Minister transportu chce to zmienić. Do Rządowego Centrum Legislacji trafił właśnie projekt założeń do ustawy o szczególnej odpowiedzialności za niektóre naruszenia przepisów ruchu drogowego. Po jej wejściu w życie karanie piratów ma być dużo szybsze i prostsze. Projektowane przepisy dotyczą ponad 10-mln rzeszy kierowców – zawodowych i prywatnych. Sprawdziły się we Włoszech, Austrii, Francji, Wielkiej Brytanii i Holandii.
Pirat ma wybór Zmiany są konieczne także dlatego, że za rok, kiedy system fotoradarowy będzie działał już w pełni, do polskich sądów dziennie może trafiać ok. 7 tys. spraw kierowców, którzy z różnych powodów nie odpowiedzieli na wezwanie inspekcji albo wskazują coraz to nowych kierowców.
Co proponują autorzy?
Dwie drogi odpowiedzialności za przekroczenie prędkości: wykroczeniową lub administracyjną. Pierwsza wchodziłaby w grę, gdy patrol osobiście zatrzyma kierowcę i wystawi mandat albo wykroczenie zostanie ujawnione na zdjęciu, sprawcą nie będzie właściciel auta, ale kierujący wyśle oświadczenie (własnoręcznie podpisane), że to on prowadził samochód. Druga byłaby możliwa, jeśli właściciel auta w ciągu 21 dni od otrzymania przesyłki od straży lub inspekcji się nie odezwie.
Nadzór nad windykacją należności ma być prowadzony w systemie tzw. mikrorachunków (do każdej kary przypisany ma być unikatowy i indywidualny numer rachunku bankowego). Kary finansowe nakładane na konkretnego kierowcę trafią do specjalnego rejestru. Dzięki temu właściciel, który dostanie kilka kar za zbyt szybką jazdę będzie traktowany jak „recydywista" i w razie kolejnej wpadki zapłaci podwójną stawkę.
Prof. Ryszard Stefański jest sceptyczny wobec propozycji. – W wypadku wykroczenia trzeba wykazać winę sprawcy. Projekt to nic innego jak przerzucenie ciężaru dowodowego ze straży czy inspekcji na obywatela, a to bardzo mi się nie podoba – ocenia.
Wszystko w zeszycie
Autorzy projektu chcą zobowiązać właścicieli do ewidencjonowania wykorzystywania ich auta. Taki wykaz, np. w zeszycie, mieliby przechowywać przez dwa lata. Obowiązek jego prowadzenia dotyczyłby wszystkich – kierowców aut firmowych i prywatnych.
– To absurd – uważa Andrzej Łukasik, prezes Polskiego Towarzystwa Kierowców. I tłumaczy, że w ten sposób chce się zmusić właścicieli aut do donoszenia na własną rodzinę. – Mam codziennie wieczorem siadać, rysować tabelkę i wpisywać, kto i w jakim czasie brał auto sprzed bloku? – pyta Mikołaj Helc ze stowarzyszenia kierowców. Twierdzi, że to niemożliwe, aby ktoś wpadł na taki pomysł.
Kierowcy zrzeszeni w stowarzyszenia i towarzystwach krytycznie oceniają propozycje zmian: to nic innego jak zwiększanie represyjności.
– Od lat postulowaliśmy, aby pieniądze zebrane z mandatów trafiały na specjalne konto – mówi Łukasik. Pieniądze na nim zgromadzone mogłyby być wykorzystywane tylko na poprawę bezpieczeństwa, np. tzw. kocie oczy – światełka odblaskowe na krawędzi jezdni, czasowniki na sygnalizatorach, widoczne znaki poziom, a nawet pomoc ofiarom wypadków drogowych.
Etap legislacyjny: uzgodnienia międzyresortowe