Premier Mateusz Morawiecki, marszałek Sejmu Elżbieta Witek czy szef MSWiA Mariusz Kamiński to politycy znajdujący się pod szczególną ochroną służb. Mimo to ich prywatne adresy bez trudu można znaleźć w internetowej bazie Sądu Okręgowego w Warszawie.

Sąd ten prowadzi ewidencję partii politycznych. By przeczytać wpisy rejestrowe, nie trzeba zakładać żadnego konta ani wnosić opłat. Wystarczy wpisać nazwę partii w wyszukiwarce, by zobaczyć m.in. nazwiska partyjnych liderów wraz z ich prywatnymi adresami. Ściślej, chodzi o listę imion, nazwisk i adresów osób wchodzących w skład organów uprawnionych w statucie do reprezentowania partii na zewnątrz oraz do zaciągania zobowiązań majątkowych.

Pełna jawność

Długość listy różni się w zależności od partii. Np. w przypadku PO w ewidencji są tylko nazwiska i adresy przewodniczącego Borysa Budki i skarbnika Łukasza Pawełka. Z kolei SLD (obecnie występujący jako Nowa Lewica) podał dane trzech osób, w tym szefa – Włodzimierza Czarzastego.

Więcej informacji jest w przypadku PSL, gdzie można znaleźć adresy 21 osób, w tym prezesa Władysława Kosiniaka-Kamysza, wicemarszałka Sejmu Piotra Zgorzelskiego i marszałka województwa mazowieckiego Adama Struzika.

Prawdziwym rekordzistą jest jednak rządzące PiS. W ewidencji zamieściło adresy aż 36 osób, w tym najważniejszych polityków w Polsce.

Oprócz Morawieckiego, Witek i Kamińskiego to m.in. minister obrony Mariusz Błaszczak, wicepremier Piotr Gliński, wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki, była premier Beata Szydło i oczywiście prezes Jarosław Kaczyński. Na stronie sądu można znaleźć też adresy szefów partii koalicyjnych PiS: Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobry i Porozumienia Jarosława Gowina.

Zachęta do ataków?

Jerzy Dziewulski, były poseł i były szef ochrony prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, sytuację uważa za absurdalną. – Jak to się ma do systemu ochrony? – pyta. – Adresy zamieszkania takich osób są zazwyczaj doskonale znane w najbliższej okolicy. Jednak nie oznacza to, że muszą znać je osoby z całej Polski, które mogą pod taki adres np. wysłać pogróżki – komentuje.

Łatwą dostępnością swoich adresów zaskoczeni są też politycy, którzy o sprawie dowiadują się od „Rzeczpospolitej". – Decydując się na aktywny udział w życiu publicznym, wiedziałem, z czym to się wiąże. Jednak pod adresem polityka mieszkają też często rodziny, których prywatność nie powinna być naruszana – mówi Jarosław Zieliński, były wiceszef MSWiA, którego adres ujawniono w danych PiS.

– To zaproszenie w najlepszym przypadku do stalkingu, a w najgorszym do ataku – dodaje Ryszard Czarnecki, europoseł PiS, którego adres też ujawniono. – Posłowie podają swoje adresy w oświadczeniach majątkowych, ale te dane są potem zamazywane. Właśnie po to, by nie stwarzać zagrożeń – zauważa.

Autopromocja
Wyjątkowa okazja

Roczny dostęp do treści rp.pl za pół ceny

KUP TERAZ

Adresy i numery PESEL zamazywane są też w sprawozdaniach finansowych partii, które publikuje PKW. Miejsca zamieszkania polityków można za to znaleźć w Internetowym Monitorze Sądowym i Gospodarczym, tworzonym przez prywatny podmiot na podstawie danych Ministerstwa Sprawiedliwości. Tam jednak trzeba się zalogować i wykupić dostęp.

Sztywne przepisy

Dlaczego więc dane łatwo dostępne są na stronach sądu?

– Zgodnie z art. 18 ust. 1 i 2 ustawy o partiach politycznych ewidencja partii jest jawna – wyjaśnia Sylwia Urbańska, rzecznik prasowy ds. cywilnych Sądu Okręgowego w Warszawie. – Każdemu przysługuje prawo otrzymania od sądu uwierzytelnionych odpisów i wyciągów z ewidencji i statutów partii politycznych. Oznacza to, że każdy, bez konieczności wykazywania interesu prawnego, może przeglądać ewidencję oraz teksty statutów – dodaje.

Czy rzeczywiście sąd musiał ujawnić dane? – Realizuje przepis ustawy o partiach politycznych, który jest dość jasny – komentuje dr hab. Arwid Mednis, ekspert od ochrony danych osobowych z Kancelarii Kobylańska Lewoszewski Mednis. Jego zdaniem problem leży po stronie ustawodawcy. – Z uwagi na potencjalne zagrożenia powinien zastanowić się nad zakresem ujawniania niektórych danych członków partii – dodaje.

Jerzy Dziewulski istnienie przepisu, na podstawie którego działa sąd, uważa za wpadkę. – Szkoda, że uwagi nie zwróciła na niego Służba Ochrony Państwa – mówi.