Reklama

Bartłomiej Biskup: Po wecie w sprawie SAFE Karol Nawrocki wyrósł na patrona obozu prawicy

Po wecie w sprawie SAFE obóz prawicy zyskał polityczną spójność. Ale logika polaryzacyjna tej decyzji, paradoksalnie sprawia, że jest ona również korzystna dla rządzących. Każda ze stron realizuje swoje cele mobilizacyjne - ocenia prof. Bartłomiej Biskup.
Prezydent RP Karol Nawrocki podczas spotkania z mieszkańcami powiatu kieleckiego w Chmielniku

Prezydent RP Karol Nawrocki podczas spotkania z mieszkańcami powiatu kieleckiego w Chmielniku

Foto: PAP/Leszek Szymański

Czy weto prezydenta Karola Nawrockiego do ustawy wprowadzającej SAFE ma w ogóle realne znaczenie polityczne, czy jest tylko elementem taktycznej rozgrywki?

Wydaje się, że to weto ma coraz mniejsze znaczenie. Po pierwsze dlatego, że sam rząd w trakcie całego sporu zaczął podkreślać, iż program i tak zostanie przeprowadzony, nawet jeśli prezydent zawetuje ustawę. To pokazuje, że z punktu widzenia samego funkcjonowania tego mechanizmu sprawa nie jest aż tak fundamentalna, jak mogło się wydawać na początku. Po drugie, zmienia się też nastawienie społeczne. Na początku wydawało się, że większość opinii publicznej raczej popiera ustawę i jej podpisanie. Dziś to już nie jest tak jednoznaczne. Przybywa osób, które zaczynają mieć wątpliwości. I rzeczywiście obozowi prezydenta, ale też części polityków, udało się te wątpliwości wzbudzić – nie tyle może wobec samej idei, ile wobec konkretnego mechanizmu. Dlatego powiedziałbym, że skutki są dziś dwojakie. Z jednej strony, jeśli chodzi o praktyczne funkcjonowanie programu, znaczenie weta nie musi być aż tak duże, skoro sam rząd zapowiada, że znajdzie sposób, by ten program realizować. Najbardziej mogą na tym stracić służby niewojskowe, bo to one – jak dziś się podkreśla – nie będą mogły w pełni skorzystać z tego rozwiązania. Z drugiej strony pozostaje znaczenie polityczne. I ono wydaje się dziś przede wszystkim polaryzacyjne. Wchodzimy więc w logikę rytualnego sporu politycznego, który ma bardziej mobilizować własnych wyborców niż realnie rozstrzygać o przyszłości programu czy o zdolnościach polskiej armii.

Politycy PiS, z którymi rozmawiałem na gorąco po wecie, podkreślają, że z ich punktu widzenia to jest akurat plus. Ich zdaniem obóz prawicy zachował w tej sprawie pełną spójność – między Karolem Nawrockim, Przemysławem Czarnkiem, Jarosławem Kaczyńskim i Mateuszem Morawieckim nie ma tu większych różnic.

Tak, to można uznać za pewien sukces tego obozu, a przynajmniej za wyraźny polityczny plus. Po pierwsze dlatego, że widać zmianę w opinii publicznej. Po drugie: po stronie prawicy udało się zachować jednolite stanowisko. Właściwie wszystkie ugrupowania i najważniejsi politycy tego obozu mają w tej sprawie podobne zdanie, a w polityce taka spójność sama w sobie jest już pewną wartością.

Czytaj więcej

Bogusław Chrabota: Jak wziąć pieniądze na zbrojenia z NBP? Są sposoby

Nawet politycy Konfederacji popierają weto.

Tak, i to też jest istotne: nie chodzi wyłącznie o sam PiS, ale szerzej o cały obóz prawicy. Z tego, co było słychać, również Konfederacja miała podobne stanowisko. Pod tym względem prezydent rzeczywiście zapunktował. Jeśli wcześniej pojawiały się głosy, że może stać się patronem całego obozu prawicy, to w tej sprawie właśnie w pewnym sensie tak się stało.

Bo też Piotr Matczuk, weteran kampanii PiS, już wiele tygodni temu mówił w „Rzeczpospolitej”, że największym problemem dla PiS byłoby ewentualne rozklejenie się relacji z Nawrockim.

To rozklejenie w pewnym sensie już istnieje od dłuższego czasu. Moim zdaniem PiS mierzy się dziś z głębszym problemem, związanym ze zmianą struktury własnego elektoratu. Chodzi o to, że ten elektorat po prostu się postarzał. Udział wyborców młodych i w średnim wieku wyraźnie spadł. I to rodzi pytanie bardziej średnio- i długoterminowe: jak ta partia ma dalej funkcjonować, do kogo ma się zwracać, jak ma odbudowywać swoje społeczne zaplecze.

Reklama
Reklama

Na tym tle Karol Nawrocki był dla PiS projektem szerszym. Oczywiście częściowo wynikało to także z logiki drugiej tury wyborów, ale faktem jest, że miał on potencjał wykraczający poza twardy elektorat PiS. Żeby odnieść sukces w wyborach prezydenckich, partia musiała go w pewnym stopniu od siebie odkleić. I z punktu widzenia samej kampanii to zadziałało. Tyle że później pojawił się skutek uboczny.

Bo skoro Nawrocki został od PiS odklejony, to jego sukces nie przełożył się automatycznie na wzrost poparcia dla samej partii. Politycy PiS najwyraźniej liczyli, że zwycięstwo Nawrockiego stanie się dla nich dźwignią, która pociągnie notowania ugrupowania w górę. Tymczasem stało się raczej odwrotnie – poparcie dla PiS zaczęło powoli topnieć.

Można więc powiedzieć, że taktycznie ten manewr został wygrany, ale strategicznie stworzył nowy problem. Odklejenie Nawrockiego zadziałało na tyle skutecznie, że część wyborców mogła dojść do wniosku: dobrze, skoro on jest kimś trochę innym niż PiS, to właśnie czegoś innego teraz oczekujemy. Nie oczekujemy już dokładnie tego samego PiS, który i tak w 2023 r. miał słabszy wynik, zwłaszcza wśród wyborców młodszych i w średnim wieku.

A dziś prawicowy wyborca widzi to w sposób dość prosty: ma PiS, który był przeciwko SAFE, i ma prezydenta Nawrockiego, który również jest przeciwko SAFE, a jednocześnie zaproponował własną alternatywę. Z perspektywy takiego wyborcy – niezależnie od tego, czy jest bliżej PiS, czy Konfederacji  – obraz sytuacji jest więc klarowny. 

Tak, a nawet więcej: nastąpiło tu pewne doklejenie do twardego rdzenia PiS i szerzej – całego obozu prawicy. Włączono w tę sprawę także Adama Glapińskiego, prezesa NBP, który w naturalny sposób kojarzy się jeszcze ze starym środowiskiem Porozumienia Centrum i tamtym zapleczem politycznym. To dodatkowo wzmacnia wrażenie ciągłości i wewnętrznej spoistości tego obozu. Dlatego sądzę, że sprawa SAFE może częściowo zadziałać właśnie w kierunku ponownego sklejenia tego środowiska. Powstaje obraz jednego obozu: z prezydentem jako jego patronem, z PiS jako główną siłą polityczną i z szerszym zapleczem, które w tej sprawie mówi podobnym głosem. Niewykluczone więc, że PiS również trochę na tym skorzysta.

W sensie mobilizacyjnym ten efekt powinien być, moim zdaniem, lekko dodatni. Nie musi to oznaczać jakiegoś wielkiego przełomu, ale może dać obozowi prawicy pewne wzmocnienie i potwierdzić jego spójność w oczach własnych wyborców.

Politycy PiS twierdzą zresztą nieoficjalnie, że decyzja prezydenta jest korzystna dla Przemysława Czarnka. On przecież próbuje rozpędzać kampanię. Argumentują, że gdyby doszło do zgrzytu z prezydentem, ta maszyna mogłaby się po prostu zaciąć już na starcie. A tak Czarnek może dziś mówić: jesteśmy w PiS wszyscy razem z prezydentem. Nawet jeśli stratedzy PiS wiedzą, że weto niesie też ryzyka.

Tak, oczywiście – gdyby weta nie było, pojawiłby się zgrzyt. W obecnej sytuacji wszyscy idą w jednym kierunku, a to jest także woda na młyn Przemysława Czarnka. Oczywiście on sam rozkładał akcenty nieco inaczej, bo mocniej eksponował  kwestie Niemiec czy sprawy ideologiczne, ale mimo to ta decyzja również może mu pomóc. Zawsze może powiedzieć, że prezydent myśli podobnie – albo, że on myśli podobnie jak prezydent, co w praktyce politycznej nie ma większego znaczenia. Liczy się to, że cały obóz zachowuje spójność. I w tym sensie rzeczywiście jest to dla Czarnka dobry kontekst polityczny.

Reklama
Reklama

A warto jeszcze spojrzeć na to weto z perspektywy bardziej centroprawicowego, umiarkowanego wyborcy – takiego, który w obrębie tego obozu prędzej wybrałby byłego premiera Mateusza Morawieckiego niż Przemysława Czarnka. Co on właściwie z tego ma? Bo mam wrażenie, że właśnie na tej bardziej centrowej flance taki „normals” mógł się jednak tym wetem i całą retoryką PiS po prostu zdziwić. I pytanie, czy to nie jest dla PiS potencjalnie większy problem niż to, o czym wcześniej mówiliśmy.

Myślę, że taki wyborca rzeczywiście mógł się trochę zdziwić, ale jednocześnie dostał też pewne argumenty, które tę decyzję oswajają. Bo to nie zostało przedstawione jako weto czysto polityczne, oparte wyłącznie na odruchowym sprzeciwie. Pojawiły się konkretne zastrzeżenia i obiekcje, które mogą być uznane za merytoryczne i stanowić pole do dyskusji.

To ważne także dlatego, że obok samego sprzeciwu pokazano również pewną alternatywę. Został zaproponowany określony program, a wokół niego pojawili się ludzie kojarzeni nie tyle z twardą polityką partyjną, ile raczej z zapleczem ekonomiczno-technokratycznym. Mam tu na myśli choćby Leszka Skibę, doradcę prezydenta, a wcześniej prezesa banku Pekao, postrzeganego jako przedstawiciel tego bardziej eksperckiego, gospodarczego nurtu, który wielu obserwatorom kojarzy się z czasami Mateusza Morawieckiego.

Taki wyborca może więc powiedzieć sobie: skoro tego typu środowisko również zgłasza zastrzeżenia, to być może rzeczywiście coś w tym jest. Podobnie zresztą z Adamem Glapińskim, którego wiarygodność – mimo wszystkich sporów politycznych – została ostatnio w pewnym stopniu wzmocniona choćby przez dyskusję wokół rezerw złota. To również może działać uspokajająco na bardziej centrowego czy konserwatywno-technokratycznego wyborcę.

Innymi słowy, ten przekaz został zbudowany nie tylko dla twardego elektoratu prawicy, ale także dla bardziej umiarkowanego odbiorcy. Takiego, który niekoniecznie reaguje na samą retorykę sporu, ale zwraca uwagę na argumenty instytucjonalne, ekonomiczne i eksperckie.

Czytaj więcej

„Rzecz w tym”: Co naprawdę siedzi w głowie Jarosława Kaczyńskiego? Po co mu Przemysław Czarnek?

Ale z drugiej strony pojawia się pytanie bardziej fundamentalne – co z centrum? Czy to centrum jeszcze w ogóle pana zdaniem istnieje? 

Myślę, że ono istnieje, tylko trzeba dobrze zrozumieć, co dziś właściwie rozumiemy przez „centrum”. To nie jest już chyba centrum jako jeden spójny obóz czy wyraźnie wyodrębniona formacja polityczna. Raczej chodzi o pewne rozłożenie akcentów. Można przez to rozumieć wyborców, którzy dziś są niezdecydowani, którzy odeszli od PiS, ale też takich, którzy z różnych powodów oddalili się od Platformy Obywatelskiej i nie widzą dla siebie przekonującej oferty. Kiedyś taką alternatywą bywała Trzecia Droga, Hołownia czy PSL, przynajmniej przez pewien czas, ale dziś to już nie działa tak samo.

Reklama
Reklama

Tacy wyborcy zawsze funkcjonują przy dużych partiach, zarówno przy Platformie, jak i przy PiS. I nie chodzi tu koniecznie o jakieś bardzo precyzyjnie zdefiniowane poglądy centrowe. Chodzi raczej o umiarkowanie. Na prawicy byłby to więc elektorat konserwatywno-liberalny, używając klasycznego określenia. Po drugiej stronie byłby to raczej elektorat liberalno-lewicowy. Czyli ludzie, którzy niekoniecznie odnajdują się w logice twardej obozowej wspólnoty, nie mają potrzeby bycia politycznymi „żołnierzami” i nie poddają się tak łatwo temu procesowi utwardzania elektoratów.

