Gdy w PiS rozeszła się informacja, że w kolejnych dniach partia zgłosi Piotra Glińskiego jako kandydata na premiera, nie wierzyli w nią nawet niektórzy posłowie PiS. – Sam Gliński mówił kilku osobom, że jest wobec tego pomysłu sceptyczny – przyznaje w rozmowie z „Rz" jeden z posłów. – Jest skazany na pożarcie, ale chodzi o debatę wszyscy przeciw PiS. W tym momencie nie mieliśmy nikogo, kto mógłby nam do tego celu posłużyć – tłumaczy inny.
Oficjalnie jednak Gliński broni nie składa. – Wotum nie ma szans? A jeśli w poniedziałek ukażą się taśmy o kulisach sprzedaży Ciechu Janowi Kulczykowi albo o wielkich malwersacjach przy pieniądzach europejskich, to skąd wiadomo, że rząd nie upadnie? – kontruje.
Profesor, który jest jednym z najbardziej zasłużonych polskich socjologów (był nawet prezesem Polskiego Towarzystwa Socjologicznego) już raz w tej kadencji był kandydatem na premiera technicznego. Przygotował wtedy kompleksowy program rządzenia i naprawy państwa. Ale do opinii publicznej przebiło się tylko określenie: „premier z tabletu". Chodziło o sprytny wybieg marketingowy prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego, który w ten sposób zaprezentował z sejmowej mównicy jego wystąpienie.
Rozstanie ?z „Gazetą"
Potem PiS przegrało głosowanie, a do Glińskiego przylgnęła łatka wiecznego kandydata. Był wymieniany jako kandydat PiS na prezydenta Warszawy (jeśli w referendum odwołano by Hannę Gronkiewicz-Waltz), a nawet jako kandydat na prezydenta Polski. Decyzji o wejściu w politykę jednak nie żałuje.
– Nie sądzę, żebyśmy czemukolwiek uchybili. A to, że była propaganda medialna, to inna sprawa – przekonuje w rozmowie z nami Gliński.
Propagandę dostrzegł już w połowie lat 90. – Wtedy zobaczyłem kłamstwa „Gazety Wyborczej" i przestałem ją czytać – wspomina. Jego zdaniem to był moment, kiedy zaczął się zbliżać do środowiska, w którym jest teraz.
Ale inny naukowiec, któremu do PiS blisko (bezskutecznie ubiegał się w ostatnich eurowyborach o mandat), prof. Andrzej Zybertowicz pamięta, że wtedy Gliński w diagnozach rozmijał się z prawicą.
– W 1994 r. przedstawiłem na kongresie w Bielefeld referat o zakulisowych grupach interesu. On wtedy bardzo mocno ze mną polemizował. Długo trwało, zanim doszedł do obecnych poglądów – ocenia socjolog.
Współpraca z Bonim
Faktem jest, że później Gliński związał się ze wspieraną przez „Gazetę Wyborczą" Unią Wolności. Bez sukcesu startował w wyborach parlamentarnych w 1997 r., po których UW współrządziła krajem. A w latach 1998–2000 był nawet jej członkiem.
– Dałem się namówić, ale przejrzałem – tłumaczy. Wskazuje, że liczył na realizację swoich postulatów. Dotyczyły ekologii i społeczeństwa obywatelskiego, które jest przedmiotem jego naukowych badań. – Mieli usta pełne frazesów, ale realizowali wyłącznie interesy wąskich grup – wyrokuje Gliński. Ostateczną decyzję podjął, gdy zaczęły się pojawiać, jak sam mówi, „lewackie pomysły".
W tych czasach ponownie zetknął się z Michałem Bonim. Teraz europosłem PO i jednym z twórców jej programu. – Dziś różnimy się w ocenie rzeczywistości, ale pamiętam go jako fantastycznego przyjaciela ze szkolnej ławy – deklaruje Boni.
Razem działali też w opozycji (po latach się okazało, że Boni podpisał zobowiązanie do współpracy z SB). – W stanie wojennym udostępniał mieszkanie na spotkania konspiracyjne – wskazuje polityk PO. Gliński przekonuje, że lustracyjnymi kłopotami Boniego się nie interesował. Do dziś, gdy się spotykają, traktują się życzliwie. – Nawet kiedy związał się z PiS, to gdy się widzimy, na twarzach pojawia się uśmiech – zapewnia Boni.
Bo Gliński to człowiek niezwykle koncyliacyjny. Tak zapamiętała go legendarna działaczka opozycyjna Zofia Romaszewska. – W czasach „Solidarności" w Biurze Interwencji i Mediacji był wolontariuszem – przypomina. Jej zdaniem świetnie sprawdzał się w mediacjach między strajkującymi robotnikami i dyrekcją zakładów. – Był wyważony i zawsze świetnie wyglądał – wymienia jego atuty Romaszewska.
Jego drodze życiowej się nie dziwi. Wspomina, że ma podobne odczucia dotyczące Unii Wolności, tyle że zdanie o tej partii zmieniła wcześniej. – My wszyscy daliśmy się na te hasła nabrać – twierdzi Romaszewska.
Może po tych doświadczeniach profesor nabrał dystansu do PO, stworzonej przez część działaczy UW. Choć jak sam twierdzi, przed 2005 r. był zwolennikiem koalicji PO i PiS. – Miałem wtedy wrażenie, które potwierdził we wspomnieniach Jan Rokita, że za fiasko tych rozmów odpowiada Donald Tusk – przekonuje Gliński.
W czasie, gdy rządzi PiS, zaprasza prezydenta Lecha Kaczyńskiego na zjazd Polskiego Towarzystwa Socjologicznego. Sam pojawia się na prezydenckich debatach eksperckich. Po katastrofie smoleńskiej wydaje pierwszą publikację naukową na ten temat. O reakcjach mediów i społeczeństwa. Jednak Jarosława Kaczyńskiego dobrze poznaje dopiero w 2012 r., kiedy to po raz pierwszy występuje jako kandydat na szefa rządu technicznego.
Kandydat „profesorków"
Po dwóch spotkaniach znajdują wspólny język i Gliński zgadza się pomóc Kaczyńskiemu. Co urzekło go w liderze PiS? Profesor się denerwuje, gdy słyszy to pytanie. – Co to za słowo? Przecież to nie zaloty – zżyma się. – To jest wybór racjonalny, a nie emocjonalny. Dogadaliśmy się co do programu i jeśli chce się zmieniać rzeczywistość, to trzeba się zaangażować.
Dlatego rola Glińskiego nie kończy się wraz z upadkiem pomysłu na rząd techniczny. Kaczyński robi go szefem Rady Programowej PiS. W lutym przyszłego roku ma przedstawić poprawiony program ugrupowania. Wtedy też zaczyna się kampania przed wyborami prezydenckimi.
– Jak słyszałem prezesa, który dziękował mu za to, że w trudnej chwili znów zgodził się być kandydatem na premiera, to nie miałem wątpliwości. Kaczyński go w nich wystawi – przekonuje nas jeden z członków komitetu politycznego PiS.
Ale to w partii się nie podoba. – Szansę powinien dostać ktoś, kto sprawdził się w wyborach – mówi inny współpracownik prezesa.
W rozmowach z partyjnymi kolegami sceptycyzmu ma nie kryć partyjny spin doktor Adam Hofman. – Mówi, że on w skazaną na porażkę kampanię się nie zaangażuje – przekonuje jeden z nich.
Gliński na wewnętrznych spotkaniach miał krytykować taktykę, którą Hofman wybrał podczas referendum warszawskiego, ale dziś tego nie potwierdza. – To dziennikarze tak to przedstawili – zapewnia.
Faktem jest, że Hofmanowi to nie zaszkodziło, bo był odpowiedzialny za kampanię przed wyborami do Parlamentu Europejskiego. Jednak nawet ci, którzy z Glińskim zatargów nie mają, uważają, że jego start to nie jest najlepszy pomysł.
Bo działacze PiS postrzegają go jako ciało obce. Większość o pomyśle rządu technicznego dowiedziała się z telewizji. Miał powstać w gronie przez niektórych nazywanym pogardliwie „awuesowskie profesorki". To naukowcy, którzy spotykają się regularnie i doradzają liderowi. Wśród nich jest dr Tomasz Żukowski, który pełnił podobną rolę w rządzie AWS. – Wtedy doprowadzili do jego upadku, ale oczywiście nie ponieśli odpowiedzialności – mówi poseł PiS.
Prof. Jadwiga Staniszkis, która początkowo brała udział w pracach zespołu Glińskiego, uważa jednak, że wpływ naukowców na PiS jest zbyt mały. – Podczas debat i kongresów powstaje ferment intelektualny wokół PiS. Ale ta partia jest zamknięta i nie korzysta z idei, które rodzą się podczas dyskusji – ocenia.
Zdaniem Glińskiego „ekspert musi znać swoje miejsce". – Partia nie działa tak, że przychodzi prof. Staniszkis, a prezes wykonuje jej polecenia – śmieje się profesor.