Jesień dopiero się zaczyna, ale możemy już powiedzieć, że przetrwamy tę zimę – oświadczył w niedzielę kanclerz Olaf Scholz w Abu Zabi. Przybył tam z Arabii Saudyjskiej, kraju, z którego faktycznym władcą Berlin nie chciał mieć do czynienia po morderstwie dysydenta Dżamala Chaszukdżiego. Wojna w Ukrainie wszystko zmieniła. W Abu Zabi kanclerz uczestniczył w podpisaniu przez koncern RWE porozumienia na dostawę skroplonego gazu. Wprawdzie Niemcy nie dysponują jeszcze gazoportem, ale to ma się zmienić już w grudniu tego roku. Pierwszy pływający terminal rozpocznie działalność w Brunsbüttel. To tam przypłynąć ma pierwsza dostawa skroplonego gazu. 137 tys. metrów sześciennych. Przy tym roczne zużycie gazu sięgało w latach poprzednich ok. 90 mld m sześciennych, z czego ponad połowa pochodziła z Rosji.

Dostawy z Kataru to więc na razie kropla w morzu niemieckich potrzeb, ale początek został zrobiony. Jak zapewnia Scholz, Niemcy już nigdy nie uzależnią się od jednego dostawcy tego surowca.

Jak na razie plan ten nie idzie źle, mimo iż Kreml zakręcił kurek na Nord Stream 1, głównej magistrali dostaw rosyjskiego gazu. Nie wpłynęło to na napełnienie już w ponad 90 proc. magazynów gazu, największych w zachodniej Europie. Mieści się w nich ponad jedna czwarta rocznego zużycia. Działają alternatywne dostawy z Holandii czy Norwegii. Jest umowa z Francją. Na początku przyszłego roku uruchomiony zostanie drugi pływający gazoport, a pod koniec przyszłego roku trzeci. Ich zdolność przeładunkowa sięga 15 mld m sześc. rocznie.

Czytaj więcej

Kanclerz Niemiec, Olaf Scholz, zakażony koronawirusem

– Wszystko to nie znaczy, że został już dokonany przełom w zaopatrzeniu w energię. Kluczowe będzie następne sześć miesięcy, które wymagają znacznych oszczędności zwłaszcza przez obywateli, co pozwoli uniknąć przestojów w przemyśle. W sumie jednak podejmowane przez rząd działania idą w dobrym kierunku – tłumaczy „Rzeczpospolitej” prof. Hubertus Bardt z Instytutu Gospodarki Niemieckiej (IDW).

Równocześnie trwa dyskusja, w jaki sposób powstrzymać wzrost cen i jak ograniczyć ich wpływ na poziom życia obywateli. Jak wynika z niedawnego sondażu instytutu Forsa, zdecydowana większość Niemców (82 proc.) jest niezadowolona ze sposobu, w jaki rząd stara się opanować sytuację kryzysową. Chodzi o skutki podwyżek paliw i energii oraz zakresu ulg dla obywateli. Najbardziej skrajne środowiska domagają się uruchomienia Nord Stream 2, organizując demonstracje w Lubminie, końcowej stacji zamrożonego gazociągu. Ostatnia z nich zgromadziła trzy tysiące osób. Dwa razy więcej demonstrowało w sierpniu w Berlinie czy w Lipsku. Było wśród nich wielu zwolenników postkomunistycznej partii Die Linke oraz Alternatywy dla Niemiec (AfD).

– Jak na razie takie akty protestu nie mają żadnego wpływu na politykę rządu wobec Rosji czy Ukrainy. Chodzi tu głównie o politykę energetyczną rządu – mówi „Rzeczpospolitej” prof. Werner Patzelt, politolog z Drezna. Przypomina jednak, że pacyfistyczne społeczeństwo niemieckie jest bardzo wrażliwe na zagrożenie użycia broni nuklearnej, czym szantażuje Zachód Rosja.

Pod koniec sierpnia tego roku jedna czwarta obywateli była zdania, że rząd za mało pomaga Ukrainie, tyle samo jest przekonanych, że obecna pomoc idzie za daleko. 43 proc. twierdzi, że pomoc jest w sam raz. Dwie trzecie respondentów jest przeciwko dostawom ciężkiego sprzętu wojskowego z zasobów Bundeswehry. Takie wyniki tłumaczą po części opór rządu kanclerza Scholza w sprawie dostaw czołgów bojowych Leopard. – Pozostaniemy przy wyważonej polityce wsparcia Ukrainy, aby uniknąć eskalacji – oświadczył w niedawnym wywiadzie telewizyjnym kanclerz Scholz już po atomowych groźbach Putina.