Reklama
Rozwiń
Reklama

Rzekomy białoruski opozycjonista to szpieg-podpalacz

Za podpaleniem centrum handlowego w Warszawie stał rzekomy uchodźca z Białorusi. Pożar wywołał zdalnie, wszystko nagrał telefonem – szokujące ustalenia śledczych.

Publikacja: 12.03.2025 06:00

Pożar centrum handlowego przy Marywilskiej w Warszawie

Pożar centrum handlowego przy Marywilskiej w Warszawie

Foto: PAP/Leszek Szymański

Pożar wybuchł w hipermarkecie budowlanym OBI przy ul. Radzymińskiej 166 w Warszawie 14 kwietnia ubiegłego roku. To niemal równo miesiąc przed gigantycznym pożarem wielkiego centrum handlowego przy ul. Marywilskiej. Przeszedł praktycznie bez echa, chociaż był groźny, bo jak się okazuje, objął jedną ze stref, która została doszczętnie zniszczona.

Do mediów – w tym do „Rzeczpospolitej” – docierały sygnały, że skala była znikoma, a systemy obiektu zdusiły ogień w zarodku. Jak się okazuje, pożar był poważny i spowodował straty sięgające ok. 3,5 mln zł. Tylko dzięki systemom przeciwpożarowym i szybkiej interwencji strażaków nie spłonął cały sklep. Nikt nie zginął, bo ogień wybuchł w nocy, kiedy w tłumnie odwiedzanym obiekcie nie było klientów. 

Mocne dowody winy Stepana K. Monitoring, ślady biologiczne i nagranie z telefonu

Śledztwo w tej sprawie wszczął Mazowiecki Wydział ds. Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej, a do działań wykrywczych zaangażowano policjantów z Wydziału do Walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw z Komendy Stołecznej. Po roku śledczy już wiedzą, że było to celowe podpalenie. Dokonał go rzekomy uchodźca z Białorusi  – niejaki Stepan K. 

13 kwietnia rozlał w markecie łatwopalną ciecz oraz pozostawił urządzenia umożliwiające zdalne wywołanie pożaru. W nocy doszło do uruchomienia urządzenia i wybuchu pożaru. W śledztwie, jak potwierdza nam prok. Przemysław Nowak, rzecznik Prokuratury Krajowej, ustalono, że Stepan K. nagrał to wszystko telefonem komórkowym „w celu udokumentowania przeprowadzonego aktu sabotażu”. – Część tych materiałów została następnie opublikowana na rosyjskich portalach propagandowych i w rosyjskojęzycznych mediach – dodaje prok. Nowak.

Jak ustaliła „Rz”, w poniedziałek podpalacz usłyszał zarzuty i trafił do aresztu na trzy miesiące. K. siedział już w polskim areszcie, bo – jak się okazało – był w grupie sabotażystów, w której niedawno skazany został Ukrainiec Serhij S. i zatrzymany bokser z Trójmiasta Olgierd L. Tam jednak, według naszej wiedzy, zarzuca mu się współdziałanie z innymi osobami, ale nie ma bezpośredniego sprawstwa. Inaczej w Warszawie  – tu centrum przy ul. Radzymińskiej podpalił sam.

Reklama
Reklama

 – Pożar wywołał zdalnie, uruchamiając urządzenie zapalające o specjalnej konstrukcji – wskazują nasze źródła.

Według śledczych Stepan K. również działał na zlecenie służb wywiadu rosyjskiego. Jakie dowody zgromadzili śledczy? Według naszej wiedzy to monitoring, materiał genetyczny, a to wszystko wsparte analizą danych.

Modus operandi jak przy pożarze na Marywilskiej. W tle inne podpalenia w Polsce, także na Litwie

Białorusin usłyszał zarzut z artykułu 130 § 7 – dotyczący aktu dywersji i sabotażu. To przepis odnoszący się do szczególnej formy szpiegostwa, za które obecnie grozi nawet dożywocie. Drugi zarzut postawiony mężczyźnie dotyczy umyślnego wywołania pożaru, czyli sprowadzenia zdarzenia, które zagrażało życiu lub zdrowiu wielu osób albo mieniu w wielkich rozmiarach.

Jak w grudniu ubiegłego roku ujawniła „Rz”, w podobny sposób – poprzez odpalenie ładunku wybuchowego – został wywołany ogień w hali przy Marywilskiej w maju 2024 r. Spłonęła cała, a w jej zgliszczach prowadzący śledztwo znaleźli fragmenty urządzeń wybuchowych. Celowe podpalenie na zlecenie Rosji to, jak informowaliśmy, wiodąca hipoteza w sprawie Marywilskiej.

Zdalne odpalanie urządzeń o specjalnej konstrukcji to – jak przypuszczają śledczy – mechanizm, po jaki chętnie sięgają podpalacze działający na zlecenie Rosji. Urządzenie umieszczają przed zamknięciem sklepu, ukryte – a później już z zewnątrz dokańczają „dzieła”.

Dlatego tak ważne jest, by zwracać uwagę na pozostawione dziwne pakunki, torby i niestandardowo zachowujące się osoby.

Reklama
Reklama

Czytaj więcej

Rosyjskie służby stoją za serią prób podpaleń w Polsce

Śledztwo, w którym zarzuty usłyszał Stepan K., ma szerszy kontekst i dotyczy również podpaleń innych sklepów wielkopowierzchniowych, do których doszło na terenie Polski, a także innych państw Europy Środkowo-Wschodniej, w tym Litwy. Obejmuje je umowa pomiędzy Polską a Litwą o powołaniu wspólnego zespołu śledczego (JIT) do tych spraw.

Kim naprawdę był Stepan K. Czy ABW powinna prześwietlić jego przeszłość, w tym dlaczego jego nazwisko pisze się po ukraińsku?

Stepan K. do Polski przyjechał rzekomo jako opozycjonista, który schronił się u nas przed reżimem Łukaszenki. I oficjalnie pracował jako kierowca. Ale i tu pojawiają się wątpliwości. – Nie mamy w bazie osoby o takim imieniu i nazwisku, nie kręcił się wokół nas, nie szukał pomocy, dofinansowania – wyjaśnia nam Aleś Zarembiuk z Domu Białoruskiego w Warszawie. Jest zdziwiony, że ma być Białorusinem, bo pisownia jego imienia i nazwiska to wyklucza. – To pisownia ukraińska ewentualnie rosyjska. Po białorusku Stepan to Sciapan. Podobnie nazwisko – pisze się je zupełnie inaczej – tłumaczy Zarembiuk.

Jak ustalili prokuratorzy i funkcjonariusze służb, opozycyjny kamuflaż Stepana K. okazał się fałszywy. – Po tym, kiedy mężczyzna już wyjechał z Białorusi i funkcjonował w Polsce jako opozycjonista, odwiedził Rosję. Rzecz jasna okrężną drogą. Jako opozycjonista ścigany przez Łukaszenkę w żadnym razie nie mógłby tego zrobić – wskazują nasi rozmówcy ze służb.

Rosyjskie służby werbują na Telegramie Ukraińców i Białorusinów w Polsce i Europie. Oferują im szybki zarobek.  

 Nie tylko rosyjskie służby wynajmują chętnych do aktów dywersji. Służby białoruskie wysyłają także swoich agentów pod płaszczykiem opozycjonisty. Taką osobą była 37-letnia Białorusinka Daria O., skazana w ubiegłym roku za szpiegostwo w Polsce. Kobieta na podstawie fałszywych dokumentów otrzymała zaproszenie z Domu Białoruskiego w Warszawie i wizę humanitarną.

Innych dwóch białoruskich funkcjonariuszy służb z fałszywymi tożsamościami przyjechało do Polski również jako represjonowani na Białorusi. 

Policja
Nietykalna sierżant „Doris”. Drugie życie tajnej policjantki
Przestępczość
Gdzie w Warszawie kradną najwięcej samochodów? Giną zwłaszcza pojazdy jednej marki
Przestępczość
Drugie dno czystek w prokuratorskich „pezetach”
Przestępczość
Monako, Paryż, a może Miami? Nowy pomysł na przesłuchanie Leszka Czarneckiego
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama