Co chwila przez media przetaczają się kolejne dyskusje o polskiej służbie zagranicznej, często wywoływane komentarzami ambasadorów nominowanych przez rządy PiS „po linii politycznej”. Dr Sławomir Dębski stwierdził ostatnio, że rozróżnienie na zawodowych dyplomatów i politycznych nominatów jest sztuczne, a awanse w służbie zagranicznej były zawsze decyzjami politycznymi. To wpisuje się w słowa byłego ministra spraw zagranicznych prof. Zbigniewa Raua, że ambasador ma być lojalny wobec partii rządzącej, a nie państwa. Otóż – nie!

Słowa, które padają w tej debacie, świetnie wyjaśniają nie tylko tło toczącego się sporu o nominacje ambasadorskie. Pokazują również fundamentalną różnicę w traktowaniu administracji państwowej, służby cywilnej czy nawet szerzej – w sposobie kierowania państwem przez rządzącą koalicję i obóz polityczny Jarosława Kaczyńskiego i Karola Nawrockiego. Pytania leżące u podstaw tej dyskusji dotykają samej istoty ustroju: czy ambasador, ale też każdy inny wysoki rangą przedstawiciel administracji rządowej, powinien być ostatecznie lojalny wobec rządzącej partii, czy wobec państwa?

Oczekiwanie, by urzędnicy państwowi stawali się działaczami partyjnymi każdej kolejnej „zwycięskiej” partii jest po prostu niezrozumieniem istoty demokracji i demokratycznego państwa prawa.

Złamana obietnica. Nominacje w istocie partyjne

W 1989 r. „skończył się w Polsce komunizm” – tak mogłoby się wydawać. Ponad 30 lat temu młodzi ludzie wybierający służbę publiczną otrzymali obietnicę: możliwość apolitycznej pracy dla kraju w imię racji stanu, a nie interesów doraźnego układu. Gwarantem systemu miało być dochodzenie do najwyższych stanowisk dzięki kwalifikacjom i ciężkiej pracy.

Po 2015 r. ta obietnica została złamana. Doświadczeni urzędnicy z 20-letnim stażem dowiedzieli się, że na stanowisko ambasadorskie nigdy nie pojadą. Kluczowe placówki zaczęli przejmować polityczni nominaci realizujący linię rządu, nawet jeśli o polityce międzynarodowej nie mieli w wielu wypadkach pojęcia, bo całe życie spędzili jako notariusze, dziennikarze czy nauczyciele akademiccy. W przypadku części z nich można było odnieść wrażenie, że stanowisko ambasadorskie miało kompensować braki sukcesów na dotychczasowej ścieżce zawodowej.

Podczas czerwcowego posiedzenia sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych prof. Zbigniew Rau, minister spraw zagranicznych w latach 2020-2023, wyłożył tę filozofię bez ogródek. Trzeba docenić jego szczerość, potwierdził bowiem to, co wszyscy i tak wiedzieli, że celem ustawy o służbie zagranicznej z 2021 r. było rozdzielenie roli urzędnika od ambasadora. Ten pierwszy służy Rzeczypospolitej, ale ambasador jest już nominatem politycznym. Oczekiwanie wobec niego „sprowadza się do szczególnej lojalności wobec stronnictw politycznych […], które stoją za jego nominacją”. Czyli ambasador ma taki sam status polityczny jak minister czy wiceminister. W kontekście tej wypowiedzi można zadać pytanie: czemu próbuje się odbierać prawo obecnie rządzącej koalicji odwołania tych „lojalnych” wobec innej partii? Czemu ci polityczni kandydaci udają zaskoczenie zakończeniem ich misji po zmianie rządu? Sami powinni składać dymisję wraz z rządem, który ich powołał, skoro dla nikogo nie było tajemnicą – co przyznał prof. Rau – że ich nominacje były w istocie partyjne.

Z jednej strony dzisiejsza opozycja krzyczy, że zostali odwołani ambasadorowie, a z drugiej czasami im się wyrwie, że każdego z nich uznawali za politycznego.

Tymczasem część tych politycznych nominatów minister Radosław Sikorski zdecydował się pozostawić do końca rutynowej (chociaż umownie przyjętej) kadencji, a nawet dłużej – niektórzy nadal pełnią swoją misję. To około dziesięciu osób, które reprezentują zarówno wymagany poziom merytoryczny, jak i zdolność do wzniesienia się ponad partyjne lojalności. Do dzisiaj wśród polskich ambasadorów jest i jeden były wiceminister w rządzie PiS, i były szef BBN… Bo Polska to nie własność tej czy innej partii. Głośne oskarżenia opozycji o „czystki” okazują się więc jedynie elementem taniej propagandy.

Kto trzymał klucze do nominacji

W latach 1989-2015 następowała stopniowa i konsekwentna profesjonalizacja polskiej służby zagranicznej. Coraz częściej stanowiska szefów placówek obejmowali zawodowcy z państwowym stażem, służący kolejnym ekipom politycznym jako wysocy rangą urzędnicy. Do służby przychodzili nowi, młodzi ludzie, którzy zdobywali kolejne szlify, aż byli gotowi stać się najwyższymi reprezentantami naszego państwa za granicą.

Czytaj więcej

„Żart” Radosława Sikorskiego. Podziękował prezydentowi za 42 nominacje ambasadorskie

Dopiero rząd PiS, jak widać w słowach prof. Raua – z pełną świadomością i jasnością zamiarów – odwrócił tę tendencję, typową dla praktycznie wszystkich ugruntowanych dyplomacji, w tym tych, które zwykle kojarzymy ze skutecznością – od Wielkiej Brytanii, Francji czy Włoch, przez Japonię, Austrię czy Danię, aż po Chiny czy Rosję.

Podejście ówczesnego rzecznika PiS Radosława Fogla, że „nie zatrudniamy ekspertów, bo jak zatrudnialiśmy ekspertów, to nie chcieli oni realizować naszego programu” szybko zderzyło się z rzeczywistością, a bajka o „zaufanych ludziach lidera” spadła z krótkiej ławki. Zamiast tych złych ekspertów na placówki ruszyły partyjne kółka podróżnicze. W nowej ustawie z 2021 r. zniesiono wymogi dotyczące wykształcenia czy znajomości języków obcych – najwyraźniej były to za wysokie oczekiwania wobec partyjnych nominatów. Efekty były opłakane.

Były sytuacje, kiedy kandydaci do reprezentowania naszego państwa, stając przed komisją sejmową nie potrafili wykrztusić słowa w języku kraju, do którego jechali, a angielski deklarowali na poziomie „komunikatywnym”, cokolwiek miałoby to znaczyć. Wielu z nich nie miało pojęcia o miejscu, do którego wyjeżdżali. Polityczny nominat na placówkę w dużym kraju po drugiej stronie globu, na pytanie „czemu tam”, odpowiedział „bo tam jeszcze nie byłem, a chciałbym zobaczyć”.

Czytaj więcej

Koniec sporu o ambasadorów? Bogdan Klich może zamienić USA na inny kraj

Były też placówki, gdzie ambasadorowie, zamiast na negocjacjach, skupiali się na pisaniu listów protestacyjnych do zagranicznych dziennikarzy za każdym razem, gdy skrytykowali rząd w Warszawie. Jeden z tych nominatów trafił nawet na listę 100 najbardziej nielubianych mieszkańców dużej europejskiej stolicy w rankingu sporządzonym przez popularną, lokalną gazetę. Czasem kluczem do nominacji było znane nazwisko, czasem wpływowa żona…

Jak to robią w Ameryce. Dyplomacja to specyficzny fach

Broniący upolitycznienia funkcji ambasadora chętnie powołują się na system amerykański. W Stanach Zjednoczonych zwyczajowo pewna grupa stanowisk ambasadorskich jest polityczna, ale już stanowiska w służbie zagranicznej nie. Ci polityczni nominaci amerykańskich prezydentów wywodzą się z kręgu przyjaciół i zaufanych ludzi. Tylko że tacy nominaci kończą automatycznie kadencję wraz z prezydentem, który ich powołał, a nie kurczowo trzymają się stołków i domagają się pieniędzy od państwa za ten upór. Nowy prezydent nie musi ich odwoływać, po prostu nie przedłuża im kadencji ani o jeden dzień dłużej. Zawodowi dyplomaci w tym systemie nadal mogą zostać szefami placówek – przed obecną kadencją prezydenta Donalda Trumpa to było ok. 80 proc. placówek USA i nikt im nie mówi, że z tej roli są wykluczeni.

