Spór z Niemcami o wysyłanie czołgów ukraińskiej armii unaocznił niesprawność sojuszu. Poszczególne kraje europejskie same decydują, czym chcą wesprzeć Ukrainę, bez udziału NATO. „Ramstein”, czyli grupa państw wspierających Ukrainę, ma z sojuszem tylko tyle wspólnego, że wszyscy jej członkowie są w NATO.

Ale zbiera się w amerykańskiej bazie wojennej (a nie, powiedzmy, w brukselskiej kwaterze sojuszu) i obsługiwana jest przez amerykańską armię. Wszystko dlatego, że najważniejsi (czyli najsilniejsi) członkowie NATO – Niemcy i Francja – od początku zachowują dystans wobec pomocy Ukrainie. Ostatni, gwałtowny spór o wysyłanie niemieckich czołgów jest tylko jednym z wielu tego przykładów.

Wszystko wskazuje na to, że Paryż i Berlin nie chcą być kojarzone ze zbyt dużymi dostawami broni, którą Ukraińcy będą walczyć z Rosjanami. Prawdopodobnie dlatego, że nadal liczą na szybkie zakończenie konfliktu. W ciągu roku wojny bezpośrednio zagrażającej bezpieczeństwu całego kontynentu oba te państwa nie zwiększyły wydatków zbrojeniowych. Pewnie w nadziei na szybki powrót do „bussines as usual”. Wtedy pieniądze przydadzą się na inwestycje w Rosji.

Czytaj więcej

Pęknięcie w NATO. Turcja blokuje rozszerzenie o Finlandię i Szwecję

Francja jest jeszcze w tej dobrej sytuacji, że znajduje się z dala od strefy wojny i w sumie niewiele ma do zaoferowania Kijowowi. Niemcy zaś znalazły się na cenzurowanym zarówno z powodu swej doskonałej produkcji zbrojeniowej, której nie chcą użyczyć znajdującemu się w potrzebie, potencjału gospodarczo-politycznego, jak i przede wszystkim położenia geograficznego. Wszyscy oczekiwali, że obejmą przywództwo w akcji pomocowej i będą liderem Europy. Nic takiego się nie stało, zagrożony kontynent został bez lidera.

Znów, tak jak podczas pierwszej i drugiej wojny światowej, z pomocą Europie musiały przyjść Stany Zjednoczone. W przeciwnym wypadku europejscy sojusznicy Waszyngtonu nie byliby w stanie podjąć żadnej wspólnej decyzji. Teraz zaś wszyscy posuwają się w amerykańskim farwaterze, zadowoleni, że ktoś decyduje za nich, zdejmując z nich ciężar odpowiedzialności.

Tyle że bezpośrednie amerykańskie wsparcie Ukrainy osłabiło NATO, które znalazło się na uboczu głównych wydarzeń. W dodatku zablokowane jeszcze z powodu sporu z Turcją, już nie politycznego (jak w przypadku Francji i Niemiec), lecz cywilizacyjnego. Znacznie głębszego i dlatego groźniejszego dla sojuszniczej jedności.

Osobną sprawą jest, że postawa Paryża i Berlina wobec tej wojny ostatecznie chyba kładzie kres pomysłowi utworzenia własnej, europejskiej siły zbrojnej. Nikt przecież – a już szczególnie w naszej części kontynentu – po obecnych doświadczeniach nie zgodzi się na wojskową dominację francusko-niemiecką.