Ojciec Jacek Krzysztofowicz, gdański dominikanin, odszedł z zakonu. Nie jest pierwszy. Z kapłaństwa odchodzi około 60 księży rocznie. Co się dzieje w Kościele katolickim?

Tomasz Wiścicki:

Wcześniej też się takie przypadki zdarzały. Nowe jest jednak to, że teraz owe odejścia są nagłaśniane. Ci księża udzielają wywiadów do prasy, zamieszczają oświadczenia w Internecie. Życie w społeczeństwie medialnym daje im taką możliwość.

No tak, ale po co?

Taką mamy naturę. Gdy czujemy, że zawiedliśmy, mamy skłonność do tego, żeby oskarżać wszystkich naokoło. To nie my jesteśmy winni, ale Pan Bóg, hierarchia kościelna, ludzie wokół nas.

A może naprawdę to nie oni są winni? Poczucie osamotnienia oraz trudności w relacjach z przełożonymi  to podobno jedne z najczęstszych przyczyn odchodzenia z kapłaństwa. Czy coś złego dzieje się w zakonach?

Życie w zakonie jest bardzo trudne i zawsze takie było. Nawet w rodzinie nie zawsze jest łatwo, a tu przecież mieszka się z osobami niespokrewnionymi, wybranymi przez kogoś z góry. A dzisiejszy świat, jako pierwszą odpowiedź na kryzys w ludzkich relacjach, podsuwa nam odejście. Nie podoba mi się przełożony, nie dogaduję się z innymi zakonnikami, przeżywam kryzys wiary, to odchodzę. Mówi się, że dziś najważniejsza jest nasza wolność, przede wszystkim należy się samorealizować... Nie oceniam tu żadnego konkretnego przypadku. Mam na myśli pewien klimat kulturowy, którym wszyscy nasiąkamy.

Z wypowiedzi tych, którzy odeszli, często wyłania się żal dotyczący tego, że mieli kryzys i czuli się z tym samotni, bo nie było się do kogo z problemem zwrócić.

To problem, który rzeczywiście trzeba dostrzegać. Kleryk w seminarium jest przyzwyczajony do wsparcia, do opieki ze strony ojca duchownego. Po święceniach jest wypuszczany na głęboką wodę i albo trafi na dobrego proboszcza, albo nie. Jeśli nie, to brakuje mu wsparcia. W zakonach takie wsparcie powinien znaleźć we wspólnocie. A czy znajduje? Chyba nie zawsze.

Według watykańskich statystyk więcej niż co piąty porzucający kapłaństwo europejski ksiądz jest Polakiem. To chyba duża liczba?

Ta liczba zawsze będzie zbyt duża. Z każdym takim odejściem wiąże się przecież ludzki dramat podobnie jak w przypadku rozwodu. Człowiek zobowiązał się do życia w pewnym stanie, a potem go porzuca. Dla ludzi obdarzonych sumieniem to zawsze będzie dramat. Nie da się wyjść z zakonu czy z kapłaństwa i powiedzieć sobie: „uf, mam to za sobą". Ktoś taki na zawsze pozostanie byłym zakonnikiem czy byłym księdzem.

Niektórzy z tych, co odeszli, występują w mediach, afiszując się, że są „byłym jezuitą" czy „byłym dominikaninem".

Ksiądz to nie jest zawód, który można po prostu zmienić. Prawdopodobnie każdy ksiądz na pewnym etapie przechodzi kryzys. Ci, którzy mimo to wytrwali w powołaniu, są żywymi dowodami na to, że to jest możliwe. Słuchając niektórych spośród byłych księży lub zakonników, mam wrażenie, że nie powinni nimi zostać.

Dlaczego?

Księdzem nie zostaje się tak po prostu, z ulicy. Nie wszyscy zostają dopuszczeni do święceń. W tym celu trzeba przejść całą formację właśnie po to, żeby zmniejszyć prawdopodobieństwo takich problemów. Jeżeli były zakonnik odrzuca w istocie hierarchię panującą w zakonie, to znaczy, że coś było nie tak nie tylko z nim, ale i z formacją w zakonie. Każdy zakonnik przecież składa ślub posłuszeństwa. Dlatego trzeba sprawdzić, czy powołanie jest realne, a później starać się je podtrzymywać.

Ale przecież ktoś stojący nad nim w hierarchii zakonnej naprawdę mógł nie mieć racji. Co wtedy zrobić?

Dziś żyjemy w społeczeństwie, w którym hierarchie istnieją, ale inaczej niż kiedyś. Dawniej relacje podległości były bardziej widoczne, formalne. Dziś są rozmyte i nieraz trudno zauważalne. Zakony muszą to brać pod uwagę, budując dziś zakonne posłuszeństwo.

Tomasz Wiścicki jest stałym współpracownikiem „Więzi"