W poniedziałek wieczorem tylko siedmiu posłów stanęło w obronie Borisa Johnsona. 344 głosowało za uznaniem go za kłamcę, który nie jest godzien przekroczenia progu Izby Gmin. Chodzi o „partygate”: raport, w którym udowodniono, że na przełomie 2021 i 2022 roku szef brytyjskiego rządu wielokrotnie łamał ograniczenia życia społecznego i organizował zakrapiane imprezy na Downing Street.
Czarę goryczy przelał filmik, który ukazał się na mediach społecznościowych w weekend. Widać na nim współpracowników, którzy nie tylko piją, ale i tańczą. A także śmieją się z zakazu wychodzenia z domu.
To był czas, kiedy liczbę ofiar covidu liczono w tysiącach. Także sam premier w pewnym momencie trafił pod respirator, jego dni wydawały się policzone. Później jednak w wielokrotnych wystąpieniach w Izbie Gmin zapewniał, że nigdy nie dopuścił do złamania narzuconych przez władze reguł.
- Nie dajmy się zwieść przyjaźni. Musimy pozostać lojalni prawdzie, godności tego parlamentu - atakowała w poniedziałek Theresa May, poprzedniczka Johnsona na czele rządu.
Obecny premier Rishi Sunak, którego Boris Johnson po prostu nienawidzi, bo obarcza go winą za przerwanie jego wielkiej kariery politycznej, nie brał udziału w głosowaniu. Nie chciał też powiedzieć, jak by się odniósł do raportu.
Czytaj więcej
Były premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson ogłosił, że ze skutkiem natychmiastowym rezygnuje z zasiadania w Izbie Gmin.
Jednak po stronie Borisa Johnsona wśród wielkich polityków Partii Konserwatywnej stanął tylko Jacob Rees-Mogg, zatwardziały zwolennik brexitu, sekretarz handlu w rządzie Johnsona.
Spychając na margines Johnsona, torysi próbują uratować własną skórę. 80 proc. Brytyjczyków uważa byłego premiera za kłamcę. A Partia Konserwatywna z 28 proc. poparcia pozostaje daleko w tyle za Partią Pracy (44 proc.). Z Johnsonem na pokładzie nie ma żadnych szans na utrzymanie się na powierzchni.