Reklama

Polska przegrała w Strasburgu

Cena, jaką nasz kraj zapłaci w Unii Europejskiej za konflikt wokół Trybunału Konstytucyjnego, jest kolosalna. Dopiero teraz zaczniemy to odczuwać.

Aktualizacja: 22.01.2016 19:01 Publikacja: 21.01.2016 18:31

Polska przegrała w Strasburgu

Foto: AFP

W Strasburgu narodził się nowy lider europejski: Beata Szydło – obwieścił po wtorkowej debacie w europarlamencie szef naszej dyplomacji Witold Waszczykowski. O tym miałyby świadczyć opanowanie pani premier, czasem celne odpowiedzi, poparcie niektórych eurodeputowanych. Zwolennicy rządu w czwartek wskazywali na kolejny sukces Polski: spór poszczególnych klubów europarlamentu, które nie są w stanie uzgodnić wspólnej rezolucji o stanie demokracji w Polsce.

To wszystko jednak albo zaklinanie rzeczywistości, albo nieznajomość zasad, na jakich działa Unia Europejska.

W historii integracji tylko kilka razy podano w wątpliwość przestrzeganie zasad działania demokracji i państwa prawa. Taki przykry epizod zdarzył się Austrii w 2000 roku, gdy do rządu weszła skrajnie prawicowa Partia Wolnościowa Jorga Haidera; Włochom w kolejnych latach, gdy premier Silvio Berlusconi przejął kontrolę nad przytłaczającą większością mediów; Rumunii i Bułgarii, gdy po przyjęciu do Unii stale miały problem z powszechną korupcja, i wreszcie Węgrom, gdy w ostatnich latach Viktor Orbán zaczął dogłębnie reformować system działania państwa.

W każdym z tych przypadków formalna reakcja Brukseli była inna, po części z powodu ewolucji prawa europejskiego, po części z odmiennego charakteru problemów wspomnianych państw, ale także zależnie od znaczenia kraju poddanego sankcjom.

Ale wszystkie te epizody miały wspólny mianownik: dramatyczne załamanie wpływów danego państwa do czasu oczyszczenia przez nie wizerunku.

Reklama
Reklama

Nie ma wątpliwości, że tak samo będzie z Polską niezależnie od przebiegu debaty w Parlamencie Europejskim czy wyniku procedury kontrolnej podjętej przez Komisję Europejską.

W niedawnym wywiadzie dla „Rz" Jarosław Kaczyński sugerował, że Polska nie musi obawiać się sankcji ze strony Brukseli, bo wymagają one jednomyślności, a tej nie będzie. Prezes PiS miał zapewne na myśli veto przynajmniej jednego kraju: Węgier.

Jednak aby podstawowe interesy naszego kraju zostały w Brukseli uwzględnione, potrzebujemy sojuszników innego kalibru: przede wszystkim Niemiec i Francji, ale także Hiszpanii, Holandii czy Włoch. To tylko z ich poparciem uda się zbudować w Radzie UE kwalifikowaną większość głosów potrzebną do przyjęcia europejskiego prawa poza nielicznymi wyjątkami, gdzie wymagana jest jednomyślność.

Tylko w nadchodzących miesiącach będą w unijnej centrali zapadać fundamentalne dla Polski decyzje, w tym w sprawie rewizji zasad wydawania funduszy strukturalnych, przyjęcia dyrektyw o ograniczeniu emisji CO2, rozwiązania kryzysu uchodźców, stosunków z Rosją, budowy nowego gazociągu pod Bałtykiem, zawarcia umowy o wolnym handlu z USA. Dopiero uwzględnienie przynajmniej w niektórych z tych przypadków interesów naszego kraju można by uznać za realny sukces Polski. Ale czy rządowi zajętemu udowadnianiem, że w ogóle nadaje się do Unii, wystarczy na to politycznego kapitału? Można mieć co do tego wątpliwości.

Publicystyka
Marek A. Cichocki: Histeria końca wszystkiego
Publicystyka
Estera Flieger: Wagary od płynnej nowoczesności
Publicystyka
Jacek Czaputowicz: Małe exposé prezydenta Nawrockiego
Publicystyka
Zuzanna Dąbrowska: Edukacja zdrowotna bez seksu i bez sensu
Publicystyka
Marek A. Cichocki: Niemcy w sprawie Grenlandii rozgrywają własne interesy kosztem Polski
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama