Reklama

Irena Lasota Nie dać z Dudy zrobić Orbána

Celem „Gazety Wyborczej" jest wywoływanie poczucia zagrożenia i prawie wojny domowej – pisze publicystka „Rzeczpospolitej".

Aktualizacja: 30.05.2015 01:15 Publikacja: 28.05.2015 22:03

Irena Lasota

Irena Lasota

Foto: Fotorzepa, Darek Golik

Polska chce wiedzieć, co świat powiedział o wyborach prezydenckich. A na razie powiedział niewiele. Należy jednak uważać i nie dopuścić do tego, by przeciwnicy Andrzeja Dudy zmobilizowali opinię publiczną, zwłaszcza europejską, tak jak to się stało po tym, gdy Viktor Orbán został premierem Węgier w 2010 roku.

Hasło do ataku rzucił już naczelny redaktor „Gazety Wyborczej", wygłaszając orędzie do narodu, w którym oznajmił, że wybór Dudy to „aksamitna droga do dyktatury". Oczywiście można (a nawet trzeba) śmiać się z Adama Michnika, ale należy też być bardzo czujnym. Podoba nam się to czy nie, ale redaktor ma w wielu krajach fanów, którzy tłumaczą jego mądrości na wiele języków, i niewielu jest, niestety, tak szeroko cytowanych polskich autorów.

W USA cisza

Druga tura wyborów w Polsce nie odbiła się głośnym echem na świecie. Poniedziałek 25 maja był jednym z najważniejszych świąt w Stanach Zjednoczonych: Memorial Day, Dniem Pamięci, ustanowionym ku czci poległych w wojnach, a dokładniej: na polu chwały, czyli ku czci tych, którzy zginęli, służąc w wojsku. Dzień Pamięci powstał z połączenia dwóch różnych dat ustanowionych przez Północ i Południe, by czcić swoich poległych w wojnie domowej (1861–1865), i jest dniem, w którym bez żadnej pompy Amerykanie demonstrują swój patriotyzm. Pojawiają się amerykańskie flagi na domach, wiele osób idzie na cmentarze i pod pomniki, by złożyć kwiaty. Prezydent Barack Obama i pracownicy Departamentu Stanu nie mieli specjalnego powodu, by się zebrać i omówić wybory w Polsce.

W Wielkiej Brytanii też był to dzień wolny od pracy, tak zwany Bank Holiday, więc David Cameron cieszył się chyba z wyboru Andrzeja Dudy w gronie rodziny i przyjaciół.

W części Azji również było święto: urodziny Buddy (nie ma zgody co do dokładnej daty jego urodzin ponad 2500 lat temu), ale tam nawet wybór pani Magdaleny Ogórek nie wzbudziłby podniecenia.

Reklama
Reklama

Ze zdumieniem przeczytałam w polskiej prasie, że zwycięstwo Andrzeja Dudy wzbudziło zaniepokojenie w Europie i w Stanach Zjednoczonych. Sprawdziłam gazety anglo- i francuskojęzyczne: żadnego zaniepokojenia nie widać. Oczywiście o tym zaniepokojeniu piszą w Polsce te same źródła, które próbowały wzniecić lęk i niezdrową ekscytację w niej samej.

Część tych nieszczęśników, zwanych dziennikarzami reżimowymi, już tarza się po ziemi, liżąc rękę nowego pana, jeszcze zanim nim został, ale nie wszyscy. Najgorzej ma „Gazeta Wyborcza". Pracują tam przede wszystkim młodzi ludzie (elektorat Dudy), lecz rządzi nimi stetryczałe pokolenie (moi rówieśnicy), z którego poniektórzy kiedyś zawzięcie studiowali marksizm i jego odchylenia, więc nie zdziwią się, że nazwę ich uczniami Edwarda Bernsteina, jednego z pierwszych rewizjonistów głoszących, że ruch jest wszystkim, a cel niczym. Cel „GW" w ostatnich latach nie jest zbyt jasny, poza tym, by wywoływać poczucie zagrożenia, podniecenia i prawie wojny domowej. Ruch, walka, zwycięstwo, klęska. Ciekawe, jak się czują młodzi, wykształceni po europejsku dziennikarze „Wyborczej" – nie ci prominentni, którym jad sączy się ze wszystkich porów i którzy kiszą się we własnym sosie, ale ci, którzy jeżdżą do pracy tramwajem, nie są na ty z celebrytami i nie spędzają urlopu na wyspie Bali. Co oni dziś myślą o przywołanej przez Michnika kilka miesięcy temu niepełnosprawnej zakonnicy w ciąży, którą miałby przejechać na pasach Komorowski? Czy żałują, że nikt jej nie przejechał, czy też żałują, że redaktor nie podał się do dymisji lub co najmniej zamilkł na jakiś czas ze wstydu? Czy będą teraz judzić i straszyć, że jesteśmy na drodze do aksamitnej dyktatury, jak zapowiedział szef „GW", czy też ktoś z nich ośmieli się zacytować pierwszego sekretarza polskiego Komsomołu Mariana Renkego, który w marcu 1968 roku oświadczył: „Demokracja tak, ale nie dla naszych przeciwników politycznych!"?

Faszyzm nie przejdzie

Przykład Węgier jest pouczający. Jeszcze zanim Viktor Orbán zaczął wdrażać reformy, został okrzyczany populistą, nacjonalistą, komunistycznym antykomunistą i dyktatorem. Tak zwana lewica liberalna (dużo przyjaciół Michnika) zmobilizowała europejską opinię publiczną, organizacje praw człowieka, organizacje dziennikarskie i komisje europejskie pod hasłem „No pasaran!" – faszyzm nie przejdzie. Nie zmieniło to polityki na Węgrzech, gdzie partia Orbána wygrała po raz drugi wybory w 2014 roku, ale co nasmrodzono, to nasmrodzono.

Publicystyka
Estera Flieger: Emmanuel Macron w trybie kocura
Publicystyka
Marek A. Cichocki: Histeria końca wszystkiego
Publicystyka
Estera Flieger: Wagary od płynnej nowoczesności
Publicystyka
Jacek Czaputowicz: Małe exposé prezydenta Nawrockiego
Publicystyka
Zuzanna Dąbrowska: Edukacja zdrowotna bez seksu i bez sensu
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama