System konstytucyjny państwa to nie tylko normy prawa (z ustawą zasadniczą na czele), bezwzględny obowiązek ich przestrzegania, ale też konsensus społeczny polegający na akceptacji rozwiązań ustrojowych, które dyktuje konstytucja. Logikę tej wypowiedzi można by też odwrócić, dowodząc, że fundamentem systemu jest konsensus społeczny, którego więdnięcie może uruchomić procesy zmian w prawie.
Kiedy mamy do czynienia z tzw. momentem konstytucyjnym?
To logika poprawna, acz z jednym zastrzeżeniem; tzw. moment konstytucyjny (wedle teoretyków „okno legislacyjne” na zmiany konstytucji) warunkowany jest jeszcze czymś dużo ważniejszym. Nie tylko społeczną intuicją potrzeby zmiany ustawy zasadniczej, ale również na tyle mocnym konsensusem w ramach demokratycznych instytucji przedstawicielskich, że mocą legalnych (większościowych) decyzji zmiana może być przeprowadzona. I z tym jest zwykle największy problemem: moment konstytucyjny zdarza się niezwykle rzadko.
Konstytucja nie jest dziełem przypadku, efektem chwili, kaprysem indywidualnego polityka, czy instrumentem taktycznej rozgrywki.
Co więcej, system się przed nim broni. Przed częstymi, niekiedy nazbyt gwałtowanymi zmianami chronią konstytucję instrumenty prawne. Takie choćby jak większość kwalifikowana (w Polsce parlamentarna większość potrzebna do zmiany konstytucji co najmniej 2/3 głosów w obecności minimum połowy ustawowej liczby posłów oraz bezwzględna większość głosów w obecności minimum połowy ustawowej liczby senatorów), by wspomnieć o najważniejszym z instrumentów ochrony konstytucyjnego status quo.
Czytaj więcej
Wybory parlamentarne w 2027 r. powinny być o tym, czy będziemy mieli w Polsce system prezydencki czy kanclerski. Obecny system się nie sprawdza, to...
Kiedy w Polsce mieliśmy do czynienia z „momentem konstytucyjnym”?
Co ciekawe, w historii III Rzeczpospolitej mieliśmy do czynienia zaledwie z dwoma „momentami konstytucyjnymi”. Pierwszy zdarzył się w 1989 roku w momencie fundamentalnej zmiany ustrojowej. Wyrwanie państwa z systemu sowieckiego, odzyskanie przez Polskę suwerenności nie zostawiało wątpliwości, że trzeba zmienić porządek konstytucyjny. Już wiosną przywrócono Senat i urząd prezydenta, a w grudniu zmieniono nazwę państwa i pozbyto się zapisów o socjalizmie, przewodniej roli PZPR i współpracy ze Związkiem Sowieckim. Swoistym echem tego wielkiego momentu konstytucyjnego była „mała konstytucja” z października 1992 roku, która tworzyła fundament zasad systemu parlamentarno-gabinetowego.
Ustrój polityczny w Polsce
Na kolejny, i jak dotąd ostatni „moment konstytucyjny” trzeba było czekać do 1997 roku, kiedy udało się uchwalić nową Konstytucję Rzeczpospolitej Polskiej. Wypada jednak pokreślić, że proces prac nad nową ustawą zasadniczą trwał od kwietnia 1992 r. kiedy uchwalono ustawę o trybie przygotowania i uchwalenia Konstytucji RP i powołano Komisję Konstytucyjną Zgromadzenia Narodowego, która miała pracować nad projektem nowej regulacji. Ostatecznie w toku prac komisji wniesiono osiem różnych projektów. Ostateczną wersję przyjęło Zgromadzenie Narodowe większością 451 głosów, a zanim w lipcu regulację podpisał prezydent, Polacy zaakceptowali ją w majowym referendum.
Bez konsensusu zmienić konstytucji się nie da
Po co ten wykład na temat powstawania Konstytucji z 1997 r.? Ano po to, by pokazać zarówno jej głębokie korzenie sięgające zmian z końca lat 80., jak i niezwykle długi oraz politycznie skomplikowany proces prowadzący do jej uchwalenia. To najlepszy dowód na to, że konstytucja nie jest dziełem przypadku, efektem chwili, kaprysem indywidualnego polityka, czy instrumentem taktycznej rozgrywki. Konstytucja (by pominąć te, które przyjęto w efekcie zamachów stanu) to dzieło narodu i jego klasy politycznej, okupione wielkim wysiłkiem i zasadą względnego konsensusu.
Karol Nawrocki mógłby zostać liderem refleksji o potrzebie nowej konstytucji, gdyby zrozumiał, że warunkiem sensu takich prac jest konsensualny styl prezydentury. Innymi słowy takie sprawowanie roli głowy państwa, która jednoczy, a nie polaryzuje. „Skleja” Polaków, a nie dzieli.
Czy taką sytuację mamy w Polsce dziś? Czy można powiedzieć, że doświadczamy albo nadchodzi „moment konstytucyjny”? Nie mam takiego wrażenia. Dlatego ze sceptycyzmem patrzę na Radę Nowej Konstytucji, którą powołał prezydent Karol Nawrocki. Co ważne, nie odmawiam prezydentowi prawa do pracy nad nową ustawą zasadniczą. Ma ku temu wszelkie tytuły, ale potrzeba czegoś więcej. „Zaczynamy pracę nad konstytucją nowej generacji 2030 r Bardzo dziękuję profesjonalistom, dziękuję ludziom odważnym. Dziękuję za to, że reprezentujecie Państwo różne środowiska” – powiedział w czasie inauguracji Rady 3 maja. I tu pierwsze „więcej”.
Czytaj więcej
Jeśli Karol Nawrocki rzeczywiście chce zmiany konstytucji, to jednocześnie robi wiele, by ją uniemożliwić. Momentu konstytucyjnego w Polsce obecnie...
Rada Nowej Konstytucji to seminarium ideologiczne prawicy
Mimo zaklęć, że członkowie Rady reprezentują różne środowiska, prócz „listków figowych” wszyscy członkowie Rady to przedstawiciele twardej prawicy, środowisk związanych z trzonem Prawa i Sprawiedliwości, bądź poplecznicy prezydenta. Czy na tym ma polegać pluralizm? W kilku przypadkach to ewidentna próba znalezienia miejsca dla emerytowanych (odsuniętych przez Jarosława Kaczyńskiego od codziennej polityki) byłych koryfeuszy prawicy (Marek Jurek, Ryszard Legutko, Zdzisław Krasnodębski).
Przypadek Julii Przyłębskiej jest osobny; by nie szukać innych słów nazwijmy go skrajnie polaryzującym, co wyjdzie w praktyce, gdyby prezydent chciał powołać do Rady przedstawicieli środowisk bardziej neutralnych politycznie. Podsumowują:, mająca pracować nad projektem przyszłej konstytucji Rada jest w większości ekspozyturą najtwardszej prawicy i bardziej niż zespół mający spoglądać w polską przyszłość przypomina seminarium na temat zagrożeń europejskim lewactwem, lumpen-liberalizmem i LGBT. To kwestia pierwsza.
Dlaczego metoda polityczna Karola Nawrockiego nie pozwoli na zmianę konstytucji?
Druga dotyczy już bezpośrednio osoby prezydenta Karola Nawrockiego i jego metody politycznej. Otóż mógłby zostać liderem refleksji o potrzebie nowej konstytucji, gdyby zrozumiał, że warunkiem sensu takich prac jest konsensualny styl prezydentury. Innymi słowy takie sprawowanie roli głowy państwa, która jednoczy, a nie polaryzuje. „Skleja” Polaków, a nie dzieli. Prezydent, który wprost, jako swój polityczny cel deklaruje obalenie rządu większościowej koalicji nigdy nie będzie konsensualny. Nawet jeśli zakłada, że w nieodległej przyszłości prawica zwiększy swą reprezentację w Sejmie i Senacie. Nie należy tego wykluczać, acz bardziej prawdopodobnym scenariuszem jest utrzymywanie się status quo Polski głęboko i mniej więcej w równych częściach podzielonej na protagonistów aktualnej koalicji i jej przeciwników.
Po co więc Karol Nawrocki powołał Radę Nowej Konstytucji? Myślę, że przede wszystkim dla własnego komfortu. Chce być prezydentem przyszłości. Inicjatorem politycznych i cywilizacyjnych przemian. Apostołem nowej Polski. Dać komunikat, że nosi czapeczkę z napisem Make Poland Great Again. Nikt mu tego prawa nie odbiera. Tyle że zabiera się do tej roboty jak kowal do naprawy zegarka. Nic tutaj udać się nie może.