W rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 maja prezydent Karol Nawrocki powołał Radę Nowej Konstytucji, która ma przygotować projekt nowej ustawy zasadniczej. Czy obecna konstytucja uległa przeterminowaniu?

Nie. Obowiązuje i w przyszłym roku będziemy świętować 30 lat obecnej ustawy zasadniczej. To jest wielka rzecz. Konstytucja prędko się nie zmieni ze względu na brak większości konstytucyjnej. Przypominam, że niezbędne są dwie trzecie w parlamencie. Przy spolaryzowanym społeczeństwie i grze na polaryzację, zmiana jest niemożliwa.

To jaki jest cel Karola Nawrockiego?

Celem prezydenta, który ma oczywiście prawo powoływać rady, jakie chce, jest robienie zamieszania i podkreślanie, że ta konstytucja już się zestarzała. Jeżeli on działa obok konstytucji, czy niezgodnie z nią, to jest zrozumiałe, że twierdzi, iż Polska potrzebuje nowej konstytucji. Jeśli Rada Nowej Konstytucji ma skończyć pracę w roku 2030, to projekt konstytucji, jeżeli jakikolwiek powstanie, będzie element jego kampanii wyborczej. A jeżeli konstytucja ma być element kampanii prezydenckiej Karola Nawrockiego, to tym bardziej nie ma szans, żeby projekt uzyskał dwie trzecie poparcia w parlamencie.

Czytaj więcej

Bogusław Chrabota: Karol Nawrocki mógłby zmieniać konstytucję. Gdyby jednoczył, a nie dzielił

Nie powinno się podejmować debaty nad zmianami w konstytucji?

Jeśli chodzi o refleksję nad obecną konstytucją, to jestem zdecydowanie za tym, żeby debatować. Proponowałem po wyborach parlamentarnych w 2023 r., żeby w Sejmie lub Senacie powstała Komisja Konstytucyjna. Miałaby za zadanie zastanowić się po wielu latach, które z elementów konstytucji działają lepiej, a które gorzej. Nie wyciągnęliśmy nauki z łamania konstytucji, które nam zafundował PiS. Polski nie stać na chroniczny konflikt między prezydentem a rządem, który mamy od czasu prezydentury Andrzeja Dudy i jego braku kohabitacji z rządem Donalda Tuska. To nie jest tak, że konstytucja nie pozwala na współpracę między prezydentem a rządem, bo pozwala. Miałem okazję przez 10 lat pracować zarówno z rządem ze swojego obozu politycznego, jak i z rządem Jerzego Buzka, czyli z obozu przeciwnego. Dało się to z kulturą i w interesie wspólnym robić. Teraz obowiązuje logika polaryzacji, a w logice polaryzacji współpracy nie ma, więc coś z tym fantem trzeba zrobić, bo Polski niewątpliwie na chroniczny konflikt między prezydentem a rządem nie stać.

Karol Nawrocki powiedział, że jesteśmy w momencie konstytucyjnym, w którym zmiana powinna się dokonać i dłużej nie może być tak, że są dwa ośrodki władzy.

Wszystko w tym, co mówi prezydent, jest fałszywe. Moment konstytucyjny jest wtedy, kiedy rzeczywiście jest realna szansa na uzyskanie dwóch trzecich w parlamencie. Moment konstytucyjny był wtedy, kiedy konstytucję uchwaliliśmy, czyli między 1993 a 1997 r.. Później już takiego momentu konstytucyjnego, w rozumieniu uzyskania większości, czyli która wymaga porozumienia ponad podziałami, ponad partiami, nie było i nie ma.

Jeżeli prezydent uważa, że tak dalej być nie może i ten konflikt z rządem jest nie do zaakceptowania, z czym się zgadzam, no to ja bym zaczął na miejscu prezydenta od siebie samego. Jeśli Karol Nawrocki chce, żeby sytuacja była mniej konfliktowa, niech wróci do ducha konstytucji, czyli zacznie współpracować z rządem, zacznie używać innego języka. Niech nie obraża premiera i rządu i oczekuje od nich tego samego, że nie będą obrażać prezydenta. Zmiana języka jest fundamentem, bo jak w Biblii, na początku było słowo. Od słowa się zaczyna, a te padają złe, agresywne, niepotrzebne. Trzeba byłoby też wyłączyć pewne sfery z konfliktu, czyli np. bezpieczeństwo i nie wetować takich kwestii jak SAFE. Bezpieczeństwo powinno być poza sporem politycznym. Prezydent powinien też poprosić przedstawicieli rządu, żeby uporządkować sytuację w Trybunale Konstytucyjnym. Jest wiele instrumentów, które prezydent ma w ręku, żeby sytuacja była mniej konfliktowa.

Jest jeszcze rozwiązanie, które Karol Nawrocki w ostateczności mógłby zaproponować, z powodu konfliktu między prezydentem a rządem, który wymaga naprawy:  dla dobra ojczyzny może zrezygnować ze swojego stanowiska i pozwolić, żeby w Polsce wybrano prezydenta, który będzie bardziej gotowy do współpracy z rządem. Oczywiście teraz sprowadzam rzecz do absurdu, ale leczenie z konfliktu trzeba zacząć od siebie, bo w tym konflikcie nie ma jednej strony.

Czytaj więcej

Artur Bartkiewicz: To nie jest czas na zmianę konstytucji. Karol Nawrocki się myli

Barbara Piwnik, była minister sprawiedliwości i prokurator generalna w rządzie Leszka Millera w rozmowie z „Rzeczpospolitą” twierdzi, że „niewątpliwie trzeba zmienić polską konstytucję” i „jest to właściwy moment na dyskusję o reformie”.

Moment na dyskusję o konstytucji jest od kilku lat. Nie mam argumentów za tym, żeby nie debatować. Pytanie jednak, w którą stronę trzeba zmienić konstytucję? Barbara Piwnik jest osobą w stanie spoczynku, niezwiązaną z jakąkolwiek partią polityczną, ma prawo do swoich poglądów i ma prawo je przedstawiać. Nie widzę w tym nic szczególnego. Szczególne jest to, że prezydent niesłusznie mówi o momencie konstytucyjnym, bo go nie ma. Jakie wnioski ta Rada zaproponuje, zobaczymy. Skład Rady wciąż nie jest zamknięty, więc zapewne znajdą się tam różni ludzie. Mam silne przekonanie, że ten pomysł ma jednak podłoże czysto polityczne. Prezydent porusza temat momentu konstytucyjnego, żeby usprawiedliwiać omijanie przez siebie konstytucji i uczynić z niej jeden z tematów wiodących kampanii, być może już parlamentarnej w 2027 r. Choć to się w moim przekonaniu nie uda. Inne tematy będą ważniejsze. Ale może się udać w 2030 r. Polityka tutaj jest wiodącym tematem, a nie to, żeby konstytucję reformować, zmieniać. Słyszałem opinię jednego z członków Rady, prawnika Ryszarda Piotrowskiego, który powiedział, że nie trzeba zmieniać konstytucji.

Ale do Rady wszedł.

Wszedł, żeby to powiedzieć. Zwraca uwagę: przeczytajcie konstytucję tak jak trzeba, od początku do końca, ze zrozumieniem i wtedy wiele kwestii, które dzisiaj są konfliktowe, przestanie być problemem. 

Czy pan wszedłby do Rady Nowej Konstytucji przy Karolu Nawrockim?

Nie, do takiej Rady nie. Ona ma wymiar polityczny, a ja nie chcę się wikłać w politykę. Przez polaryzację nie ma już barykady, na której można siedzieć okrakiem. Albo jest się po jednej stronie, albo po drugiej, co nie jest dobre. Gdyby Radę Konstytucji, czy Komisję Refleksji Konstytucyjnej utworzono wspólnie przez prezydenta, Sejm, Senat i weszli tam przedstawiciele prawa konstytucyjnego z różnych uczelni i zaproszono mnie jako byłego przewodniczącego Komisji Konstytucyjnej, to do takiego szerokiego grona ponadpolitycznego bym wszedł. Wtedy rzeczywiście byłaby szansa, że rozmawiamy o Konstytucji, a nie o tym, komu to ma służyć, kto ma komu przyłożyć projektem konstytucyjnym, czyli użyć go jako argumentu politycznego. Jestem zbyt stary i doświadczony, żeby się w takie rzeczy wikłać.

Czytaj więcej

Barbara Piwnik: Trzeba zmienić konstytucję, prezydent niczego nam nie narzuca

Po wyborach parlamentarnych w 2027 r. może się okazać, że prawica będzie miała większość konstytucyjną, z Konfederacją, partią Grzegorza Brauna i PiS na czele. Sondaże są dla nich łaskawe.

Ale nie na łącznym poziomie 51 proc. Jeżeli poparcie dla prawicy wzrośnie do dwóch trzecich i te dwie trzecie będzie miała prawica, to oczywiście będzie miała wszelkie tytuły, żeby zgodnie z przepisami obecnej konstytucji ją zmienić. Vox populi, vox dei, zdecyduje naród. Czytając różne sondaże, ale także spotykając się z ludźmi, moim zdaniem takiej szansy nie ma. W Polsce żadne ugrupowanie, ani prawica narodowa, ani centroprawico-lewica, że tak powiem europejsko-demokratyczna, nie uzyska dwóch trzecich.

Czytaj więcej

Marcin Krzemiński: Latająca rada prezydenta

A jeżeli chodzi o system, to uważa pan, że powinniśmy postawić bardziej np. na system prezydencki?

Możemy wrócić do tej dyskusji, ale powiem panu, czym się ona skończy. Ona się skończy czymś podobnym do tego, co mamy w obecnej konstytucji. Być może z wyłączeniem pewnych najbardziej konfliktogennych kwestii. Czyli jeszcze dokładniej napiszemy, jak wygląda system nominowania ambasadorów, żeby nie było tej sytuacji, jaką mamy. Czyli przerobimy konstytucję bardziej w stronę instrukcji obsługi relacji między prezydentem a rządem.

Widzę rozwiązanie dla konfliktu prezydencko-rządowego. Wydaje mi się niemożliwe odebranie Polakom prawa do wyboru bezpośredniego w wyborach powszechnych prezydenta. Wszyscy ci, którzy mówią, że sprowadzilibyśmy wybór prezydenta, np. w systemie kanclerskim, do Zgromadzenia Narodowego, mylą się i spotkaliby się z poważnym oporem społecznym. Konsekwencją wyboru prezydenta przez Zgromadzenie Narodowe byłby słabszy prezydent i prezydent partyjny. Ale jeżeli założyć, że w Polsce chcemy wybierać prezydenta w wyborach powszechnych, to być może rozwiązaniem, które by zdjęło część z tych napięć, jakie w tej chwili widzimy, jest ograniczenie prezydenckiej kadencji do jednej. Dzisiaj prezydent może być wybierany dwukrotnie, na dwie pięcioletnie kadencje. Ale być może trzeba kadencję prezydenta wydłużyć, na przykład do sześcio- czy nawet siedmioletniej, ale tylko jednej. To zdejmuje problem reelekcji. Prezydent nie musiałby się nikomu kłaniać, z nikim się układać, żeby mieć szansę na ponowne poparcie na wybory. Być może trzeba zwiększyć również pułap wiekowy, bo w tej chwili prezydentem może być osoba, mając ukończonych 35 lat. Tu jestem nie do końca fair, bo ja miałem 41 lat, jak byłem wybrany, a teraz powiem coś, co jest przeciwko temu. Być może powinniśmy wybrać prezydenta, który jest powyżej pięćdziesiątki, żeby to był polityk już doświadczony i raczej kończący swoją aktywność polityczną, a nie uważający prezydenturę za trampolinę i marzący o  dalszych rolach. To patynowałoby ten urząd i czyniło go bardziej odpowiedzialnym za sprawy państwa, sprawy zasadnicze, a nie za koniunkturę polityczną, w której żyjemy. To też jest do przemyślenia i to nie wymaga zmian całej konstytucji.

Jest jeszcze pytanie o weto prezydenckie. Myśmy świadomie w konstytucji, którą pisaliśmy, z weta prezydenckiego wyłączyli budżet. Budżet to jest kwestia rządu i większości parlamentarnej, która rząd popiera. I tu prezydent nie ma prawa mieszać, bo to zamazywałoby odpowiedzialność za wydawanie pieniędzy państwowych. Może trzeba dopisać, że prezydent nie może wetować budżetu i nie może wetować tych ustaw, nazwijmy okołobudżetowych, czyli tych, które ewidentnie są związane z tworzeniem budżetu, czyli na przykład akcyzy, kwestii podatkowych. Za to bierze odpowiedzialność rząd. Jest trochę tego typu rozwiązań, które zmniejszałyby możliwość wkładania kija w szprychy rządu przez prezydenta.

Pełna wersja rozmowy na rp.pl

Czytaj więcej

Kwaśniewski o Nawrockim: Niech nie obraża premiera i zacznie współpracować z rządem

Aleksander Kwaśniewski

były prezydent RP