Rosyjska agresja de facto trwa niezależnie od tego, czy rosyjskie czołgi przekroczą granicę Ukrainy, czy nie. Ukraina już poniosła ogromne straty związane z szantażem Putina a cyberataki na ukraińskie instytucje już się zaczęły. To jest akt wojny. Putin zaszantażował nie tylko Ukrainę ale cały świat. Prowadzi wyrafinowaną i brutalna grę, która często wymyka się naszej logice.

Rosyjska dyplomacja doskonale analizuje słabe punkty, emocje, interesy i potrzeby graczy na Zachodzie. Umiejętnie wyzwala strach, wywołuje wątpliwości, powoduje, że wielu ludzi - z innego, wydawałoby, się kręgu kulturowego - daje się jej wodzić za nos.

Igor Janke

Autor jest twórcą podcastu Układ Otwarty i szefem Szkoły Przywództwa Instytutu Wolności

Celem Putina jest odbudowa, choćby propagandowa dawnego imperium i rozbicie zachodniego systemu bezpieczeństwa. Chce osłabić sojusze i rozbić jedność zachodniego świata – głównego wroga Rosji, świata, który doprowadził niegdyś do zburzenia żelaznej kurtyny i rozszerzenia sfery wolności, wolnej od wpływu Moskwy.

Rosyjski przywódca wybrał, zdawałoby się, znakomity moment. Ameryka pod rządami niezbyt pewnego siebie prezydenta, zajęta wewnętrznymi wojnami kulturowymi, poirytowana Europą i skupiona coraz bardziej na konflikcie z Chinami. Europa liżąca rany po pandemii, wewnętrznie targana sprzecznymi interesami, z nowym rządem niemieckim i przed wyborami we Francji, majacząca o strategicznej autonomii, ale niezdolna do samodzielnego działania w kwestii bezpieczeństwa.

Okazało się jednak, że nie jest jeszcze tak źle, jak Putinowi i chyba nam wszystkim się wydawało. Świat zachodni odpowiedział agresorowi dość stanowczo. Przede wszystkim zrobiły to Stany Zjednoczone, ale Europa, mimo bardzo dwuznacznej postawy Niemiec, też nie ustąpiła niemal na centymetr przed żądaniami Putina.

Kremlowska agresja nie ustanie

Jednak nawet jeśli Kreml nie wyda rozkazu do fizycznego ataku na ukraińskie miasta, nie miejmy złudzeń, że mamy problem z głowy. Putin nie zmieni swojej polityki ani nie zrezygnuje swoich celów. Poczeka tylko na lepszy moment. Na sytuację, w której zachodnia Europa z Niemcami na czele będzie jeszcze bardziej uzależniona energetycznie od Rosji, kiedy wybuchnie kolejny kryzys i pojawi się nowa okazja.

Czytaj więcej

Waszyngton: zielone światło dla Abramsów. Pierwsze trafią do Lublina

Żadne znaki na niebie i ziemi nie wskazują, by Europa stała się bardziej zjednoczona a USA miały w planie zmienić zdanie i zasadniczo zwiększać swój parasol obronny nad Europą. Nad Potomakiem pivot ku Chinom się nie zakończył.

Nie liczmy też, że Budeswehra stanie się wielką silną armią gotową bronić wschodnich granic NATO, albo że Francja uzna, iż w jej interesie jest ostre stawianie się Kremlowi. To się nie wydarzy, bo nie ma powodów, by się wydarzyło. Niemcy i Francja mają swoje interesy w Rosji i z nich nie zrezygnują.

Oczywiście, musimy budować jak najlepsze relacje z Niemcami i z Francją, pogłębiać współpracę gospodarczą z Berlinem i energetyczną z Paryżem, wykorzystywać każdą okazję do wspólnych działań w ramach NATO, mozolnie budować współzależności.

Nie możemy jednak być naiwni. Nawet jeśli Unia Europejska przetrwa kryzys a NATO nie da się rozbić, to obie te organizacje nie uchronią nas same z siebie przed dalszymi rosyjskimi zagrożeniami. My jesteśmy ich częścią, a to nakłada na nas specjalne obowiązki.

Putin chce dalej pisać historię

Nie mamy już wątpliwości, że nie mówimy tylko i wyłącznie o teoretycznej konstrukcji, dotyczącej hipotetycznych zagrożeń. Historia się nie skończyła i Władimir Putin chce ją pisać dalej. Wszystko wskazuje na to, że przez lata będziemy żyć w cieniu zagrożenia ze strony Rosji. Wojna Putina ze światem Zachodu się toczy i zapewne czeka nas jeszcze wiele wstrząsów. Przepowiednia ś.p. prezydenta Lecha Kaczyńskiego wypowiedziana w Tbilisi podczas rosyjskiej agresji na Gruzję w 2008 roku - „dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze państwa bałtyckie, a później może i czas na mój kraj, na Polskę” - staje się coraz bardziej realna.

Czytaj więcej

Błaszczaka reforma wojska. Co jest w Ustawie o obronie Ojczyzny

I tylko jeśli sami pokażemy, że jesteśmy w stanie stawić czoła atakowi ze wschodu przez kilka dni, zadać poważne i bolesne straty przeciwnikowi, możemy go zniechęcić do ataku, a naszego największego sojusznika zachęcić do poważnego traktowania nas jako partnera. NATO pozostaje kluczowym filarem naszego bezpieczeństwa, ale marzenia, że „wystarczy byśmy byli lojalnymi sojusznikami i wszystko będzie dobrze” są nierealistyczne.

Nic nie jest dane raz na zawsze. Ani wolność ani sojusze. Stary porządek świata trzęsie się w posadach i jedyne, czego możemy być pewni na sto procent, to siły własnego państwa, wyposażonego w silną armię. Polska musi stać się nie przedmiotem, ale aktywnym podmiotem kształtowania architektury bezpieczeństwa.

Nieprzypadkowo takie państwa jak Izrael czy Tajwan mają specjalną pozycję w amerykańskiej polityce. Nawet jeśli są – jak na amerykańskie standardy – zbyt samodzielne i czasem niesforne, to są traktowane jak poważni partnerzy.

Rozmawiałem z wieloma amerykańskimi ekspertami ds. bezpieczeństwa i z tych rozmów wynika dość jednoznacznie, że obecna sytuacja jest dla Polski ogromnym zagrożeniem, ale też dużą szansą. Ze względu na agresywne zachowanie Rosji i dość pasywną postawę głównych zachodnich graczy, Polska może stać się jednym z ważniejszych partnerów USA w tej części świata. Pod warunkiem, że będzie intensywnie inwestować w zdolności obronne.

Ameryka od dawna oczekuje większej aktywności Europy w sferze obronności i jeśli chcemy, by dawała nam realne wsparcie, musimy stać się bardziej wiarygodnym partnerem z realnymi zdolnościami.

Przyspieszyć reformę i zbrojenia

Polska ma dziś pieniądze na to, by budować silną armie. Tę budowę należy przyspieszyć. Nie chodzi tylko o to, by zwiększyć liczbę żołnierzy i koniecznie dokonać nowych zakupów. Decyzje o tym powinny zapaść po bardzo głębokim, precyzyjnym określeniu strategicznego kierunku rozwoju armii i związanej z tym głębokiej analizie potrzeb. Wyzwania są większe, niż zakładaliśmy.

Czytaj więcej

Amerykanie jadą przez Polskę

Musimy dziś podjąć decyzję o dalszym realnym zwiększeniu wydatków na obronność, o bardziej intensywnej przebudowie armii, o pozbyciu się administracyjnych garbów i uczynienia jej sprawną i nowoczesną w całości, a nie tylko fragmentach, jak jest dzisiaj.

Kilka miesięcy temu rząd ogłosił wolę rozbudowy armii. Dobrze, byśmy nie poprzestali tylko na ogólnej deklaracji. Nie wiem, czy potrzebne jest 100, 200 czy 300 tysięcy żołnierzy. Wielkość polskiej armii i jej wyposażenie muszą wynikać z przyjętej wcześniej i głęboko przemyślanej strategii. Dyskusja na tym powinna toczyć się w sposób transparentny i z udziałem różnych podmiotów. Do tego potrzebna jest ponadpartyjna zgoda, bo wyzwania, z jakimi się mierzymy, wykraczają poza perspektywę jednego rządu.

Czasu nie mamy wiele. Agresja rosyjska nie ustanie. Prędzej czy później myśl o zrobieniu kolejnego kroku na Zachód zaświta w głowie kremlowskiego władcy. Musimy zbudować siłę, która go do tego kroku zniechęci.