Reklama

Wotum zaufania jak gra na czas

Matematyczna większość ?w Sejmie nie oznacza, że rząd ma poparcie społeczne – ocenia ekspert.

Publikacja: 27.06.2014 02:00

Wotum zaufania jak gra na czas

Foto: ROL

Dziesięciominutowe wystąpienie w imieniu klubów to najkrótsza debata nad wotum zaufania dla rządu, jaka kiedykolwiek odbyła się w Sejmie.

Nikt nawet nie udawał, że chodzi mu o rzetelną dyskusję na temat słabych i mocnych stron swojego rządu – tylko o głosowanie.

Uspokojenie sytuacji

– To jest zgrany gest, ale skuteczny – mówił wczoraj RMF Leszek Miller, lider SLD. – Premier kupuje sobie w ten sposób czas.

Procedura wotum zaufania to z całą pewnością kupienie sobie kilku miesięcy na uspokojenie zaognionej sytuacji politycznej.

Szef rządu zapewne liczy, że wystarczy to przynajmniej do wyborów samorządowych, które odbędą się w listopadzie.

Reklama
Reklama

Wbrew jednak słowom Millera procedura wotum zaufania w trybie artykułu 160 konstytucji, a więc w trakcie trwania kadencji rządu, wcale nie jest taka zgrana. Od 1997 r., czyli od momentu uchwalenia obecnej konstytucji wokół takiego wotum, trzy razy koncentrowała się debata polityczna – w ubiegłą środę, gdy Donald Tusk poprosił o poparcie większości sejmowej, wcześniej półtora roku temu jesienią 2012 r., gdy Donald Tusk wygłaszał tzw. drugie exposé, oraz poprosił Sejm o wotum zaufania 11 lat wcześniej, 13 czerwca 2003 roku, gdy z takim wnioskiem wystąpił właśnie Leszek Miller.

Chwyt PR-owy

Wszystkie te przypadki są diametralnie różne. W 2012 r. Donald Tusk poszukiwał nowego otwarcia po fatalnym początku roku na progu drugiej kadencji.

Przygotował kilka nowych propozycji i rytualnie poprosił Sejm o dowód, że koalicja ma większość.

Również w środę szef rządu nie musiał się martwić, iż wotum zaufania nie uzyska, bo koalicjant wcale nie zamierzał się pożegnać z władzą. Pokazanie, iż ma większość w Sejmie, miało charakter jedynie PR-owy.

– Z góry było wiadomo, że PSL nie przyczyni się do wcześniejszych wyborów, bo nie zaryzykuje walki o samorządy z pozycji członka upadłego rządu, tylko zechce utrzymać wszystkie instrumenty, którymi dysponuje urzędująca administracja ?– mówi prof. Kazimierz Kik politolog z Uniwersytetu w Kielcach.

Millera walka o życie

Tymczasem Miller musiał pracowicie ciułać poparcie dla swojego rządu, bo od kilku miesięcy, po zerwaniu koalicji z PSL (do tego zerwania doszło cztery miesiące po wyborach samorządowych), nie dysponował już gwarantowaną większością, a więc przy ważnych głosowaniach musiał o nią zabiegać w różnych klubach, m.in. korzystając z głosów Samoobrony lub Polskiego Bloku Ludowego, odłamu Samoobrony. Co gorsza, szef SLD miał w partii bunt wspierany przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, który rozpoczął konsultacje polityczne, m.in. na temat wcześniejszych wyborów.

Reklama
Reklama

Akcja miała na celu zmuszenie Millera do ustąpienia ze stanowiska szefa rządu i pozostawienie mu jedynie partii do zarządzania. Prezydentowi Bronisławowi Komorowskiemu jak dotąd nie przeszło przez myśl, żeby zwrócić się przeciwko Tuskowi, a i w PO nie ma nastroju buntu.

Co ciekawe, Miller w niesłychanie trudnej sytuacji 2003 roku otrzymał niemal tyle samo głosów co Tusk w komfortowych warunkach. Rząd Millera poparło 236 parlamentarzystów, a 213 osób było mu przeciwnych.

Teraz rząd Tuska poparło 237 osób, a 203 były przeciwne. Warto przy tym dodać, że w tym drugim przypadku opozycja nie miała pojęcia, iż tego dnia dojdzie do głosowania nad wotum zaufania, a partie koalicyjne owszem, a więc zawczasu zadbały o frekwencję. Na głosowanie został ściągnięty nawet skompromitowany podsłuchami Sławomir Nowak, który wcześniej zapowiedział, że kończy swój romans z polityką.

Po co procedury

– Donald Tusk posłużył się socjotechnicznym trikiem ?– ma swoją marszałek Sejmu, która skraca drogę kluczowych wniosków, i wykorzystał to w przypadku wotum zaufania – komentuje prof. Kik.

I dodaje, że lider PO już dawno doszedł do wniosku, iż demokracja utrudnia mu rządzenie. Dlatego przestał zwracać uwagę na procedury.

– Ja to nazywam zneutralizowaniem procedur demokratycznych dzięki opanowaniu wszystkich kluczowych ośrodków władzy – mówi politolog.

Reklama
Reklama

Kik jest jednak zdania, że środowe zwycięstwo Tuska okaże się pyrrusowe, tak samo zresztą jak zwycięstwo Millera sprzed 11 lat.

– I wtedy, i teraz mamy do czynienia z rozjeżdżaniem się arytmetyki sejmowej i społecznej – wyjaśnia politolog. – W parlamencie koalicja będzie miała matematyczną większość, ale w społeczeństwie i w mediach już nie, co zaowocuje jej klęską w następnych wyborach parlamentarnych. Tak samo jak klęską SLD były wybory 2005 roku.

Policja
Nietykalna sierżant „Doris”. Drugie życie tajnej policjantki
Materiał Promocyjny
AI to test dojrzałości operacyjnej firm
Polityka
Czy Rafał Brzoska wejdzie do polskiej polityki? Ustalenia „Rzeczpospolitej”
Polityka
Donald Tusk: Ta noc pokazała, jak ważny jest program SAFE
Polityka
Prezydenta Karola Nawrockiego nie będzie na Radzie Pokoju. Wiadomo, kto go zastąpi
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama