Magdalena Sobkowiak-Czarnecka, wiceminister obrony narodowej jest pewna: jesteśmy gotowi do konfrontacji z Rosją. Komentując stan polskiego bezpieczeństwa w TVP Info została zapytana „na ile dziś jesteśmy gotowi, jeśli chodzi o uzbrojenie na ewentualną wojnę? W 100 procentach, 70, 50 czy może jeszcze mniej?” Sobkowiak-Czarnecka nie miała wątpliwości, że „absolutnie jesteśmy gotowi”.
I tutaj, zupełnie słusznie pojawiły się pytania polityków opozycji oraz analityków na ile ta wypowiedź jest prawdziwa, a na ile jest PR-owską figurą.
Czytaj więcej
Brak kluczowych dokumentów strategicznych powoduje, że nie wiemy czego możemy się spodziewać ze Wschodu i na jaki wariant wojny powinniśmy być gotowi.
Bo prawdą jest to, że polska armia robi wszystko, aby być gotową na konfrontację ze strony Rosji, ale stan przygotowań daleko odbiega od możliwych zagrożeń. Dość przypomnieć, że znajduje się w procesie transformacji i przezbrojenia. Tymczasem nawet nie znamy odpowiedzi na pytanie, do jakiej wojny mamy się przygotować? Pisaliśmy o tym w „Rzeczpospolitej”. Ten dylemat wynika z faktu, że nie mamy aktualnych dokumentów strategicznych, chociażby Strategicznego Przeglądu Obronnego, który określiłby kierunki rozwoju systemu bezpieczeństwa państwa czy Strategii Bezpieczeństwa Narodowego RP.
Czy jesteśmy „absolutnie gotowi” na wojnę z Rosją
Analizując terminy dostaw uzbrojenia do Sił Zbrojnych z USA i Korei, możemy założyć, że powinniśmy być gotowi do wojny pełnoskalowej w 2030 r., bo wtedy cały sprzęt do nas dopłynie. Zintegrowany system obrony powietrznej ma osiągnąć pełną gotowość operacyjną dopiero po 2030 r..
Jeżeli jesteśmy „absolutnie gotowi”, dlaczego nie został odwieszony pobór i nie ruszyły masowe szkolenia rezerwistów? Dość dodać, że państwo polskie nie ma dzisiaj Obrony Cywilnej, nie są budowane schrony, nawet nie mamy skutecznego systemu powiadamiania ludności cywilnej o uderzeniu z powietrza. Czy zatem wiceminister Sobkowiak-Czarnecka widzi coś, czego my nie dostrzegamy?
Naiwnie pewnie zabrzmi pytanie: a jeżeli Rosja w gorący sposób postanowiłaby przetestować naszą gotowość w „masywny sposób”? Gdyby okazało się wtedy, że mamy np. dziurawą obronę powietrzną, bo przecież jej podatność już kilkadziesiąt razy od 2022 r. została sprawdzona przez Rosję, czy pani minister poda się do dymisji, czy dalej będzie brnęła w narracji o „absolutnej gotowości”?
Sabotaż na zlecenie Kremla floty cienia?
Mniej więcej w tym samym czasie szef MSZ Radosław Sikorski pytany po konferencji związanej z 35. rocznicą Trójkąta Weimarskiego o powody wezwania ambasadora Rosji Gieorgija Michno wskazał na wątek dotyczący floty cienia, która jest odpowiedzialna za transport rosyjskiej ropy przez Bałtyk. Słusznie nazwał ją „flotą złomu”, wskazując na zły stan techniczny tankowców wykorzystywanych do omijania sankcji. Dodał, że „dobrych kilkanaście statków zostało już objętych kontrolą w postaci abordażu (…) i sprawdzenia wszystkiego”. Zwrócił uwagę, że te statki zrzucają kotwice i niszczą kable, światłowody. Sugerował też, że stoją za tym rosyjskie władze.
Czytaj więcej
Ambasador Federacji Rosyjskiej Gieorgij Michno został wezwany do Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Powodem jego wezwania jest - jak informuje rzecz...
Tyle że wystarczy prosta analiza jawnych informacji, a przecież minister Sikorski otrzymuje też materiały niejawne agencji wywiadowczych, aby stwierdzić, że nie ma dowodów, aby jednoznacznie wskazać na intencjonalne działanie w tym zakresie kapitanów statków floty cienia i na sabotaż na zlecenie Kremla. Bardziej zaś z wypadkami lub niedbalstwem związanym ze stanem technicznym statków. Dlatego pierwotnie zatrzymane jednostki morskie były zwalniane z aresztu.
Oczywiście analitycy wskazywali na możliwe działania hybrydowe Rosji na Bałtyku. Tyle że były one oparte na spekulacjach. „Washington Post” już w styczniu 2025 r., powołując się na amerykańskie i europejskie służby wywiadowcze wskazywał raczej na wypadki spowodowane niedoświadczonymi załogami i kiepskim stanem technicznym jednostek, a nie inspirację Moskwy. Fiński wywiad Supo w jawnym raporcie z 2026 r. nie pokazał dowodów celowych działań Rosji i przypominał, że zniszczenia infrastruktury przez ciągnięte przez statki kotwice występowały wcześniej. Tyle że wówczas nie skupiała się na tych przypadkach uwaga mediów.
Fakty są i takie, że przy tej okazji mało skuteczna okazała się jurysdykcja dotycząca wód międzynarodowych. W efekcie żaden sąd nie wydał prawomocnego wyroku skazującego za celowy sabotaż floty cienia. Nie oznacza to, że Polska powinna nadal prowadzić działania prewencyjne np. w ramach operacji morskiej Baltic Sentry, a analitycy powinni wskazywać zagrożenia. Ale nie zwalnia to polityków od rzetelnego formułowania przekazu, który wyklucza półprawdy.
Wiemy, że rosyjscy politycy na każdym kroku kłamią. Można wręcz założyć, że to jest ich immanentna cecha, ale nie musi oznaczać, że my idziemy ścieżką, którą oni wytyczają. Tymczasem można odnieść wrażenie, że niektórzy polscy politycy osłabiają swoją wiarygodność przypisując wszystkie „grzechy świata” Rosji na wyrost i tracą z pola widzenia rzeczywisty cel Kremla – eskalowanie strachem. Czy zatem nieświadomie grają w orkiestrze Moskwy?
W polityce międzynarodowej kluczowy powinien być chłodny umysł, ostrożność w wypowiadanych słowach, a nie granie na emocjach, co dzisiaj robi Putin. Bo wydaje się, że to nie ma nic wspólnego z budowaniem odporności społeczeństwa, wręcz przeciwnie – bezsensowne napinanie mięśni potęguje strach, demobilizuje.