W tym sensie centrum nadal istnieje, bo polityczna walka cały czas toczy się właśnie o tych wyborców. Oni nie odpłynęli wyłącznie z PiS do Konfederacji. Część z nich po prostu wycofała się w stronę niegłosowania, zawieszenia decyzji, politycznego wahania. Dlatego powiedziałbym, że nie mamy dziś jednego zwartego centrum, ale raczej różne grupy bardziej umiarkowanych wyborców, które kiedyś współtworzyły wysokie notowania dużych partii. A skoro dziś są niezdecydowane, to tym bardziej stają się cennym celem każdej kampanii wyborczej. 

Kluczowe pytanie brzmi więc: kto mógłby dziś taką flagę centrum podnieść? Czy musiałby to być ktoś zupełnie nowy, czy też tę rolę mógłby jeszcze odegrać ktoś z obecnych polityków, na przykład prezes PSL, szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz?

Koncepcji jest tu oczywiście kilka. Być może taką rolę mógłby odegrać Władysław Kosiniak-Kamysz, ale jego problem polega na tym, że sam jest dziś częścią rządu. A skoro jest wicepremierem, to pojawia się pytanie o wiarygodność takiego manewru. Na ile byłby w stanie realnie się od rządu odseparować i zbudować pozycję choć częściowo niezależną? To byłoby dla niego bardzo trudne.

Pojawiają się też spekulacje, że taką flagę centrum mogliby podnieść jacyś przedsiębiorcy. W tym kontekście przewija się choćby nazwisko Rafała Brzoski. Tyle że on sam wyraźnie się od tego odciął i chyba słusznie. Zrobił swoje przedstawienie, ale na dziś nie widać, by chciał przekuć to w projekt polityczny.

Teoretycznie taką przestrzeń mogłaby też zagospodarować jakaś formacja związana z Mateuszem Morawieckim. Zwłaszcza że w momentach napięć wewnątrz obozu prawicy pojawiały się pomysły, że gdyby doszło do pęknięcia, to właśnie takie środowisko byłoby naturalnym kandydatem do budowy oferty dla umiarkowanego centrum. Tylko że od razu pojawia się pytanie, czy w ogóle jest sens komplikować sytuację po prawej stronie, rozbijać PiS i tworzyć nową partię tylko po to, by walczyć o ten segment wyborców.

Reklama
Reklama

Bo taki scenariusz ma jednocześnie swoje zalety i bardzo poważne wady. Owszem, dawałby szansę na lepsze dotarcie do wyborcy umiarkowanego, ale z drugiej strony rozdrobnienie prawicy na większą liczbę partii mogłoby przynieść także poważne straty. I dlatego dziś nie widzę tu jednego oczywistego rozwiązania.

Widać to w przypadku SAFE. Morawiecki skwitował weto w sposób jednoznacznie aprobujący, a jednocześnie poparł propozycję Adama Glapińskiego. Z perspektywy bardziej centrowego wyborcy oznacza to, że również on w tej sprawie traci część swojej odrębnej wiarygodności. Bo w tym konkretnym sporze przestaje być figurą umiarkowaną, a zaczyna brzmieć podobnie jak Przemysław Czarnek. 

Tak, w tym sensie Morawiecki pozostaje lojalny wobec głównej linii tego obozu. Z drugiej strony jego rola może być trochę inna niż rola Czarnka. Morawiecki jest wiarygodniejszy tam, gdzie chodzi o argumentację bardziej analityczną, ekonomiczną i techniczną niż ideologiczną. To znaczy może tłumaczyć, dlaczego sprzeciw wobec SAFE wynika nie tylko z politycznego sporu, ale również z zastrzeżeń dotyczących kosztów, mechanizmu finansowania, sposobu spłaty czy samej konstrukcji tych rozwiązań.

