Jesteśmy coraz bardziej zadłużeni. System opieki społecznej stopniowo upada, pomimo zastrzyków finansowych w postaci 500+ czy podwyższonych emerytur. Inflacja szaleje, a jak nadciągnie zapowiadany kryzys gospodarczy, to i bezrobocie wzrośnie. Nie mówię już o postępującej degradacji środowiska naturalnego, przekraczającej próg odwracalności.

Co mają wszystkie te zjawiska wspólnego? Uderzają one głównie w tych, którzy nie mają prawa głosu. Nie mam na myśli migrantów, ale tych, którzy są za młodzi, by wrzucić głos do skrzynki wyborczej, oraz tych, którzy jeszcze nie przyszli na świat. To oni będą musieli spłacić długi, odbudować zrujnowaną publiczną służbę zdrowia i żyć w zabójczym smogu. Możecie powiedzieć, że wojna nie pozwala nam skupić uwagi na wspomnianych problemach. Jednak dług, smog i zaniedbany szpital są zjawiskiem powszednim od dłuższego czasu. Wojna tylko sytuację pogarsza.

Winą za narastające problemy obarczamy partie i polityków, którzy obiecują gruszki na wierzbie. Retoryka polityczna jest pełna troski o przyszłe pokolenia, lecz praktyka polityczna wynagradza obecnych, a nie przyszłych wyborców. To wynika nie tyle ze złej woli polityków, ile z zasad demokracji. Oczywiście, politycy chętnie rzucają pieniądze do kieszeni swoich lojalnych wyborców, czego PiS jest najlepszym przykładem. Nawet jednak, gdy politycy chcą coś zrobić dla przyszłych pokoleń, to uginają się pod naciskiem problemów bieżących, by spełnić oczekiwania elektoratu. Jak wydać pieniądze na uzdrowienie służby zdrowia, gdy jest presja biednych emerytów, ukraińskich uchodźców czy rosyjskich czołgów? W demokracji o priorytetach politycznych i budżetowych decydują ci, co wrzucają kartkę do urn, a nie ci, co dopiero mają się urodzić. Ironia losu w Polsce polega na tym, że prawa nienarodzonych mają orędowników w kwestiach aborcji, lecz nie w innych obszarach życia społecznego. Jak już się dziecko urodzi, to musi sobie samo w tym zrujnowanym przez nas świecie radzić.

Polityka broniąca praw i interesów przyszłych pokoleń jest również ofiarą cykli wyborczych. Perspektywa każdego rządu jest od wyborów do wyborów, czyli nie dłuższa niż cztery lata. Przejście na zieloną energię, wyjście z długów czy wzmocnienie sektora publicznego wymaga dekad, a politykom spędza sen z oczu spadek 2 punktów w sondażu.

Jeśli chcemy uzdrowić przedstawioną sytuację, to musimy nie tylko zmienić rząd, lecz również zreformować demokrację. Czy ktoś ma jakiś pomysł?

Autor jest profesorem na uniwersytetach w Wenecji i Oksfordzie