Edith Cresson, do tej pory jedyna kobieta, która stała na czele francuskiego rządu (wytrzymała 10 miesięcy za François Mitterranda w 1991 r.) miała w ten wtorek jedną radę dla swojej następczyni: musisz być twarda, bo polityka w tym kraju to brutalny świat macho!

Ale Borne w życiu nie miała łatwo. Jej ojciec zmarł gdy miała 11 lat. To Józef Bornstein, Żyd z Łukowa, który w 1939 r. uciekł do Francji tuż przed zgotowaną przez Niemców Zagładą. A tam jako jeden z nielicznych nad Sekwaną przystąpił do Ruchu Oporu (Resistance). Schwytany w 1942 r. został deportowany do okupowanej Polski przez reżim Vichy. Jednak przeżył i wrócił do Francji, gdzie ożenił się z wywodzącą się z rodziny normandzkich farmaceutów Marguerite Lecesne (wraz z przyznaniem francuskiego obywatelstwa w 1950 r. zmienił nazwisko na Borne).

Merkel potworem

Już jako minister pracy w ekipie Emmanuela Macrona Borne dała się poznać jako twarda negocjatorka reformy regulacji rynku pracy ze związkami zawodowymi. Mimo wielkich strajków zdołała też przeforsować otwarcie na konkurencję kolejowego monopolisty SNCF.

Czytaj więcej

Élisabeth Borne wskazana przez Emmanuela Macrona na premiera Francji

Teraz prezydent powierzył jej jeszcze trudniejsze zadanie: przekonać do siebie przynajmniej część lewicowych wyborców i zapewnić, że ugrupowanie głowy państwa, które właśnie zostało przemianowane na Renaissance, utrzymało większość w 577-osobowym Zgromadzeniu Narodowym.

Sondaże przed wyborami w połowie czerwca nie są jednak dla Pałacu Elizejskiego zbyt budujące. Partia prezydencka może liczyć na 26 proc. poparcia wobec 23 proc. dla Zjednoczenia Narodowego Marine Le Pen i tyleż dla Nowej Unii Socjalnej, Ludowej i Ekologicznej Jean-Luca Melenchona, 12 proc. dla gaullistowskich Republikanów oraz 5 proc. dla ugrupowania skazanego za rasizm skrajnie prawicowego Erica Zemmoura. Mimo wszystko dwuetapowa, większościowa ordynacja sprawia, że na razie ankieterzy dają Renaissance 310 mandatów (z 577). Sprzyja im spodziewane poparcie w ostatecznej rozgrywce Republikanów. A także fakt, że Le Pen i Zemmour nie zdołali się porozumieć w sprawie opracowania listy wspólnych kandydatów.

Odciągnięcie przynajmniej części wyborców Melenchona nie będzie tanie

W tym zestawianiu największym zagrożeniem dla Macrona pozostaje jednak Melenchon. Złapał wiatr w żagle po przekonaniu do swojej kandydatury większości pozostałych ugrupowań na lewicy: komunistów, Partii Socjalistycznej, ekologów.

Ale to też niebezpieczny polityk. Zwolennik „wypowiedzenia” traktatów europejskich, Angelę Merkel nazwał „potworem”. W jego programie zapisano zamrożenie cen podstawowych produktów konsumpcyjnych, obniżenie wieku emerytalnego do 60. roku życia czy nacjonalizację autostrad. Przeciwnik wspierania Ukrainy dostawami broni, chce też wyprowadzić Francję ze struktur wojskowych NATO. Uważa, że trzeba wprowadzić przedstawicieli związkowców do rad nadzorczych, a na bogaczy nałożyć specjalny podatek. W kraju, którego sektor publiczny przejął już 59 proc. PKB (najwięcej w Unii), wszystko to może prowadzić do finansowej katastrofy.

Autopromocja
Wyjątkowa okazja

Roczny dostęp do treści rp.pl za pół ceny

KUP TERAZ

Ale odciągnięcie przynajmniej części wyborców Melenchona nie będzie tanie. Związkowcy nie mogą zapomnieć Borne przeforsowania reformy, która ogranicza gwarancje zatrudnienia dla tych, którzy mają pełny etat, choć dzięki temu poziom bezrobocia we Francji po raz pierwszy od lat zaczął spadać.

– Bilans jej działalności jest bardzo negatywny – uważa lider radykalnej centrali CGT Philippe Martinez.

Premierka

Już we wtorek osiem central związkowych skierowało do nowej szefowej rządu list, w którym domaga się rezygnacji z zapowiadanego przesunięcia wieku emerytalnego z 62. do 64. lub 65. roku życia. Sygnatariusze chcą także podwyżek dla armii 5,7 mln funkcjonariuszy państwowych. Wszystko w kraju, którego dług sięga 130 proc. PKB i przez to nie stać go na podobną szczodrość.

Melenchon już nazwał Borne „swoją poprzedniczką”, zapowiadając, że to on wkrótce zostanie premierem. Francja już przeżywała za François Mitterranda i Jacques’a Chiraca okresy podobnej „koabitacji”, w której możliwości działania głowy państwa były mocno ograniczone (prezydent i premier wspólnie uczestniczyli np. w szczytach Rady Europejskiej w Brukseli). Los samej Borne zależy jednak nie tylko od tego, czy zdoła wywalczyć większość dla Renaissance, ale także, czy jej samej uda się zdobyć mandat w departamencie Calvados w Normandii.

Na razie Francuzi zastanawiają się, czy nazywać Borne „premier" czy „premierką". Akademia Francuska niczego nie nakazuje, choć zaleca to drugie.