I pod tym względem on rzeczywiście może być dla tego obozu przydatny w grze o bardziej umiarkowanego wyborcę. Może próbować przekonywać, że nie chodzi wyłącznie o ideologiczną wojnę między partiami, lecz także o zasadnicze argumenty finansowe i gospodarcze. Zresztą prezydent także używał porównań wyraźnie skierowanych do takiego odbiorcy – choćby wtedy, gdy odwoływał się do skojarzeń z kredytem frankowym. To było porównanie czytelne szczególnie dla klasy średniej, dla ludzi bardziej osadzonych ekonomicznie, a nie dla najtwardszego elektoratu. Dlatego powiedziałbym, że Morawiecki nie tyle buduje tu osobną linię, ile raczej może uzupełniać przekaz obozu od tej bardziej technokratycznej strony. I właśnie w tym sensie może się jeszcze przydać w rywalizacji o wyborcę umiarkowanego.

W otoczeniu prezydenta są dziś ludzie bardzo mocno zanurzeni w analityce, myślący strategicznie. Czy po tym wecie mogą uznać, że potrzebna jest jakaś korekta – na przykład podpisanie ustawy o PIP – żeby nie utrwaliła się rządowa narracja o „wetomacie”?

Tak sądzę. Nie wiem tylko, czy taka korekta nastąpi szybciej, czy raczej trochę później, ale wydaje mi się, że będzie konieczna. Ten dotychczasowy ciąg zdarzeń – twarde komunikaty, wystawienie Przemysława Czarnka, teraz jeszcze sprawa SAFE – jest dobry do utwardzania elektoratu, mobilizacji i ewentualnie odzyskiwania części wyborców, którzy odpłynęli bardziej na prawo, zwłaszcza do obu Konfederacji. Ale im bliżej wyborów, tym bardziej trzeba będzie patrzeć także na polityczne centrum i na wyborców niezdecydowanych. Chodzi również o tych, którzy wahają się albo odpłynęli w inną stronę sceny politycznej. Moim zdaniem jakaś korekta będzie więc potrzebna. Jeśli chodzi o moment, trudno go dziś przesądzać. Ale akurat w przypadku ustawy o PIP prezydent ma dość wygodne wyjście. Może powiedzieć, że to jest już  w zasadzie drugie podejście, że zostały wprowadzone poprawki, że rząd odrobił lekcję – i w związku z tym ustawę podpisuje. To pozwalałoby mu złagodzić wizerunek, nie wycofując się z dotychczasowej linii.

A jak z perspektywy rządu ocenia pan to weto? Bo można też postawić tezę, że ono jest korzystne dla Donalda Tuska: mobilizuje wyborców KO i Nowej Lewicy, a jednocześnie daje nową amunicję w sporze z prezydentem i PiS.

Logika polaryzacyjna tej decyzji paradoksalnie sprawia, że weto jest również korzystne dla rządzących. Sondaże pokazują, że być może nawet trochę bardziej niż dla opozycji. Widać wyraźnie, że obóz władzy bardzo na to weto liczył, mówiąc o tym temacie od kilku tygodni, jeszcze zanim ustawa została uchwalona i trafiła na biurko prezydenta. Ostra retoryka premiera, w tym choćby słynne „zakute łby”, także prowadziła do takiej polaryzacyjnej decyzji, niejako ją na prezydencie wymuszając. Teraz opozycja będzie przedstawiana przez rząd jako działająca na szkodę interesów bezpieczeństwa, a ono jest dziś jednym z najważniejszych elementów społecznych obaw Polaków. Każda ze stron realizuje więc tutaj swoje cele mobilizacyjne.

Reklama
Reklama

Foto: mat.pras.

Bartłomiej Biskup

Politolog, dr hab., adiunkt Wydziału Nauk Politycznych Akademii Humanistycznej im. Aleksandra Gieysztora w Pułtusku i Katedry Socjologii Polityki i Marketingu Politycznego Wydziału Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego

Policja
Nietykalna sierżant „Doris”. Drugie życie tajnej policjantki
Materiał Promocyjny
Jak zostać franczyzobiorcą McDonald’s?
Materiał Promocyjny
OTOMOTO rewolucjonizuje dodawanie ogłoszeń
Polityka
Jak Polacy oceniają Donalda Tuska? Najnowszy sondaż nie pozostawia wątpliwości
Polityka
Donald Tusk pisze o „wyprowadzeniu Polski z Europy”. „Wszystkie maski opadły”
Polityka
Czy Polacy wierzą w „efekt Czarnka”? Mamy wyniki sondażu
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama