"Rzeczpospolita": W jakim kierunki zmierza polska gospodarka?

Jerzy Hausner: Jeżeli popatrzymy na jej koniunkturalną stronę, to sytuacja wygląda w miarę korzystnie. Mamy przyzwoite tempo wzrostu PKB, bo wzrost powyżej 3,5 proc. jest przyzwoity zarówno w porównaniu z innymi krajami UE, jak i naszym potencjałem. Właśnie to, że rozwijamy się w tempie zbliżonym do potencjalnego, a więc bez nierównowag makroekonomicznych, powoduje, że gospodarka kręci się bezpiecznie. Obecnie nie ma konieczności jej schładzania, ale też nie ma powodu, by ją pobudzać fiskalnie.

Ale pojawiają się na horyzoncie czarne chmury...

Tak, i nie mówię o niepewności, zakłóceniach i turbulencjach, bo polska gospodarka od 2009 r. rozwija się w trudnych warunkach. Pojawiają się nowe źródła zagrożeń, które będą miały znaczenie i w najbliższej, i w dalszej perspektywie.

Jakie?

Zwróciłbym uwagę przede wszystkim na zjawiska o charakterze globalnym. Po 2008 r., gdy kraje rozwinięte wpadły w recesję, rolę lokomotyw wzrostu globalnego produktu i obrotów handlowych przejęły gospodarki wschodzące, tzw. emerging markets. Nam pozwoliło to np. na pewną dywersyfikację w handlu zagranicznym. Jednak gospodarki wschodzące, zwłaszcza Chiny, Brazylia i Rosja, dostały zadyszki.

W Brazylii i Rosji mamy recesję.

A Chiny tracą dynamikę i rosną obawy o tzw. twarde lądowanie tej gospodarki. Jeszcze kilka miesięcy temu sądzono, że sytuacja na rynkach wschodzących nie jest tak wielkim zagrożeniem, bo wigor odzyskują gospodarki rozwinięte. Teraz jednak wszyscy zaczynają być bardzo pesymistyczni. Poważne instytucje obniżają prognozy wzrostu dla silnych gospodarek europejskich, a bieżące dane gospodarcze z USA okazują się coraz gorsze. Możliwe więc, że jesteśmy u progu kolejnej odsłony globalnego kryzysu, a poważne problemy będą miały i gospodarki wschodzące, i te rozwinięte. W sumie globalne obroty handlowe mogą się zmniejszyć, co dla nas oznaczać będzie trudności z utrzymaniem wysokiej dynamiki eksportu.

Słaby wzrost gospodarki światowej przekłada się na niechęć inwestorów do ryzykownych przedsięwzięć, w tym także w Polsce?

To druga strona medalu, na którą trzeba zwracać uwagę. Dziś kapitał zmienił kierunek przepływu – odpływa z rynków wschodzących głównie do Stanów Zjednoczonych, gdzie stymulatorem są zmiany polityki pieniężnej. Problem w tym, że z punktu widzenia rynków finansowych Polska jest w tym samym koszyku co gospodarki wschodzące. Chcąc nie chcąc, ponosimy konsekwencje globalnych zmian.

Czy to jest przyczyną trwającego od kilku miesięcy osłabiania się naszej waluty?

Złoty tanieje nie tylko z tego powodu. Dobrze to pokazują inne waluty z naszego regionu – od połowy roku złoty osłabia się szybciej niż węgierski forint, nie mówiąc o czeskiej koronie. Oznacza to, że o ile Czechy zaczynają być uważane za gospodarkę rozwiniętą, o tyle Polska jest traktowana dziś gorzej niż Węgry. U inwestorów straciliśmy opinię dobrej, dynamicznej gospodarki, zyskujemy opinię gospodarki niepewnej, obarczonej dodatkowym ryzykiem.

Mówi pan o efektach naszej polityki wewnętrznej, a mówiąc wprost: o działaniach nowego rządu?

Uważam, że inwestorzy zagraniczni biorą pod uwagę trzy kwestie, które zostały dobrze wypunktowane w uzasadnieniu decyzji agencji S&P o obniżeniu naszego krajowego ratingu. Po pierwsze, mamy w Polsce ryzyko polityczne. Zaufanie do obecnej władzy jest mniejsze niż do poprzedniej, ponieważ nie jest pewne, jaką politykę będzie ona prowadzić, a w szczególności, czy utrzyma Polskę na kursie otwartości gospodarczej i integracji europejskiej.

Po drugie, mamy ryzyko prawno-systemowe, bo zmiany, które władza wprowadza, nawet jeśli nie dotykają bezpośrednio gospodarki, powodują wzrost niepewności. Jeżeli nie ma bezpiecznika w postaci Trybunału Konstytucyjnego, przekłada się to na ryzyko dla inwestorów.

W końcu mamy namacalne ryzyko ekonomiczne, które wprost wiąże się z działaniami rządu w obszarze polityki fiskalnej.

Już nie tylko agencje ratingowe obawiają się negatywnych efektów w polityce fiskalnej. Komisja Europejska właśnie ogłosiła, że jej zdaniem w 2017 r. nasz deficyt finansów publicznych wzrośnie do 3,4 proc. PKB, a więc powyżej limitu wyznaczonego przez Brukselę.

Też uważam, że istnieje duże ryzyko, iż polityka rządu doprowadzi do zwiększenia deficytu i w konsekwencji wzrostu zadłużenia. To poważne zagrożenie dla naszej gospodarki, problem już nie tyle koniunkturalny, ile strukturalny. Można założyć, że budżet na 2016 r. jakoś się zepnie, choć są pewne rzeczy niepewne – np. nie wiemy, jakie kwoty wpłyną z podatków lub czy dynamika PKB i inflacji będzie tak wysoka, jak założono. Ważniejsze jest jednak to, że już w tym budżecie gwałtownie rośnie strukturalny deficyt pierwotny.

Co to oznacza?

To wynik budżetu bez uwzględniania kosztów obsługi długu i jednorazowych wpływów, takich jak zysk NBP czy – jak w 2016 r. – wpływy z aukcji na częstotliwości mobilnego internetu (LTE). W planie na 2016 r. ten strukturalny deficyt jest znacznie wyższy niż w ostatnich latach i to w sytuacji, gdy mamy relatywnie wysokie tempo wzrostu gospodarczego. Tymczasem gdy PKB rośnie w tempie zbliżonym do potencjalnego, powinniśmy mieć nadwyżkę pierwotną, by zmniejszać zadłużenie i zapewnić sobie bezpieczeństwo finansów publicznych.

Ludziom trudno zrozumieć, dlaczego mamy oszczędzać akurat wtedy, gdy jest w miarę dobrze.

Lepszego czasu nie ma. Bo co się dzieje w Polsce, gdy następuje spowolnienie gospodarcze? I to spowolnienie, a nie recesja – wystarczy, by dynamika PKB obniżyła, jak po 2008 r., do 1,5 proc. Otóż powoduje to, że dług natychmiast szybuje w górę o dodatkowe ok. 10 pkt proc. w stosunku do PKB. A to oznacza, że przy następnym spowolnieniu, które wcześniej czy później nastąpi, możemy wpaść w pułapkę zadłużenia. Bo w Polsce dług ciągle rośnie i nikt nie przeprowadził do końca reformy finansów publicznych.

Nowy rząd też raczej się nie śpieszy, by to naprawić?

Nie, polityka fiskalna zaczyna być obecnie ekspansywna, co w przypadku wolniejszego wzrostu może wpędzić nas w poważne kłopoty. Poluzowanie polityki oznacza, że wydajemy jeszcze więcej bez pokrycia wydatków w stałych przychodach. W 2016 r. koszty programu 500+ pokryją głównie dochody jednorazowe. A co dalej?

Rząd odpowiada, że z uszczelnienia systemu podatkowego uzyska w 2017 r. 12–17 mld zł.

Ale to tylko plan. Nie wiemy, czy się uda. Wysoka i trwała poprawa ściągalności podatków jest bardzo trudna. Po drugiej stronie, tej wydatkowej, mamy zobowiązania twarde, sztywne, zapisane ustawowo, z których bardzo trudno będzie się wycofać. W sumie, jeśli zostaną spełnione obietnice złożone w kampanii wyborczej oraz w exposé, to w 2017 r. nowe zobowiązania mogą sięgnąć 50 mld zł. Nie wiem, skąd rząd weźmie tyle pieniędzy.

Dlaczego 50 mld zł? Koszty dodatków na dzieci to w przyszłym roku ok. 23 mld zł.

Mamy także dwie inne bardzo kosztowne obietnice – podwyżkę kwoty wolnej i obniżenie wieku emerytalnego. Pomyślmy i o następnych latach. Przecież te nowe zobowiązania wydatkowe lub uszczuplające dochody mają być trwałe. A co jeśli dzięki programowi 500+ będzie się rodziło więcej dzieci? To uruchamia kulę śniegową, do której trzeba będzie dokładać coraz więcej.

Dodatki dla dzieci mają przyspieszyć tempo wzrostu gospodarczego.

Jeżeli będziemy mieć wyższy wzrost gospodarczy pobudzony w ten sposób, czyli niewynikający z wzrostu produktywności, ale z pobudzenia konsumpcji, to natychmiast zacznie się nam łamać równowaga makroekonomiczna, którą dzisiaj mamy. Wzrost pobudzony deficytem i zadłużeniem nie może być trwały.

Rząd chce też pobudzać wzrost innymi środkami. Wicepremier Mateusz Morawiecki mówi o wzroście inwestycji i innowacji.

Oczywiście takie myślenie jest rozsądne. Jego zręby widzę w deklaracjach i zapowiedziach premiera Morawieckiego. Zwiększenie inwestycji krajowych, wzrost oszczędności, jeśli doprowadzą do wzrostu produktywności – to scenariusz pożądany. W konsekwencji nasz produkt potencjalny będzie wyższy. Wtedy przyspieszenie tempa wzrostu gospodarczego jest uzasadnione i bezpieczne.

Na razie jednak mamy problemy w gospodarce globalnej, systematycznie obniżają się krajowe wskaźniki koniunktury, inwestycje rosną coraz wolniej, mimo że przedsiębiorstwa mają dobre wyniki i banki nie zaczęły jeszcze wprowadzać ograniczeń w kredytowaniu. To wszystko w mojej ocenie pokazuje, jak rosną źródła napięć wewnętrznych.

Morawieckiemu się powiedzie?

Kibicuję mu, szanuję jego pracę, bo sam ją kiedyś wykonywałem, i szczerze życzę powodzenia. To, co proponuje, jest dobre. Tylko baczmy, by przy okazji wspierania inwestycji te publiczne nie wyparły tych prywatnych. Niech ostrzeżeniem będzie to, co zrobiliśmy przy okazji budowy autostrad. Mając największy w Europie udział wydatków na inwestycje publiczne w relacji do PKB, położyliśmy budownictwo w Polsce. Jak zauważył sam Mateusz Morawiecki, w Hiszpanii w oparciu o program budowy autostrad powstały trzy wielkie firmy budowlane, które stały się globalne, w Polsce trzy największe upadły.

Twierdzi pan, że potrzebna jest naprawa finansów publicznych. Czy zapowiadane uszczelnienie podatków jest naprawą?

Nie do końca. Choć lepsza ściągalność podatków jest potrzebna – i oby się udała – nie rozwiąże problemu bez racjonalizacji i ograniczenia części wydatków publicznych. Marek Belka mówi często, że bezpieczny poziom zadłużenia to 40 proc. długu w relacji do PKB. Taki poziom pozwala przy dekoniunkturze zwiększać wydatki. Daje istotne pole manewru i makroekonomiczną rezerwę na złe czasy. Ale taką rezerwę można uzyskać, trzymając w ryzach wydatki w okresie relatywnie wysokiego wzrostu. A obecnie rząd chce fiskalnie pobudzać gospodarkę i zmierza na razie w odwrotnym kierunku. Pamiętajmy, że to przede wszystkim państwo jest źródłem zakłóceń i słabości gospodarki. Bo nie tylko nie podejmuje działań naprawczych, ale też często pogłębia problemy strukturalne. Chociażby przez próbę biurokratycznego narzucenia innowacyjności przedsiębiorstwom, czego skutki okazały się dokładnie odwrotne do zamierzeń.

Program 500+ dużo kosztuje, ale może jest potrzebny z punktu widzenia problemów demograficznych.

Demografia była i jest dla nas wielkim wyzwaniem. Nikt nie może być pewien, że sam bodziec fiskalny da efekt w postaci wzrostu dzietności. A nawet jeśli, to może przynieść również złe skutki uboczne. Chociażby obniżyć aktywność zawodową kobiet. W przypadku narastającej luki demograficznej powinniśmy dążyć do tego, aby jak najwięcej ludzi było aktywnych zawodowo, zwłaszcza kobiet. Chodzi o to, aby rodziny utrzymywały się z bezpiecznej i trwałej pracy, a nie ze świadczeń socjalnych.

Ale gdyby podniosła się dzietność, to skutki uboczne można zaakceptować?

Wiele osób się zastanawia, czy nie można tego osiągnąć innymi środkami, które nie rodzą takich napięć społeczno-ekonomicznych, jakie niesie ten program. Trzeba rozwiązać przede wszystkim problem opieki nad dziećmi – żłobków czy przedszkoli. Do tego dochodzi problem aspiracji zawodowych kobiet czy kulturowej nierównowagi w zakresie odpowiedzialności obojga rodziców za wychowanie dzieci i funkcjonowanie gospodarstwa domowego.

Ale badania pokazują, że ludzie oczekują od państwa zapewnienia im bezpieczeństwa ekonomicznego.

No tak, ale 500 zł takiego bezpieczeństwa nie zapewnia. Poczucie niepewności rodzi się z różnych źródeł. Weźmy przykład umów o pracę na podstawie kodeksu cywilnego, a nie kodeksu pracy. Jestem zwolennikiem elastycznych form zatrudnienia, ale skala ich wykorzystania, jako sposobu ucieczki od ZUS, przekroczyła masę krytyczną. Przecież to nie jest normalna sytuacja, gdy niemalże każdy w firmie budowlanej jest przedsiębiorcą budowlanym, a nie pracownikiem. To zresztą jedna z pochodnych fatalnie prowadzonego programu budowy autostrad. Uważam, że powinniśmy wrócić do dyskusji, jakiego kodeksu pracy potrzebujemy. Co zrobić, żeby mieć elastyczne formy zatrudnienia, a jednocześnie, aby nie były one hurtowo i mechanicznie stosowane. Inaczej niż w Skandynawii – nam z „flexicurity" [połączenie elastyczności z bezpieczeństwem – red.] wychodzi tylko flexi, a security kuleje.

Czy podatki bankowy i sklepowy, które są wprowadzane, by pokryć koszty 500+, nie zaszkodzą gospodarce?

Podatek bankowy wprowadzany jest w sytuacji, gdy na banki spadają bardzo różne ciosy – na przykład ryzyko przymusowego przewalutowania kredytów hipotecznych. Zresztą i bez tego kredyty walutowe są ryzykiem i dla kredytobiorców, i dla banków. Słabnący złoty jeszcze pogarsza sytuację. Do tego banki muszą ponosić dodatkowe koszty wprowadzania wyższych norm bezpieczeństwa (wynikających głównie z norm europejskich) i są obciążane kosztami problemów SKOK i banków spółdzielczych. To powoduje, że podatek bankowy w takich warunkach może być szokiem dla tych instytucji.

A sklepowy?

Tu jest jeszcze gorzej, bo odnoszę wrażenie niezwykle chaotycznego działania. Jakby uznano, że kurę znoszącą złote jajka, jaką się widzi w zagranicznych hipermarketach, trzeba natychmiast oskubać, ale po drodze zaczęto się potykać o dziesiątki różnego rodzaju ograniczeń. A na koniec podatek i tak nie przyniesie oczekiwanych efektów, zostanie zredukowany do symbolicznej formy, tak jak na Węgrzech.

A co pan by zrobił?

Swoje propozycje zgłosiłem kilkanaście lat temu w postaci konstrukcji systemu podatkowego – 19 proc. podatku od dochodów osobistych z kwotą wolną przypisaną na osobę w gospodarstwie domowym. To spełniłoby funkcję fiskalną i pomagałoby rodzinie. Można więc problem wsparcia rodzin rozwiązać tak, by system nie był skomplikowany i by nie trzeba było zatrudniać masy urzędników do wypłacania pieniędzy.

A pomysły PiS na system emerytalny?

Zmiany, które nastąpiły za poprzedniego rządu, czynią system emerytalny ewidentnie niewydolnym. Demografia plus demontaż OFE powodują, że system jest niewypłacalny i skazany na zapaść. Tylko ślepy może tego nie widzieć. Jedyne obecnie dostępne rozwiązanie, do którego wcześniej czy później dojdzie, to silny dobrowolny filar kapitałowy, czyli dodatkowe dobrowolne prywatne oszczędzanie, ale kontrolowane i ubezpieczane przez państwo. I tu potrzebny jest system rozsądnych zachęt. W tej chwili zapowiadane obniżenie wieku emerytalnego to byłby krok wstecz.

Powiedział pan, że jednym z grzechów głównych państwa jest brak wyobraźni strategicznej i suwerennej myśli rozwojowej. Uważa pan, że PiS też nie ma takiej wizji?

Nie mylmy wizji ze strategią. Nie chodzi o to, by ktoś uruchomił wyobraźnię i wołał: „Polskę naszą widzę mocarną, od morza do morza". Między tym, co jest wyobrażone, a tym, co ma być celem, jest jeszcze ścieżka dojścia, mapa pokazująca, co trzeba zrobić krok po kroku. Pytam więc – zresztą nie tylko ja – gdzie jest program gospodarczy tego rządu, gdzie jest dokument z podbudową analityczną i koncepcją, do którego można byłoby się odnieść? Zapowiedzi są, i dobrze, ale czekamy na program.

Ale rząd widzi słabości strukturalne naszej gospodarki i chce je rozwiązywać – np. niski poziom oszczędności, inwestycji, innowacji, wynagrodzeń, płac...

Problem polega na tym, by dokonywać takich zmian, które niwelują, a nie pogłębiają nasze słabości. Na razie to, co robi nowa władza, to zawłaszczanie państwa, podbój wrogiego terytorium. W ogłoszonym w grudniu raporcie „Osiem grzechów głównych Rzeczypospolitej", który został przygotowany przez zespól złożony z niezależnych ekspertów o różnych poglądach politycznych, pokazujemy 18 cech dobrego państwa. Niestety, tzw. dobra zmiana niemalże z wszystkimi z nich jest na kursie kolizyjnym. Tym samym nie jest to zmiana na lepsze.

To jak pan widzi naszą przyszłość?

Mimo wszystko jestem optymistą, może dlatego, że mam tak genetycznie. Zawsze się staram, nie poddaję się, przecież mam w sercu „Jeszcze Polska nie zginęła".

Jerzy Hausner, ekonomista, polityk, wykładowca uniwersytecki. Piastował stanowiska ministra oraz wicepremiera w rządach Leszka Millera i Marka Belki, w latach 2010–2016 był członkiem Rady Polityki Pieniężnej, obecnie jest kierownikiem Katedry Gospodarki i Administracji Publicznej Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie