Nasze państwo wydaje na modernizowanie swej armii dużo za mało, ale do niedawna wciąż całkiem sporo. Mimo to politycy i dziennikarze rzadko z tym właśnie faktem wiążą wypowiadaną często konstatację, że Polsce nie zagraża teraz żadne niebezpieczeństwo. Zwyczajowo przy takich okazjach wskazują raczej na przynależność Polski do NATO i Unii Europejskiej oraz na szczególny rodzaj sojuszu łączącego nas z USA.

A przecież rozdzielanie tych spraw jest nieporozumieniem. Nie przyjęto by nas raczej do NATO, gdybyśmy wcześniej nie zaczęli modernizować armii i w dodatku nie złożyli zobowiązania, że będziemy to czynić także w przyszłości.

NATO – co naturalne i słuszne – najchętniej pomaga tym, którzy chcą i potrafią pomóc sobie sami. Ze Stanami Zjednoczonymi jest nie inaczej.Tymczasem premier Donald Tusk, walcząc z topniejącymi w konsekwencji kryzysu dochodami budżetu państwa, najgłębsze cięcia wydatków wymusza właśnie na resorcie obrony. A czyni to w czasie, gdy na wojsko powinniśmy wydawać więcej pieniędzy niż do tej pory, skoro zgodnie z niedawną zapowiedzią, nie kogo innego, tylko szefa rządu, mamy błyskawicznie przekształcić polską armię z poboru w zawodową.

Tym bardziej że lawinowo zaczyna przybywać chętnych do zostania zawodowymi żołnierzami.

Akurat Polakom nie trzeba chyba przypominać, że nie warto oszczędzać na armii.

Choćby z tego prostego powodu, abyśmy któregoś dnia nie musieli się przekonywać, że to jednak nie członkostwo w NATO i Unii Europejskiej – a w każdym razie nie tylko członkostwo w obu tych organizacjach – ale także owe regularnie każdego roku ponoszone przez podatników niemałe wydatki na wojsko były powodem wzrostu obecnego poziomu bezpieczeństwa Polski. Bo wówczas o tym wysokim poziomie bezpieczeństwa naszego kraju musielibyśmy mówić w czasie przeszłym. A tego przecież chyba nie chcemy.

[ramka][link=http://blog.rp.pl/gabryel/2009/02/21/oszczedzanie-na-obronie-nie-do-obrony/]Skomentuj na blogu[/link][/ramka]