Dzieje się tak zarówno w przypadku, gdyby wszystkie partie opozycyjne poszły do wyborów osobno, jak i (szczególnie), gdy utworzony zostałby blok KO/PSL/PL2050, który roboczo nazywam „EPP+”.

Czytaj więcej

Sondaż: PiS na czele, ale opozycja z szansami na stworzenie rządu

Taka koalicja wygrywa znacząco z partią Jarosława Kaczyńskiego i uzyskuje samodzielną większość w Sejmie. Akurat ten scenariusz nie był badany we wspomnianym sondażu, ale jest coraz bardziej narzucającym się rozwiązaniem dla opozycji, bowiem w przypadku jego zastosowania metoda D’Hondta zaczyna działać na rzecz sojuszu Donalda Tuska, Szymona Hołowni i Władysława Kosiniaka-Kamysza.

Ewentualna premia wynikająca z takiego zjednoczenia pozwala wymienionym liderom nawet na komfort nietrzymania kciuków za Lewicę, bowiem nawet gdyby nie udało się jej pokonać progu, to i tak nic nie przeszkodziłoby „EPP+” w zdobyciu ponad połowy miejsc w nowym Sejmie. Co więcej, w jakimś sensie właśnie niepowodzenie partii Włodzimierza Czarzastego spotęgowałoby sukces koalicji KO, PL2050 i PSL, bowiem „zmarnowane” w ten sposób głosy zwiększyłyby skalę jej zwycięstwa!

Powtórzyłaby się sytuacja z 2015 roku, kiedy to porażka SLD zagwarantowała PiS ponad 50 proc. mandatów w Sejmie pomimo tego, że w wyborach otrzymało ono jedynie 37,5 proc. ważnie oddanych głosów. Taki właśnie jest efekt D’Hondta – zwłaszcza w sytuacji dużej liczby głosów oddanych na partie, które znalazły się pod progiem. O ile jednak beneficjentem porażki lewicy przed sześciu laty był Kaczyński, to w najbliższej elekcji parlamentarnej mogliby być Tusk, Hołownia i Kosiniak-Kamysz.

Czytaj więcej

Nieoficjalnie: Kaczyński zostaje w rządzie. Powodem spór Ziobro-Morawiecki?

Jednak tego typu dzielenie skóry na wciąż żwawo poruszającym się niedźwiedziu ma tę wadę, iż nie uwzględnia możliwości zmian. A te wciąż są prawdopodbne, choć wiele wskazuje na to, że bez zastosowania nadzwyczajnych i pozaprawnych metod, PiS w 2023 roku straci władzę. Dużo może się jeszcze stać, ale wygląda na to, że obóz władzy nie ma już rezerwuarów, z których mógłby czerpać poparcie dla siebie. Jeśli nawet w sytuacji kryzysu granicznego, który – mówiąc językiem Mateusza Morawieckiego – jest dla rządu „politycznym złotem”, poparcie dla Zjednoczonej Prawicy spada lub (w najlepszym razie) stoi w miejscu (w dodatku jest to „miejsce” o 10 punktów procentowych niższe, niż w wyborach 2019 roku), to znaczy, że jeśli nie zdarzy się nic ekstraordynaryjnego, PiS pożegna się z władzą najpóźniej za dwa lata.

Jest pewien sposób na sprawdzenie, czy Kaczyński będzie przewidywał porażkę, czy też jednak uwierzy w zwycięstwo. Tym papierkiem lakmusowym nastroju prezesa PiS będzie to, czy do walki wyborczej stanie w ramach ZP czy też jednak zdecyduje się na samodzielny start i pozbycie się z list polityków Solidarnej Polski. Jeśli byłby to ten pierwszy scenariusz, oznaczałoby to, że Kaczyński wierzy w pokonanie dzisiejszej opozycji i bierze wszystkie ręce na pokład, każdy podmiot polityczny i każdego polityka, którzy mogą mu w tym pomóc. Wówczas spory i swary na prawicy trzeba będzie zostawić za sobą i wspólnie iść przeciw Tuskowi i jego hufcom.

Jeśli jednak prezes PiS będzie przypuszczał, że walka jest przegrana, pozbędzie się Zbigniewa Ziobry i jego posłów i skaże ich albo na samodzielny start albo na dogadywanie się z Konfederacją. Na pewno nie wpuści ich na swoje listy, które w takim wypadku byłyby zamienione w arkę, na której przez lata rządów obecnej opozycji przetrwać będą mogli najwierniejsi z wiernych. W obliczu kilku chudych lat liczyć się będzie tylko lojalność. Mniejsze znaczenie będzie miały kompetencje czy zdolność do oddziaływania na różne grupy elektoratu. Wierność i tylko wierność. Oczywiście, lepiej być w większym niż mniejszym klubie opozycyjnym, ale nie jest to aż tak znaczące, jak pewność, że nikt „nie zdradzi” i nie przejdzie do obozu zwycięzców.

To zatem będzie na kilka miesięcy przed wyborami najlepszy wskaźnik tego, czy Kaczyński wierzy w swoje zwycięstwo czy też raczej pogodził się z porażką. W tym pierwszym przypadku zgromadzi wokół siebie jak najliczniejszą drużyną; w tym drugim – pozbędzie się wszystkich, do których nie ma stuprocentowego zaufania. Co interesujące, w tym ostatnim scenariuszu porażka obecnie rządzących byłaby jeszcze większa, niż wskazują na to dzisiejsze sondaże – wszak badają one poparcie dla ZP, a nie tylko dla PiS, zatem w przypadku pozbycia się ziobrzystów przez Kaczyńskiego, ostateczny wynik jego partii byłby o kilka punktów procentowych niższy (a osamotniona SP mogłaby w ogóle nie dostać się nowego parlamentu).

Ale żeby tak się stało, prezes PiS musi dojść do przekonania, że nie ma szans na zwycięstwo. Czy tak będzie w istocie przekonamy się na kilka miesięcy przed dniem elekcji. Uważni obserwatorzy sceny politycznej już wówczas będą mieli pewność co do tego jaki będzie wynik PiS. Przynajmniej w opinii Kaczyńskiego. A że jest to ważna informacja niech świadczy fakt, że prezes PiS ma wiele wad, ale na pewno nie jest nią nieznajomość mechanizmów rządzących naszą polityką oraz nietrafne odczytywanie nastrojów społecznych.