o wolność, trzeba najpierw – choć trochę – poczuć się wewnętrznie wolnym; dopiero tacy idą na barykady albo organizują strajki. Wtedy nareszcie chowamy poległych, karzemy zdrajców, ogłaszamy nowe prawa, zwołujemy Stany Generalne albo Sejm.
Straszna tajemnica wolności. Jak wprowadzić wolność „do”?
Jednak dopiero gdy odświętujemy zwycięstwo, zaczynamy dostrzegać, że wprawdzie wszyscy są wolni, ale nie wszyscy są równi; odkrywamy straszną tajemnicę wolności, jeden otrzymał jej więcej, drugi mniej. Wolność oznacza tylko uwolnienie od wszechwładzy tyrana lub zaborcy, ale aby nawet ten w gorszej czapce lub w kapocie, który tak dzielnie spisał się na barykadzie, poczuł się wolny, potrzebna jest także wolność „do”: dla robotnika w dostępie do godziwie płatnej pracy, dla wieśniaka – do ziemi, dla młokosa z barykady – do szkoły, a potem studiów.
Wszak demokracja, która powinna być przywilejem wszystkich wolnych ludzi, okazuje się reglamentowana; ci, co nawet na barykadę poszli w cylindrach, zastrzegają dostęp do wyborczej urny tylko dla posiadaczy majątków, albo ogłaszają cenzus wykształcenia. Wolność „do” można wprowadzić tylko przez odbieranie wolności tym, którzy – naszym zdaniem – mają jej za wiele. Także mędrkom, którym się wydaje, że mogą gadać co chcą, bo mają dyplom jakiejś tam uczelni. Co z tego, że wolność gryzie się z równością jak złe psy, wszak liczy się jedynie głos prostego człowieka!
Droga do bolszewizmu w nowym prawicowym opakowaniu
A trzecie z tej triady: braterstwo, zwane czasem solidarnością? Razem z popsutą doszczętnie demokracją służy do przyozdobienia zgliszczy naszej chwalebnej barykady. Potrzeba tylko wielomównych oszustów i krzykaczy, aby to uzasadnić i otworzyć drogę do bolszewizmu w nowym – kto wie, czy nie prawicowym? – opakowaniu. Jeden z nich wkrótce ogłosi się cesarzem albo innym zbawcą narodu i wszystko zacznie się od nowa.
Ale coś nam zostało: raz na cztery lata możemy wybrać sobie nowego tyrana, nie mając jakiegokolwiek wpływu na jego zamiary.