Wszystkie rozwinięte dyplomacje uznają, że większość stanowisk kierowniczych, poza ściśle i wąsko określonymi jako polityczne, powinna być obejmowana przez fachowców. Także w Rosji i Chinach, gdzie nie ma wątpliwości co do ich politycznej lojalności, stawia się na doświadczonych dyplomatów. Wymogi dzisiejszego świata nie pozwalają na opieranie interesów państwa na koleżkach, którzy chcieliby się sprawdzić w dyplomacji… czy biznesie. Po radykalnym eksperymencie odejścia od fachowców w 2015 r. z naszymi „dyplomatami” mało kto szczerze rozmawiał, a oni rzadko szczerze raportowali Warszawie, co słyszą i czego się domyślają.

Dyplomacja to specyficzny fach, w którym najczęściej dojrzewa się latami, bo wymaga szukania porozumienia przy reprezentowaniu często bardzo odmiennych i sprzecznych interesów.  A kiedy dyplomaci nie potrafią się porozumieć w sprawach zasadniczych, to zdarza się, że po nich pałeczkę przejmują nie tyle politycy, co wojskowi.

Polska to nie łup. Afiliacje polityczne kluczowym kryterium

Najbardziej niebezpieczne w filozofii, którą przedstawił prof. Rau, jest to, że ona nie zatrzymała się na progach MSZ. Praktyka lat 2015-2023 potwierdzała, że takie podejście to była filozofia podejścia do całego państwa. Już nowelizacją ustawy o służbie cywilnej z 2015 r. zmieniono sposób wyłaniania dyrektorów departamentów i ich zastępców. Ta sama idea rozlała się na inne obszary. Lojalność partyjna czy przynajmniej oczekiwane afiliacje polityczne zaczęły być kluczowym kryterium przy powoływaniu na stanowiska kuratorów oświaty, prezesów sądów, a także na szereg innych funkcji.

Idąc tropem wywodu eksministra Raua oraz praktyki jego formacji można zadać pytanie – czemu lojalności partyjnej wymagać tylko od ambasadorów, dyrektorów departamentów czy kuratorów? Czemu według takiego klucza nie obsadzać również etatów generałów w siłach zbrojnych, oficerów w służbach specjalnych, komendantów policji, rektorów uczelni wyższych i dyrektorów szkół, muzeów czy teatrów… a może chirurgów i pilotów też? Czy polityk wie lepiej, jak leczyć lub czy można gdzieś lądować?

Wierność partii już kiedyś w Polsce przerabialiśmy. W PRL bez wierności partii nie można było objąć żadnego stanowiska kierowniczego. Historia dobitnie pokazała, jak kończą się rządy miernych, biernych, ale wiernych.

Spór o nominacje ambasadorskie nie jest targiem o nazwiska. To fundamentalny spór o to, czy Polska ma być nowoczesnym, zachodnim państwem opartym na profesjonalnych instytucjach, czy też satrapią, w której legitymacja partyjna znaczy więcej niż wiedza i doświadczenie.

Czy ambasador powinien być lojalny wobec partii, a nie państwa? Nie! Państwo to nie partyjny łup. PRL-owska nomenklatura się skończyła i nie może wrócić, nawet jeśli zmieni kolor krawatów.

biogram

Maciej Wewiór

rzecznik Ministerstwa Spraw Zagranicznych, wcześniej pełnił funkcję wicedyrektora Centrum Informacyjnego Rządu. Był również m.in. rzecznikiem prasowym Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie oraz Ministerstwa Skarbu Państwa